Brak wpisów w tej kategorii.

Kategoria: Twórczość

  • Pomagaj Ofiarom Terroru i Gwałtu!

    Pomagaj Ofiarom Terroru i Gwałtu!

    Pomaganie ludziom, którzy są ofiarami przemocy, gwałtu, terroru, także psychicznego, wspieranie i uzdrawianie ludzi będących w stresie, szoku czy frustracji, jest bardzo pożytecznym zajęciem, gdyż uwolnienie od tych i podobnych cierpień zmniejsza zachorowalność na wiele dolegliwości, których podłożem jest właśnie stres, szok, lęk i strach. Stres pracownika długotrwale dręczonego przez szefa-tyrana w pracy, czy stres dziecka dręczonego przez patologicznych rodziców-pijaków i przymuszanego do robienia rzeczy, których robienie naraża na wstyd czy uraz psychiczny, to wszystko jest doskonałym motywem do rozpoczęcia pracy nad sobą, pracy uwalniania od dawnych urazów i ich tragicznych skutków, jakże często rujnujących życie.

    Strach bywa nagły i krótki, i związany jest z konkretną sytuacją czy wydarzeniem, a lęk to niepokój i obawa utrzymująca się w sposób uporczywy przez długi okres czasu. Panika to taki atak lęków, który powoduje gwałtowną ucieczkę, niemoc lub dezorganizację ludzkiego funkcjonowania. Stres to stan częstego lub ciągłego napięcia, a ludzie sami sobie czasem takie sytuacje fundują, najpierw o kimś plotkując za plecami, a potem martwiąc się, aby to nie dotarło do osoby, o której złośliwie plotkowali. Stres przeżywają ludzie, którzy dokonują zdrady i nie dochowują wierności bliskim, partnerom czy przyjaciołom, a potem lękają się i obawiają, iż wszystko się wyda i stracą Miłość. Stres fundują sobie osoby, które dużo obiecują, a potem boją się spotykać tych, którzy im zawierzyli.

    Prawdopodobnie najczęstszą przyczyną doprowadzenia się do stresu, oprócz przepracowania, jest martwienie się i zamartwianie o sprawy socjalne i bytowe, martwienie się o pieniądze, środki do życia, ubranie, jedzenie i zdrowie. Nauka Mędrców i Świętych jasno nakazuje, aby człowiek zamiast się martwić i dręczyć rzeczami bytowymi i materialnymi, zaczął cieszyć się z tego, co ma, posiada i z tego co zdobywa, gdyż ta radość z tego, co jest, jest podstawową siłą dla powiększania życiowego dobrobytu, a zmartwienie nie dość, że utrudnia zdobywanie rzeczy i środków do życia, to jeszcze rodzi choroby, cierpienia i rujnujące napięcia stresowe. Uwalnianie od obaw i zmartwień o życie i przeżycie, to taka podstawa dla uzdrawiania mentalnego, trening bycia i rozwinięcie świadomości „JESTEM”, która przede wszystkim neutralizuje napięcia i obawy rodzące stres i doprowadzające do życiowego załamania, jakim jest depresja.

    Rozwinięcie świadomości LILII, która cieszy się swoim istnieniem i jest sobą oraz świadomości PTAKA, który zawsze znajdzie sobie miejsce do życia i odnajdzie sposoby dla zaspokojenia potrzeb bez obaw i zmartwień, to wielka konieczność dla całej populacji ludzi na Planecie Ziemia. Jarskie odżywianie ułatwia leczenie ludzi z wszelkich syndromów lękowych oraz fobii czy stresu, gdyż pokarm roślinny jest pokarmem zdrowia i życia, pokarmem synów i córek ludzkich. Ludzie opanowani przez fobie i depresje muszą przestać jeść mięso zwierząt, a odżywiać się wyłącznie pokarmem roślinnym, gdyż pokarm mięsny często jest główną lub jedyną przyczyną lęku lub stanów paniki albo syndromu chronicznego przemęczenia. Drobna zmiana dietetyczna może milionom ludzi przywrócić, bądź znacznie poprawić ZDROWIE.

    Strach, szok i depresja na skutek rozmaitych urazów traumatycznych, ciężkich przeżyć szczególnie z dzieciństwa, to także obszar do penetracji i oczyszczenia, a przecież możemy sięgnąć do głęboko ukrytych śladów przeżyć już w pamięci komórkowej, od czasu poczęcia i zobaczyć też przeżycia, jakie odziedziczyliśmy od naszych rodziców. Córka zgwałcona przez ojca czy syn molestowany przez matkę, to przyczyna napięć chorobowych i wielu niepowodzeń życiowych, także samobójstw i psychoz lękowych albo awersji seksualnych. Brutalne niszczenie i rozbijanie pierwszych miłości przez rodziców, seksualne wykorzystanie, gwałt dokonany przez starsze rodzeństwo to także przyczyna depresji, zniechęcenia do życia, skłonności samobójczych i fobii, lęków seksualnych. Wszystko często jest tragedią życiową grubego kalibru, ale wszystko to można uwolnić, zneutralizować poprzez głębokie procesy terapeutyczne i całkowicie uzdrowić i odmienić ludzkie życie!

    Gwałt i przemoc seksualna to wyjątkowo ciężki szok i najczarniejsza trauma urazowa, a osoby dotknięte w ten sposób wymagają kompleksowej opieki, pomocy i terapii. W domach dziecka, dzieci często są gwałcone, kobiety często są ofiarami przemocy seksualnej nawet we własnej rodzinie, bite i gwałcone, upokarzane nie mogą otrząsnąć się z szoku, fobii lękowych i urazów, a jest to zjawisko liczące setki milionów ofiar każdego roku w skali całego świata. Homoseksualne gwałcenie dzieci, czyli pedofilia, to też zjawisko na wielką skalę, a przecież znaczna część tej ohydnej przemocy dotyka też subtelnej sfery sakrum, gdy osobą gwałcącą jest ksiądz katolicki czy protestancki albo szyicki ajatollach, gdyż walą się wtedy także subtelne fundamenty religijnej wiary.

    W jeszcze straszniejszym położeniu są ofiary przemocy i terroru tzw. stróżów prawa, jak policja i siły bezpieczeństwa, gdyż ofiary przemocy w tym wypadku w zasadzie nie mają się ani komu poskarżyć na przemoc, ani nigdzie nie mogą się czuć bezpiecznie. Ludność Ameryki powszechnie skarży się na terror, przemoc i bestialstwo policji, siłach specjalnych czy służbach więziennych, a emigracja z powodu tego terroru liczy już miliony osób. Ofiary tzw. wymiaru sprawiedliwości, co bardzo zastanawiające, najliczniejsze są w krajach tzw. demokratycznych, gdzie prawo jest tylko dla bogatych kapitalistów, a nie dla biednych i bezbronnych. Pomaganie i wsparcie psychiczne tysiącom ofiar wymiaru sprawiedliwości, policji i kapitalistycznej bezpieki chroniącej wielkie interesy, to bardzo priorytetowy i na czasie dział pracy organizacji i ruchów terapeutycznych, a przecież ofiarami są tu i prześladowani za udział w wiecach, demonstracjach i strajkach, jak i ci, którzy zostali bezdomni, bo wyrzucono ich przemocą z domów na bruk! Torturowani przez bezpiekę i policję różnych krajów świata stanowią bardziej ekskluzywną część ofiar tej przemocy, podobnie jak i więźniowie sumienia pokroju Nelsona Mandeli w katolicko-faszystowskim reżimie aparthaidu RPA! Luther King to także ofiara przemocy i terroru na ludności, jakiego dokonała bezpieka i policja państwa rasistowskiego, jakim jest USA.

    Terapie oparte kompleksowo na głębokim wglądzie w traumę emocji i wspomnień ofiary przemocy, paniki, urazu czy stresu, na głębokim specjalnym oddychaniu, a właściwie na około 7-10 technikach oddechu skutecznie utylizujących napięcia i przeżycia tak, aby się od nich całkowicie uwolnić oraz przetworzenie i znacjonalizowanie wspomnień i przeżyć poprzez pracę mentalną z sugestią czy afirmacją może uczynić w całej tej materii cud uzdrowienia! Znaczna poprawa przychodzi zwykle szybko, nawet już po 10-12 sesjach terapii, po około 3 godzin na sesję uzdrawiania licząc. Część ofiar i pacjentów musi pracować znacznie dłużej, regularnie, raz w tygodniu sesja, ale i tak się opłaca, gdyż po 1-2 latach następuje redukcja większości tego materiału i problemy życiowe i fobie z tym związane, że człowiek był zgwałcony przez księdza proboszcza albo ojca, czy pluton amerykańskich żołnierzy-psychopatów zdecydowanie odchodzą.

    Szacuje się, że amerykańscy żołnierze-oprawcy w samej tylko Japonii gwałcą brutalnie, zwykle zbiorowo, 3-5 tysięcy nieletnich dziewcząt, jest to więc praca dla TERAPEUTÓW, bo tyle ofiar przybywa każdego roku. Dlatego ludzie powinni ujawniać i nagłaśniać każdy przypadek terroru, gwałtu i przemocy nad dzieckiem czy słabszym. I oczywiście dokładnie leczyć!

    Swami Baba Lalit Mohan G.K.

  • Polska Terapia Narodu

    Polska Terapia Narodu

    Spojrzenie na ponad tysiącletni okres okupowania Narodu Polskiego przez obcego, rzymskiego imperialistę oraz cały ideologiczny horror, jaki przeżywała dusza Narodu Polskiego z powodu rzymskich czystek etnicznych i światopoglądowych już od końca X wieku e.ch. daje obraz społeczeństwa podszytego lękiem i grozą, społeczeństwa zdominowanego przez paniczny strach, chęć ucieczki oraz bunt przeciwko każdemu obcemu wpływowi i naleciałości, dodajmy bunt całkiem ślepy. Już od wielu stuleci wielcy myśliciele Narodu Polskiego podnosili kwestię konieczności, palącej wręcz potrzeb, aby z ludzi w całej Polsce zrobić Polaków, a każdego Polaka uczynić obywatelem dla swojego kraju, gdy przed X stuleciem plemiona Polski były dobrze zintegrowanymi, demokratycznymi w rzeczywisty sposób, samorządnymi społecznościami, a od końca X wieku Polskiej, Słowiańskiej społeczności imperium zła z siedzibą na siedmiu wzgórzach Rzymu narzuciło obcą władzę, obcą kulturę, obcą religię, wynaradawiając i niszcząc rodzimą Polską kulturę oraz religijność narodową, szczerą, słowiańską! Brak poczucia godności narodowej, brak poczucia tożsamości kulturowej, brak właściwej dla duszy narodowej religii i religijności prowadzi kraj nad Wisła i Odrą do wynarodowienia i ruiny, a przecież cała Polska, Słowiańska ziemia była dawniej kwitnącą oazą dobra, spokoju, pokoju i bogactwa. Naród Polski dał wyraz swego niezadowolenia wobec obcej, rzymskiej, katowskiej okupacji, wynaradawianiu i odreligijnianiu w latach trzydziestych XI stulecia, a był to najpotężniejszy, masowy zryw Polan do wyzwolenia spod rzymskiego batoga niewoli, która przyniosła jedynie ciemnogród, pijaństwo, rzezie inkwizycji, analfabetyzm, a także syfilis i znijaczenie charakteru społeczeństwa jako całości.

    Cóż można powiedziec o ludności, o społeczeństwie kraju, w którym całe XIX stulecie poświęcone było wytępianiu zjawiska ludożerstwa, gdyż głodne rodziny zjadały swoich krewnych albo dzieci, uważajac ich mózgi za przysmak, a niechlubne przypadki kanibalizmu, głownie pośród wiejskiej, skatoliczałej ciemnoty zdarzały się jeszcze często i na początku XX wieku, zaś wcześniej ludzie bali się podróżować samotnie, a nawet wychodzić nocą z chałupy w obawie przed pożarciem przez grasujące głodne bandy kanibali. Ciężko pojąć kanibalizm w czasie okrucieństw narodowych powstań zgładzonych rękami papieży, kardynałów i biskupów czy w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej, a co dopiero w czasie spokoju, a nawet w okresach względnego dobrobytu społecznego. Utrata narodowych korzeni kultury Słowiaństwa niewątpliwie wypaczyła i znijaczyła całe społeczeństwo, które najbardziej potrafiło pod rzymskim batogiem ideologicznym jedynie uprawiać pijackie burdy w karczmach, później remizach, bijąc światowe rekordy w pijaństwie na umór oraz bijatykach pomiędzy rywalizującymi wioskami. A i współcześnie przecież dobrze wiadomo, że wiele nieodnalezionych zaginięć ludzi to nie tylko nagłe ucieczki do innych krajów, wzięcie przez UFO czy porachunki gangsterskie, ale też posiłki kanibali, którzy głodni i bezdomni pragną zjesc dosłownie wszystko, nawet rodaka. Leczenie, terapia tak zapijaczonego Narodu musi być niewątpliwie gruntowne i kompleksowe i nie nadają się do tego katecheci ani rzymscy księża, których młodzież boi się potwornie z uwagi na ciągłe, masowe acz ukrywane molestowanie seksualne i pedofilskie gwałty!

    Pozbawienie Polaka, Słowianina, jego własnej narodowej wiary religijnej, rzymskim batem wynarowowienie, owocuje warcholstwem i anarchią, na którą w duszy Narodu uskarżają się coraz bardziej wielcy myśliciele narodowi od wielu stuleci. Wielcy wieszczowie Narodu Polan nigdy nie mogli powiedzieć nic dobrego o ideologii rzymskich najeźdźcach w czarnych togach i habitach ze swym jezuickim batogiem, a jeśli twierdzi ktoś, że któryś z wieszczów mówił dobrze, to jest to późniejsze fałszerstwo czarnego, rzymskiego okupanta, który już ponad tysiąc lat okupuje i wyniszcza Naród Polski.

    Uczynienie z pijaństwa czegoś sakralnego i urojone wywody, jakoby trucizna alkoholowa zwana winem mszalnym była krwią zachęca jawnie i podświadomie każdego Polaka do pijaństwa i podsyca morderczą żądzę krwi pozbawiając całe prawie społeczeństwo kultury i moralności. Najgorszym jest fakt, że dzieci oglądają zsakralizowany w tak zwanych rzymskich mszach akt rytualnego pijaństwa, winopilstwa i dzięki temu kwitnie pijaństwo wśród dzieci i młodzieży, która spragniona jest wartości duchowych, ale otrzymuje jako wizję sakrum toksyczne zapicie się z sugestią wypijania krwi, co sprzyja brutalności i krwiożerczości. Prastara Polska religia i kultura Słowiańska nie pozwalała dzieciom nawet na oglądanie pijaństwa i była w wysokim stopniu kulturą trzeźwości, zgody, pojednania i wspólpracy, wzajemnej pomocy, o którą teraz trudno, gdy wiele milionów osób dorosłych to nałogowi alkoholicy, pijacy skłonni do każdej agresji, których podświadomość co tydzień doładowywana jest fałszywą wiarą jakoby winopilstwo był czymś świętym i sakralnym, a wiodącym do wysysania i wypicia krwi z osoby dobrej i pobożnej acz zamordowanej w charakterze barana.

    Terapia całego Narodu Polskiego, leczenie duszy Polskiej to złożona sprawa, ale musi opierać się na zdarciu mitu jakoby picie wina, winopilstwo było czymś sakralnym i poprowadzeniu coraz większej rzeszy ludzi ku trzeźwości i ku wyzbyciu spożywania krwi jako czegoś uświęconego, bo tu leży korzeń warcholstwa, bijatyk, a także od końca X wieku spotykanego wampiryzmu i pochodnych zwyczajów, jak chociażby zwyczaj picia krwi wroga w czasie potyczek i wojennych zamieszek, co skrzętnie ukrywane jest jako typowe fakty i zdarzenia masowe, wymazywane z filmu i historii, chociaż kroniki żywo opisują to przedmorze kanibalizmu! Jeśli do każdego dotrze ta prawda, że obrazy mocno wpływają na świadomość, a ich aura, atmosfera wzmacnia te bodźce wizualne, to każdy zrozumie, że podstawową przyczyną warcholstwa opartego na pijaństwie jest jakby nie było oglądanie rzymskich nabożeństw z celebracją pijaństwa jako najważniejszym sakaramentem. Trzeba sobie uświadomić, że ksiądz pleban po spożyciu to zwyczajna, odczłowieczona pijacka łajza, która wszystkie swoje parafialne owieczki i barany wiedzie w gnój alkoholizmu i zniewolenia, bo nałóg alkoholowy najmocniej pozbawia człowieka charakteru, znijacza i czyni warchołem oraz co gorsza prymitywnym niewolnikiem. Nic dziwnego, że rzymscy katoksięża należeli do najbardziej odmóżdżonych i wrogich Narodowi elementów tworząc zjawiska takie jak Targowica i sprzedając całą Polską Ojczyznę pod bat możnych zaborców, niszczycieli ducha Narodu Polskiego. Kościelna promocja pijaństwa była połączona i dalej jest z monopolem rzymskich organizacji na produkowanie trunków niszczących mózg i ich sprzedaż w karczmach, cała więc rzymska okupacyjna sekta, to jeden pijacki biznes od tysiąca lat, degenerujący mózgi całego Narodu Polskiego, w którym gra dusza religii Słowiańskiej, a nie rzymska paranoidalna ideologia zaboru, podbijanie i zniewalanie wszystkich narodów. Religia i kultura Słowian generalnie odrzucała pijaństwo, samozatruwanie czy spożywanie krwi, terapia Narodu tedy to powrót do korzeni Słowiaństwa.

    Naród Polski, wszystkie jego plemiona i dzielnice, rządziły się Słowiańskim Wiecem – demokratycznym, ludowym zgromadzeniem, które wybierało i odwoływało swoich Starszych, Książąt. Dziś najbardziej potrzeba Narodowi trzeźwości i Wiecu, aby sprawować władzę ludową, a nie odgórnie narzuconą przez oligarchie i monopole militarno-biznesowe z namiastką władzy ludowej, demokratycznej czy wręcz tragiczną pseudodemokracją. Do X wieku panowała na ziemiach Polski wysoka kultura, nauka i sztuka były w rozkwicie, a wszystko zniszczył i zdruzgotał ciemniacki reżim rzymskich katów w imię swego pijaństwa. Przekręt pijackiej, rzymskiej pseudoreligii polega i na tym, że faktyczny Jezus, jako Nazarejczyk, wyrzekł się spożywania alkoholu a szczególnie wina, nosił długie włosy, nie popierał pogrzebów ani pielęgnacji grobów, zakazywał gromadzenia bogactw tworząc wspólnotę ebionitów, ubogich jaroszy i wędrownych zakonników, tym bardziej trzeba unikać wystawnych rzymskich pseudoświątyń i kultu z sakralnym pijactwem, największą ohydą i zboczeniem wszechczasów.

    Polak jednak lęka się i boi, często panicznie, tak trzeźwości jak i zrzucenia kajdan rzymskiego zniewolenia ideologicznego, gdyż ma w pamięci makabryczne rzezie dokonywane od początku katolizacji, rzezie nawracania na katoobłęd, w których najeźdźca z krzyżem rzymskim mordował średnio od połowy do dwóch trzecich całej żyjącej populacji! W pamięci żyje strach i groza, dając miliony ludzi chorych na fobie i obsesje i zespoły lękowe, których genezą jest dawna śmierć przodków pod rzymskim, katolickim batem. Bestia rzymska mordowała i dorosłych, i młodzież, i dzieci, jeśli tylko podejrzewała, że dalej potajemnie rodzina, czy wioska, czy miasteczko sprawuje narodowy, prawdziwie religijny kult bliski sercu i duszy każdego Polaka, a były to kulty Najwyższego Boga – Jesse, Świętowit, a także kulty Bogini, Matki Niebios, Lajla, po którym zostały festyny z Lajkonikiem! Terapia przeciwlękowa dla całego Narodu musi uświadamiać historyczne źródło strachów, lęków i psychoz, fobii, którego korzeniem jest działalność katozaborcy od końca X wieku i dalsza szeroko pojęta inkwizycja z jej wszechstronną cenzurą sięgającą nawet życia intymnego. Człowiek ze strachu i lęku bywa nadmiernie agresywny, a także staje się dla zaborcy donosicielem, lizusem albo targowiczaninem, tak jak współczesna Targowica, której na imię  „Solidarność”.

    Swami Baba LalitaMohan G.K.

  • Filozofia Stanowienia Prawa

    Filozofia Stanowienia Prawa

    1. Ach, jak ważnym jest PRAWO, Dobre Prawo i wcielanie Prawa w życie, albowiem od Dobrego Prawa zależy wychowanie całego społeczeństwa i przyszłych pokoleń, a przecież Bóg ustanowił Dziesięć Zasad Stanowienia Prawa, które ludzie muszą dobrze zrozumieć. RTA (Rita, Ryta) to Zasada Prawa, coś najbardziej istotnego, a ujmuje się tę Odwieczną Zasadę świata jako Prawo Odpłaty, Prawo Zwrotu lub jako Prawo Kary i Nagrody. Lustro, Zwierciadło Duszy, Boskiego Umysłu zrzuca na człowieka to, co posiał swoim działaniem, czyli czynem, mową i myśleniem i pracuje to jako znana od pradawien Zasada Oko za Oko, Krew za Krew, Ząb za Ząb. Często jest to też nazywane pomstą Bożą i mówi się, że Bóg odpłaca każdemu stosownie do jego uczynków, do jego działania.

    2. Oznacza to, że człowiek swoją mową, czynem i myślą stwarza swój los i odpowiedzialny jest za to, co go spotyka, ale też i za to, co czyni, wyrządza innym ludziom, a Odpłata należy przede wszystkim do Boga, a raczej do Boskiej Tarczy Światłości, Energii Duszy, która odbija człowiekowi jego działania, aż spadną na niego z powrotem jako zło za zło, a dobro za dobro. Zasada Zwrotu, RTA jest bardzo precyzyjna i oddaje człowiekowi cierpieniem za wytworzone cierpienie, a przyjemnością za wytworzoną przyjemność i oznacza, że powinni się ludzie bardzo refleksyjnie uczyć o sobie i innych ze zdarzeń swojego życia, z biegu swojego losu na tej Ziemi. Bóg każdemu odpłaca tak jaka jest jego praca ale i inni ludzie mogą świadomie wyrządzać dobro lub zło, uruchamiając machinę Prawa Odpłaty. Nie wszystko, co nam się wydarza jest li tylko jedynie zapłatą za to, co my wyrządziliśmy innym, ale, też cudze działania mogą być początkiem tego, co sobie ludzie ściągają swym postępowaniem na swoją głowę! Zasada krew za krew, oko za oko, ząb za ząb, jest o tyle frapująca, iż uczy nas, że los, karma odpłaca nam dokładnie tym samym cierpieniem jakie wytworzyliśmy innym, determinując nasze przeznaczenie w sposób bardzo precyzyjny i sumując cierpienie jakie stwarzamy tak jakościowo jak i ilościowo. Jest to jakby odbicie nam CZYNÓW, MOWY, MYŚLI w Lustrze, więc zwrot jest dokładny, bo lustro Ducha, RTA jest czyste, dokładne i precyzyjne. Zwroty (kreacje) dotyczą stanu naszego Umysłu, wyobrażeń, ocen i myśli, a każdy zauważa, że ludzie szybko stają się tym co nienawidzą u innych, są tylko małym wewnętrznym przyczynkiem do Zasady Prawa, a ludzie dla regulacji życia społecznego muszą się nauczyć zasad stanowienia Prawa, aby miało ono cośkolwiek wspólnego z Rzeczywistą Sprawiedliwością. Ludzie Prawa i Kodeksy bywają tak pogmatwane i nieprecyzyjne, że zamiast Sprawiedliwości mamy na Ziemi Nieprawość, a Nieprawość Sądownictwa jest najgorszym Nierządem, Zdradą Boga i ciemniackim, szatańskim wypaczeniem jakiejkolwiek kultury duchowej. Prawo Odpłaty oznacza, że karma musi być adekwatna do Czynu i nie może przekraczać tego, co jako zło, zostało przez osobę winną innym wyrządzone. W praktyce oznacza to niewolę, za niewolę, konfiskatę i pracę przymusową za kradzież, gwałt za gwałt, czyli kastrację za gwałt, strach za strach, przemoc za przemoc, rozbój za rozbój, oczywiście w warunkach humanirarnych, kara nie może przekraczać cierpienia ofiary. Odpłacanie jak najszybciej dokładnie tym, co osoba wyrządziła innym, to jest RTA, Prawo Zapłaty. Kto zdzierał haracze, z tego haracz zdzierać trzeba, bo Prawem Boga będzie on i tak kiedyś ukarany przez Los, Twórcę, Przeznaczenie dokładnie w ten sposób, że ktoś będzie zeń haracz zdzierał. A kto kradł winien być ukarany konfiskatą mienia, a jak tego nie wystarczy, to winien być ukarany, karą pracy przymusowej, aż odpracuje to, co był ukradł i zło wyrządzone ludziom naprawi, spłaci. Nie ma żadnego sensu zamykanie człowieka we więzieniu i utrzymywanie go na koszt uczciwych obywateli. Słusznym jest, aby złodzieje oddawali i odpracowywali wszystko to, co byli ukradli, bo tylko w ten sposób mogą spłacić swój dług i doprowadzić osobowość do dojrzałości, w której człowiek utrzymuje się z pracy własnych rąk. Za pobicie, pobicie, co w wielu krajach jest publiczną karą chłosty, to akurat zgadza się z Zasadą Zwrotu i nie jest niesłusznym, gdyż dobrze wiadomo, że kto poczuje na własnej skórze ból jaki wyrządzał innym, ten zrozumie jakie to jest straszne przeżycie, kiedy bije się lub torturuje innego człowieka. Niesłuszna kara jednak rodzi chęć pomsty tak, że sądownictwo musi być czyste i krystaliczne w swoim głębokim rozeznaniu.

    3. Prawo Odpłaty jest nieubłagalne i jeśli zostawimy człowieka z jego czynem złym, odpuszczamy mu, to kiedyś na niego spadnie dokładnie to, co nam wyrządził, a następuje to w pewnych cyklach realizacyjnych, trzyletnich, siedmioletnich, dwunastoletnich, trzydziestoletnich, ale rzecz zależy od Aniołów Kary Bożej, Aniołów Lipika, Duchów Zwrotu, które kierują wyładowywaniem nagromadzeń Losu i przeznaczeń. Kara może spadać tylko za wyrządzone Cierpienie i zgodnie z ilością i jakością tego Cierpienia (DUHKHA), a zatem jeśli ktoś kogoś uderzy w twarz i wibije mu zęby, to stwarza sobie posiew zwrotu, który gdy zaowocuje, to spowoduje zaistnienie sytuacji w której taki osobnik zostanie uderzony w twarz i straci zęby, cierpiąc podobnie, co jego dawna ofiara z przed wielu lat! W ten sposób napędza się cały ten dramat karmiczny, że zbieramy to, co kiedyś posialiśmy, a także tworzymy sobie lub innym to, co kiedyś zbierzemy, co na nas spadnie. Jeśli nikogo nie uwięziliśmy w klatce robiąc zeń niewolnika, to nigdy nie jest Sprawiedliwym fakt naszego uwięzienia. Tylko za więzienie innych można zgodnie z Prawem Odpłaty zostać uwięzionym do niewoli. Oznacza to, że przeważnie, aresztowanie, czy więzienie stosowane powszechnie w wielu krajach jest absolutną i szkodliwą społecznie niesprawiedliwością! I dlatego kraje Zachodu stają się ugorem potwornego bezprawia, bo krzywdę i cierpienie próbują przeliczyć idiotycznie na lata więzienia, co zupełnie mija się z celem i na ogromne koszta oraz krzywdę naraża całe społeczeństwo ludzi uczciwych. Paradygmat KARY, Odpłaty musi ulec modyfikacji do standardu Odwiecznego Prawa Bożego. Osoba, która nie płaci alimentów, nie powinna być, niewątpliwie trzymana w więzieniu, a jedynie zobligowana do pracy na rzecz zrobionych przez siebie dzieci. Nie ma żadnego sensu, ani celu w tym, aby uczciwi obywatele płacili na pobyt alimenciarza w więzieniu. Jest to wręcz rozbój złodziejski na społeczeństwie, jeśli okrada się ludzi z pieniędzy, aby utrzymywać alimenciarza w więzieniu, czy areszcie!

    4. Bezprawne sądownictwo trzeba ukrócić niewątpliwie, poprzez zmianę jego Paradygmatu myślenia i rozeznania, a Sędzia musi rozeznać krzywdę i cierpienie ofiary, a karą musi być zadanie podobnej krzywdy lub cierpienia, albo to, co Bóg najbardziej umiłował, zadośćuczynienie wszelkim krzywdom, naprawienie szkody. Jeśli krowa Pawlaka wejdzie w szkodę na Pole Kargula, to nie należy, ani zabijać krowy, ani też zamknąć Pawlaka we więzieniu. Należy zmierzyć ilościowo szkodę na Polu Kargula i Pawlak musi mu oddać tyle swojego zboża i słomy ile jego krowa Kargoulwi zniszczyła. I jeszcze Sędziemu i wykonawcom Prawa należy się zapłata za usługę wyceny szkody, rzecz oczywista! Jeśli Pawlak nie chce sam Kargulowi naprawić szkody musi ponosić wszystkie koszta wyceny i naprawy szkody! Trzymanie Pawlaka w więzieniu na koszt podatnika Kargula jest absurdem bezbożnego i szatańskiego w swym rodzaju sądownictwa, które jest bezrozumne w takim wypadku. To, co odwracalne winno być niezwłocznie naprawione i zadośćuczynione, a to powoduje nawet niewykonywanie przez boga Karmicznej Odpłaty. Bo właśnie zadośćuczynienie powstrzymuje Miecz Odpłaty, o ile nie jest spóźnione, bo kiedy miecz Losu zaczyna spadać, nic już go powstrzymać nie może i Zapłata Odmierzona musi się dokonać. Każdemu złodziejowi cudzej własności należy otworzyć konto kredytu do spłacenia na które będzie spłacać, chociażby dożywotnio to, co ukradł, a także koszta jego ścigania i osadzenia, a oczywiście, jeśli nie chce pracować i oddawać tego, co ukradł, trzeba mu zagwarantować przymusowe roboty publiczne na rzecz społeczeństwa, aby oddał cały swój dług. Jest to łatwe, bo miasta są brudne i pracy przy sprzątaniu jest bardzo dużo i starczy jej dla każdego, podobnie jak i wielu innych robót dla dobra społeczeństwa! Musimy rozpatrywać sobie i łatwe i proste przypadki do ukarania w Duchu Prawa Bożego jak i przypadki bardziej skomplikowane i trudniejsze. Jeśli ktoś spowoduje bójkę i uszkodzi drugiemu kręgosłup, tak, że osoba trafi na wózek inwalidzki, to sprawca trwałego kalectwa powinien zapewnić opiekę i środki na utrzymanie swej ofiary, musi płacić składkę na konto swojej ofiary lub wręcz fundować jej rentę. Dobry pomysł, to utworzenie funduszu na rzecz ofiar, na króry muszą się składać wszyscy, którzy kogoś innego trwale uszkodzili. Spowoduje to niewątpliwie zmniejszenie liczby trwale wyrządzonych szkód, bo odmowa płacenia musi się równać pracy przymusowej dla dobra społeczeństwa. Praca człowieka wzbogaca i uszlachetnia, a bezczynność i wieloletnie nieróbstwo przestępców to rzecz najbardziej szkaradna demoralizująca, a pracy jest wszędzie bardzo dużo, sprzątanie śmieci, to problem każdej gminy i w służbie publicznej wielu powinno się właśnie takimi użytecznymi pracami gruntownie zajmować. Demoralizujące jest nagłaśnianie aresztowań, często ludzi niewinnych i długotrwałe śledztwa przez lata, z taką praktyką trzeba natychmiast skończyć, a aresztowany musi być w ciągu miesiąca, najdalej skazany prawomocnym wyrokiem sądu. A wtedy trzeba publicznie ujawnić rzeczywistych przestępców, a nie ochraniać rozbójników, złodzieji i gwałcicieli płaszczem niejawności. Pierwszą karą od Boga jest napomnienie, ostrzeżenie i ono musi być podawane do publicznej wiadomości, aby społeczność lokalna wiedziała kto kradnie, rabuje, gwałci bije i kto morduje. Ludzie potrafią ustrzec się złodzieja, czy rozbójnika, jeśli mogą go łatwo rozpoznać i wiedzą przed kim się strzec, a strach przed publicznym napiętowaniem w miejscowości, gdzie złodziej mieszkał, czy kradł lub dokonywał rozbojów większość powstrzyma przed szkodliwą działalnością, bardziej niż długie więzienie i powrót do anonimowego miasta, gdzie można ukrywać się ze swoją szkaradną i niegodziwą działalnością. Społeczeństwo ma prawo i musi wiedzieć, że w tym samym bloku mieszka złodziej kieszonkowy, gwałciciel, pedofil, czy rozbójnik dokonujący pobić! Wtedy działalność wielu gwałtownie się skończy, jeśli na rynku przed społecznością będą musieli prosić o przebaczenie i przyrzec poprawę. Tak napomina się ludzi niesfornych w zaawansowanych społecznościach ludzkich i anielskich zarówno na Ziemi jak i na wyższych planetach. Steja, złodziejstwo musi być szczególnie piętnowane publicznie, ponieważ pasożytnictwo zubaża całe społeczeństwo i każdy, komu udowodniono złodziejstwo powinien być skazany na przymusowe roboty publiczne lub zwrot tego, co był zawłaszczył, ukradł, czy wyłudził, a ściąganie ukradzionego powinno obejmować także mienie i posiadłość rodziny złodzieja. Steja to pasożytnictwo społeczne, bo nie dość, że złodziej okrada swoje ofiary, to jeszcze pasożytuje na koszt uczciwych obywateli przesiadując w więzieniu. Gdyby każdego dnia odpracowywał tyle godzin, ile tylko ma wolnego czasu, to zwróciłoby się wszystko, co był ukradł i koszta sądowe, a byłaby to dobra resocjalizacja! Brak resocjalizacji, która jest papierkową fikcją, bardzo szkodliwą społecznie – to patologia systemu Sprawiedliwości. Zajęcia podnoszące poziom kultury i moralności powinny być codzienną normą dla tych, którzy pozostają w więzieniu, bo są niebezpiecznymi dla otoczenia, niebezpieczni dla życia i zdrowia bliźnich. Rozbójnik, taki co to dokonuje napadów i pobić i trudno go skutecznie kontrolować, aby nie dokonywał jeszcze większego zła, bo jest szkodliwie agresywny, powinien być poddany gruntownej resocjalizacji pod kątem rozeznania, czy nadaje się do społeczeństwa, a skłonności sadystyczno psychopatyczne to sprawa i bardziej do naprawy moralnej i dla terapii psychologiczno psychiatrycznej. Kryminalne rozbójnicto powinno być leczone przymusowo, aby osoba poddawana terapiom uświadamiającym i moralnym, mogła przezwyciężyć złe skłonności. Wiadomo, że intensywne oddziaływania terapeutyczno uświadamiające, zajęcia muzyczno taneczne, zajęcia ze śpiewem, czy nauka rozładywania agresji w sposób zastępczy, zmniejsza ryzyko recydywy wielokrotnie, a uwięzienie w klatce i długotrwałe zamknięcie, klatkowe izolacje w celach, jedynie podnosi agresywne skłonności wielokrotnie. Konieczność naprawienia szkód ofiarom pobić rozbójniczych i spłacenia ich leczenia, czy szkód, aż do całkowitego wyrównania rachunków, przymus prac publicznych na konto sądownictwa, gruntowna resocjalizacja, to bardzo skuteczne lekarstwo dla rozbójniczej i zbójeckiej patologii. Praktyka pedagogiczna pokazuje, że w agresywnych klasach codzienny wf na bazie sportu bokserskiego w praktyce eliminuje agresywne wybryki poza ringem i honorowym bokserskim sparringiem, to dlaczego tej wiedzy pokoleń pedagogów nie wykorzystywać do terapii jednostek patologicznie agresywnych? Edukacja jest połową sukcesu resocjalizacyjnego, a ten składać się musi i z Nauki i z Terapii i z Pracy, bo zawsze praca działa socjalizująco dla ogółu ludzi i to tych ze społecznego marginesu. Nie trzymanie ludzi w klatkach, ale piętnowanie i upublicznianie prawomocnie orzeczonych przez sąd zbrodni i występków oraz konieczność naprawienia wyrządzonych innym szkód i pracowanie dla ich dobra. To jest Prawo.

    5. Prawo w duchowym, mistycznym ujęciu Kultury Wschodu, Eurazji, to Rta albo Tao i oba pojęcia, zarówno indyjska Rta jak i chińskie Tao (Dao) oznaczają Zasadę Zwrotu, Prawo Zapłaty. Chrystus czy Buddha wyrażali Prawo słowami: „Jak kto sieje to i żąć będzie”. Czyn, w tym myśli i słowo posiewem jest, który wytwarza odpowiednie skutki, stosownie do Zła, jakie wyrządzamy innym ludziom, zwierzętom i przyrodzie, a jako zwrot, zapłatę otrzymujemy stosowną dawkę krzywdy i cierpienia. Ciągle są na świecie ludzie, którzy krzywdzą innych albo niszczą przyrodę, zwierzęta lub rośliny i ciągle są ludzie cierpiący, krzywdzeni jednak niektórzy doświadczają zwrotu tego, co kiedyś uczynili myślą, słowem lub uczynkiem, a niektórzy cierpią krzywdę niezasłużenie, a zwrot dopiero spadnie na ich krzywdzicieli. Prawo, Dobre Prawo, Rta (Tao) jak mówił Buddha czy Mojżesz, oddaje każdemu wedle uczynków jego, wedle cierpienia i krzywdy, jaką osobnik Zły wyrządził Dobremu, Niewinnemu. Rta działa bezwzględnie w określonych cyklach czasu układając los człowieka stosownie do jego życia, traktowania innych, siły szkodzenia i negatywnych skłonności. Badając filozofię stanowienia Prawa na ziemi powinniśmy wszystko to uwzględnić, chociaż Anioły Władcy Karmy (Losu) znane jako Lipika Deva zapewne się najlepiej nadają do księgowania złych uczynków i opracowywania skutecznego i adekwatnego losu, fatum dla złoczyńcy. Przygotowana kara dla jednostek ewidentnie Złych, patologicznie Złych powinna obejmować maksymalnie cały zakres ich złoczynnej działalności i być wszechstronnie naprawcza. Niestety zachodnie pomysły z trzymaniem ludzi w klatkach zwanych więzieniami, w bezruchu, zaduchu i izolacji jedynie pogarszają stan uwięzionych powodując jak dotąd wzrost przestępczości i to agresywnej. Ściśnięcie i izolacja zawsze bowiem prowadzi do wzrostu agresji oraz degradacji często i tak wątpliwej inteligencji, co tylko pogarsza stan każdego uwięzionego, który po opuszczeniu więzienia jest jeszcze gorszy, cwańszy i złośliwszy niźli przed uwięzieniem, szczególnie długoletnim.

    6. Sprawdzona w wielu cywilizowanych krajach metoda publicznego piętnowania przestępcy poprzez ogłoszenie go w prasie i mediach, oraz konieczność przymusowej pracy na rzecz społeczeństwa, pracy społecznie użytecznej lub wprost na rzecz swej ofiary, aż odpracuje to co ukradł lub zniszczył, jak to ma miejsce w cywilizowanych mediacjach, jest o wiele skuteczniejsza i o wiele bardziej zapobiega recydywie, ponawianiu przestępstw i przestępczemu życiu, szczególnie drobnych złodziei i rozbójników żyjących z drobnych, ale częstych kradzieży lub kradzieży i rozbojów. Oczywiście karanie matki samotnej bez środków do życia i pracy za to, że kradnie w sklepie jedzenie dla głodnego dziecka jest rażącą demoralizacją sądownictwa. W takich wypadkach karać należy polityków rujnujących miejsca pracy i opiekę społeczną swoimi bezmyślnymi decyzjami i pomysłami. Głodnych trzeba nakarmić, najlepiej metodą posiłek za chociaż drobną pracę. Jeden dzień pracy na rzecz społeczeństwa w tygodniu w zamian za możliwość codziennego najedzenia się do syta przez cały tydzień dla bezrobotnych i bezdomnych powinno być regułą dla wprowadzenia sprawiedliwego systemu stanowienia prawa w kraju.

    7. Zostawienie bezdomnych i głodnych, bezrobotnych ludzi w imię złudnego zysku z wysokich podatków i wysokich ubezpieczeń społecznych samymi sobie, przyczynia się kryminalizacji całego społeczeństwa. Głodne dzieci od najmniejszych lat uczą się kraść aby przeżyć kolejny dzień swojego nędznego żywota, a dalej uczą się zachowań patologicznie rozbójniczych, aby zdobywać jakiekolwiek fundusze, aby mieć gdzie mieszkać i mieć w domu zimą ciepło. Jeśli władza miliony ludzi doprowadza do takiego stanu to jest to władza rozbójnicza, dokonująca rozboju na społeczeństwie i trzeba taką władzę odizolować zaiste od społeczeństwa, konfiskując jej to wszystko co zagrabiła i ukradła. Prawo do pracy jest podstawą bytową każdej osoby w społeczeństwie i jako niezbywalne podstawowe Prawo Człowieka musi być respektowane i dla każdego dostępne, a tam, gdzie podatki są niskie, bezrobocie w praktyce nie istnieje, a cały kraj jest bogaty i dostatni. Pozostałe już nieliczne jednostki rzeczywiście pasożytnicze i psychopatyczne łatwo wtedy jest uświadamiać, kontrolować i reedukować na Dobrą Drogę Prawa, Prawości i Sprawiedliwości. Zasada ta jest bardzo prosta i przejrzysta ale wymaga zmiany paradygmatu państwa w kierunku samorządowym oraz w kierunku antyfiskalnym. Najmniej przestępstw popełnia się w państwach, gdzie podatki płacą jedynie bogaci obywatele od swoich firm i posiadłości i w tych, gdzie płacenie podatków jest dobrowolne, choćby i dlatego, że znika cała grupa pseudoprzestępstw zwanych przestępstwami fiskalnymi.

    8. Mamy w zasadzie tylko trzy rodzaje przestępstw wedle prawa spisanego na Szmaragdowych Tablicach jako Prawa i Zasady Boże i tego trzeba się trzymać analizując każdy przypadek. Pierwsza grupa to zabijanie, kaleczenie, fizyczne dręczenie, gwałt, przymus i rozbój, czyli wszelka Hińsa dokonana czynem rozbójniczym. Druga grupa to wszelki fałsz i oszustwo, wyłudzenie i wykorzystanie oparte na nieprawdzie i kłamstwie, czyli Asat. Trzecia grupa to Steya, to wszelka kradzież, złodziejstwo, wyzysk i ograbianie, także to, dokonywane przez przestępczych urzędników fiskalnych zdzierających nadmierne podatki i nakładających całkiem niesłuszne i niesprawiedliwe kary na ludzi, chociaż Prawo Boże nie przewiduje w ogóle istnienia ani podatków fiskalnych, ani też żadnej lichwy od kredytów, co jest zupełnym złodziejstwem. Wysokie podatki już w starożytności system państwowy pobierał od działalności wątpliwych moralnie, jak gry hazardowe, środki oszałamiające (alkohol, haszysz) czy od usług takich jak prostytucja czy aborcja. To i owszem mogłoby być w państwie prawa dozwolonym, a nawet wskazanym, bo jeśli prostytucja jest nieopodatkowanym dochodowym biznesem, to każdy normalny obywatel będzie się czuć skrzywdzonym jeśli od swoich mizernych dochodów ze sprzedaży pietruszki musi płacić horrendalny podatek albo wyimaginowanej wysokości grzywnę wiodącą wprost do samobójstwa.

    9. Święta Zasada Odpłaty, ta, opiewana przez Mądrość Ludową regułkami typu: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”, albo „Jak kto pościele, tak się wyśpi”, czy też „Oko za oko, krew za krew”, jasno wskazuje, że Prawo Odpłaty, Karmy, jest Prawem Pomsty, Odwetu. Musimy sobie uzmysłowić, że w tym świecie w którym żyjemy, żyjemy pod władzą Kosmicznego Prawa Pomsty. Słuszna Zapłata czy Odpłata dosięga każdego człowieka, a ludzie nie mogą żądać kary dla człowieka, którego los już w procesie życia należycie ukarał stosownym cierpieniem w postaci odpowiedniej szkody, choroby czy kalectwa lub straty. Można powiedzieć, że Rta to Mądra Pomsta Boża, która dba o to, aby każdy doświadczył tego, co zadawał innym i co u innych powodował. Wyjaśnienie i ukazanie Pomsty w kręgach semicko-perskich zwanej Muntaqim mogłoby mieć wielkie znaczenie edukacyjne i wychowawcze, gdyż ukazuje Sprawiedliwość Uniwersalną, niezależną od wszelkich ludzkich instytucji zwanych wymiarem sprawiedliwości, które w praktyce mają zerowe zdolności wychowawcze i reedukacyjne dla zdegenerowanych jednostek społeczeństwa. Operacja pomniejszania ciałka migdałowatego u niebezpiecznych psychopatów, to tańszy i bardziej ekonomiczny zabieg i o wiele skuteczniejszy niźli kosztowne i wielokrotne trzymanie takich osób jako „niebezpiecznych” w rozmaitych, specjalnych dla nich więzieniach i oddziałach karnych. Podobnie i gwałciciel, po kastracji staje się już nieszkodliwym eunuchem.

    10. Problemem jest jednak fakt 30-40% pomyłkowości w serwowaniu kary osobom rzekomo winnym przestępstw, bo to oznacza, że na 10 ukaranych jest 3-4 całkowicie niewinnych, a tę omyłkowość dziś używa się jako główny argument na rzecz całkowitego zniesienia i zlikwidowania kary śmierci. Wydaje się rozsądnym, że honorowe samobójstwa, eutanazja osób, które zmuszone są odsiadywać wyjątkowo długie wyroki więzienia jak dożywocie jest bardzo wskazana, humanitarna i ekonomiczna dla społeczeństwa. Ciekawe, że procent osób niewinnie skazanych pokrywa się też z grubsza z procentem osób w społeczeństwie, które łatwo ulegają psychomanipulacji z powodu nader słabej psychiki i można im wmówić łatwo zdarzenia, które nie miały miejsca, a do których osoby te będą się poczuwały jako do rzeczywiście istniejących. Dzięki temu wyprodukowana jest przez sprytnych agentów policyjnych i prokuratorskich część przestępców, którzy po latach dowiadują się, że jednak nie byli winni i z przestępstwem nie mają nic wspólnego.

    11. Z kodeksów karnych winny zniknąć wszelkie artykuły za tzw. znieważenie i zniesławienie, szczególnie organów państwa, ponieważ krępują Wolność Słowa i Wypowiedzi, a także są narzędziem do politycznych represji niewygodnych obywateli oraz jednostek o zupełnie odmiennym światopoglądzie. Także różne osoby nadwrażliwe i ksobne, wręcz paranoidalnie chore mogą łatwo używać artykułów o zniesławienie do walki ze swoimi adwersarzami, a to już powinno być co najwyżej kwestią ugody i przeprosin w procesie cywilnym. W starożytnej Grecji za obrazę słowną i zniesławienie, osoba była wzywana do publicznej debaty na rynku i jeśli nie mogła udowodnić swoich argumentów to była publicznie wyśmiana, wygwizdana i wyszydzana, co zupełnie wystarczy w charakterze nagany i nauki odpowiedzialności za Słowo Mówione i jego zgodność z Prawdą. W szczególności o władzy państwowej i jego organach każdy musi mieć prawo mówienia tego co myśli bez żadnych reperkusji w postaci kar uwięzienia, a cywilizowane kraje do tego właśnie zmierzają. O ile powściągliwość mowy i język jest uznaną cnotą, o tyle wymuszanie jej siłą jest już zbrodnią przeciwko Wolności Słowa Podstawowej Swobodzie Obywatelskiej!

    12. Karanie za odmowę służby wojskowej to inny średniowieczny absurd prawny, gdyż jest to karanie za odmowę zabijania ludzi i za odmowę przyuczania się do dokonywania morderstw. Taka podstawa powinna być upowszechniana, wychwalana i popierana społecznie, a służba wojskowa zajęciem być winna jedynie całkowicie dobrowolnym, dla ochotników i zawodowców dopóty, dopóki bronienie granic czy praw kraju przed innymi państwami jest uzasadnione i konieczne. Ograniczenie represji karnych, czy rzeczywiście niezbędnego minimum jakim jest ochrona życia, zdrowia, bezpieczeństwa i własności, powrót do zasad podstawowych Prawa Bożego w połączeniu z edukacją dzieci i młodzieży w dziedzinie Etyki i Prawa, w połączeniu z uświadomieniem zagrożonych środowisk, wszystko to może zdziałać cuda! Zaiste, w Japonii jest 11 razy mniej ludzi karnie uwięzionych na ilość mieszkańców niźli w USA, a i jeszcze jest o wiele bardziej bezpiecznie niźli w amerykańskim „eldorado”, gdzie rozbudowuje się więziennictwo i wprowadza coraz więcej praw za łamanie których są coraz to bardziej drakońskie kary więzienia. Na 100 tysięcy więźniów w Japonii mamy 1 milion 100 tysięcy więzionych w USA i totalny wzrost przestępczości w amerykańskiej „demokracji”. Widać postawienie na edukację, bezwzględne udowodnienie winy, odchudzenie prawa karnego z setek bezsensownych przepisów to powrót do normalności społeczeństwa i wzrost bezpieczeństwa, tym bardziej, że każdy bezdomny otrzymuje niewielką kwaterę, mały pokoik i toaletę (zamiast celi więziennej), gdzie może bezpiecznie i spokojnie żyć, a do tego jeden posiłek dziennie, aby nie umarł z głodu, a to w sumie niewiele kosztuje całe społeczeństwo, które i tak płaci niewielkie podatki w stawkach 3% lub 7%

    13. Japonia jednak to kraj, gdzie każdy obywatel jest zarówno sintoistą jak i buddystą, a obie te kultury wyższego rodzaju, sprzyjają studiowaniu i rozumieniu Prawa w jego zarówno ludzkim, jak i boskim wymiarze. Gdzie bowiem znane jest Prawo Odpłaty, ta, Tao, tam człowiek bardziej odpowiedzialnym jest zarówno za swoje czyny, słowa, jak i myśli, wystrzegając się Złej Myśli, Złego Przekonania czy Złośliwych Ocen w Myśli. Właściwe Myślenie prowadzi do Właściwej Mowy i Właściwych Działań, a cała ludzka jednostka Zgodna i Zestrojona z Odwiecznym Prawem Boga, ze Świętą tą (Ritą) w niczym nie naraża się na Pomstę Bożą, czyli Odpłatę od Niebios za własne złe myśli, słowa i czyny. Dobre myśli to większy optymizm i lepsza nadzieja, a optymiści z natury żyją dłużej i są zdrowsi, a do tego lepiej się im powodzi. Wszystko są to zalety wychowania w wyższej niż europejska czy amerykańska kulturze etycznej i duchowej, a przecież tradycja buddyjska wywodzi się z bramińskiej Indii jako jedna z form religijnego Kultu Wisznu, którego wcieleniem, zstąpieniem był Pan Buddha jako tak zwana Awatara!

    14. Wschodnia koncepcja – miast osadzenia czy rejonów zesłania dla wyjątkowo groźnych przestępców i notorycznych recydywistów – to jeden z najlepszych pomysłów penitencjarnych wszechczasów, jeśli połączony z przymusem pracy i wychowaniem przez pracę, a zaczerpnięty z koncepcji niebiańskiej banicji, wygnania z Raju. Powszechnie wiadomo, że już tydzień spędzony w karcerze, w izolacji w kilka osób lub w pojedynkę zaburza funkcję psychiki, osąd moralny, wzmaga agresję i autoagresję wiodącą do okaleczeń i samobójstw, więc stosowanie uwięzienia jako kary, szczególnie długotrwałej w ogóle nie powinno mieć miejsca. O wiele lepsze jest zesłanie na jakąś większą bezludną wyspę, gdzie trzeba uprawiać własne poletko aby się utrzymać przy życiu i której w żaden sposób nie można opuścić. Oprócz wspomnianych zaburzeń, wśród więźniów klatek występuje demencja, ubytki słuchu, zaburzona orientacja przestrzenna oraz zaburzona samoocena, eskalacje sadyzmu i okrucieństwa, co wszystko pokazuje, że jest to system prowadzący do wzrostu patologii, a nie do jej likwidacji czy ograniczenia. Życie na koszt społeczeństwa jest już wyjątkowo demoralizujące i niszczy wszelkie normy moralne jakie przed uwięzieniem w klatce posiadali oskarżeni. Nie więzienia, a zakłady pracy z dochodową produkcją i skoszarowaniem w tychże zakładach pracy przymusowej potrzeba budować, aby redukcja społeczna rzeczywistych kryminalistów mogła mieć miejsce i człowiek miał szansę stać się pełnowartościową jednostką w społeczeństwie.

    15. W myśl Prawa Odwiecznego ukarać można kogoś, kto swym czynem dokonuje krzywdy, a więc gdy zadano cierpienie i wyrządzono szkodę. Kara jest karą za konkretną szkodę czy krzywdę, nie można więc karać tam, gdzie naruszono jakiś sztywny przepis, a nikomu nie wyrządzono krzywdy czy szkody. Odmowa służby wojskowej czy ubliżanie prezydentowi albo spalenie flagi narodowej, to czyny, które nikomu nie wyrządzają szkody, oczywiście pod warunkiem, że osoba pali własną flagę, bo jedynie wyraża w ten sposób swoje poglądy i musi mieć do tego zagwarantowane prawo i swobody obywatelskie.

    16. Czas już najwyższy skończyć z represyjnym prawem karnym i jego wieloma bezsensownymi paragrafami równie bezmyślnie stosowanymi. Zwykły pragmatyzm obywatelski nakazuje, aby tego kto nabrudził ukarać dając mu przymusowe sprzątanie, a tego kto ukradł zmusić do oddania lub odpracowania tego co ukradł ofierze swego złodziejstwa. A tych, którzy piętnują i znieważają można co najwyżej karnie napiętnować i znieważyć albo zmusić do wielokrotnych publicznych przeprosin i do niczego więcej ponad to. Jest to elementarne ucywilizowanie systemu prawnego, który w przeciwnym wypadku zmierza do korupcji i represyjności. A oczywiście władza sądownicza powinna być niezależna od wpływu polityczno administracyjnej władzy, gdyż jej dzisiejsza uległość różnym niedouczonym politykierom czyni pozycję sędziego czy prokuratora cokolwiek śmieszną i niepoważną. Usunięcie śmiesznych, bezmyślnych i korupcyjnych przepisów w kodeksie karnym oraz likwidacja politycznej władzy administracji państwowej nad ustrojem sądownictwa musi być podstawą dla zreformowania czy raczej ucywilizowania średniowiecznego wymiaru sprawiedliwości z jego bastyliami, które Rewolucja Francuska już chciała wyburzyć jako zbędne i szkodliwe narzędzia represjonowania wygłodzonego i biednego społeczeństwa.

    17. Uważność sądownictwa w sprawach rodzinnych, gdzie żony często zwyczajnie pomawiają mężów o przemoc nad nimi i dziećmi, a także o rzekome gwałty, bywa, że w absurdalny sposób, jedynie po to, by pozbyć się męża z domu na rzecz kochanka, powinna być wielka i graniczyć z intuicyjnym, cudownym wyczuciem. Ojców poszkodowanych przez żony, którzy siedzą niewinnie w więzieniach i aresztach jest całe mnóstwo, a prawo karne zupełnie niesłusznie zajmuje się przypadkami, którymi powinien zająć się psycholog rodzinny oraz sąd rodzinny, ale w charakterze sprawy rozwodowej. Społeczeństwo nie powinno też ponosić kosztów trzymania alimenciarzy w więzieniach, gdyż alimenty to 300-500 zł miesięcznie, a koszt trzymania mężczyzny uchylającego się od alimentów to 1500 zł miesięcznie lub więcej, a zatem więzienie tych osób to rozbój na społeczeństwie. Pięć razy taniej jest ufundować alimenty i rejestrować czy osoba pracuje, a wtedy ściągać odpowiednią kwotę alimentów, zbadawszy dokładnie, genetycznie czy jest ojcem dzieci. Bardzo wielu „ojców” porzucających rodzinę czy dzieci i żonę to osobnicy wyczuwający instynktownie, że nie są stwórcami rzekomo swojego potomstwa, a odsetek wrobionych w ojcostwo sięga w Europie nawet 30%, więcej przy pierwszym dziecku, a mniej przy następnych. Psychologiczna awersja do dziecka tak nabytego oraz żony jest zatem uzasadniona w takich przypadkach i trudno przezwyciężalna, dlatego procesy o alimenty powinny się rozpoczynać bezwzględnie nowoczesnymi, genetycznymi badaniami bez wątpliwości ustalającymi ojcostwo dzieci. Inna sprawa, że obowiązek łożenia na utrzymanie dzieci w ramach równouprawnienia powinien być po równo rozłożony tak na ojca jak i na matkę! Oboje rodziców jest bowiem razem odpowiedzialnych za przeżycie i utrzymanie ora wychowanie swojego potomstwa.

    18. Dziś robi się wiele hałasu ścigając haszysz czy marihuanę, które w porównaniu z papierosami i alkoholem są mniej uzależniające i o wiele mniej szkodliwe, gdyż alkohol niszczy i zabija neurony, a papierosy napędzają epidemię raka, podczas gdy marihuana jest lekiem lekko antystresowym i przeciwbólowym. Zamiast ogromnych wydatków na ściganie, karanie i więzienie handlarzy i konsumentów konopi (cannabis) i jej pochodnych wystarczyłaby ich legalizacja, bo to i ogromny zysk podatkowy i osłabienie spożycia narkomańskich monopolistów czyli alkoholu i papierosów. Tytoń Indianie uważali za szkodliwe i demoniczne ziele narkotyczne, które sprzyja fanatyzmowi, agresji, zacietrzewieniu, pobudza zbrodniczy instynkt zabijania i było znakiem przymierza wojny. Alkohol kultura muzułmańska uważa za napój szatana i sił złych, wskazując na neurologiczną degradację pijaków, ich bezrozumność i bezwolność, oraz znaną pijacką agresywność i zdolność do przemocy. Najgorsze zbrodnie popełniane są i były w oparach alkoholu i w kłębach dymu nikotynowego, którego skutkiem jest onkologiczny biznes, cała endemia raka. Każde 100 gram spirytusu jakkolwiek wypitego, nawet w piwie czy winie mszalnym zabija 1800 neuronów w mózgu i uniemożliwia, blokuje na jakiś czas regenerację, produkcję komórek nerwowych w hipokampie mózgu, a stąd wszelkie postacie demencji! W porównaniu z tymi szkodnikami narkotycznymi, produkty z konopi jak marihuana czy haszysz są mało szkodliwymi rozweselaczami o działaniu antydepresyjnym i przeciwbólowym. Legalizacja tego rodzaju środków, używanych od wieków w Europie, Azji i Ameryce, oraz ich opodatkowanie, to byłby prawdziwy zysk i postęp społeczny, tak w dziedzinie zdrowotnej jak i prawnej! A że wydział antynarkotykowy i parę więzień poszłoby do likwidacji, to też zysk społeczny, bo tam, gdzie te środki są legalnie sprzedawana słabną mafie, bo tracą źródło dochodu, znika HIV i globalnie spada ilość narkotyków, a społeczeństwo staje się Bogatsze pod każdym względem i bardziej cywilizowane.

    19. Zanoszenie Modlitw o Sprawiedliwe i Uczciwe Prawo oraz o Praworządność to jedna strona pracy, walki o Prawo, a druga to edukowanie ludzi i zgłaszanie postulatów i wniosków, chociażby do każdego z posłów oraz senatorów i sądu najwyższej instancji czy ministerstwa sprawiedliwości, to druga sprawa walki o Dobre Prawo i przywrócenie na Ziemi Ładu i Porządku na miarę niebiańską. Najprostsza zasada jaką stosuje prawodawstwo anglosaskie to dodawanie wszystkich kar za pojedyncze przestępstwa, o ile ograniczają Wolność, lub są karami finansowymi, a to oznacza, że ten, co popełnił więcej przestępstw karany jest znacznie surowiej, godna jako zasada jest do wprowadzenia w każdym systemie prawa, porządku i sprawiedliwości. Słowo Rta oznacza właśnie Ład i Porządek, Zasadę Porządkującą i przywracającą społeczny Ład. Jedna zasada dla Aniołów Lipika i wystarczy się nią kierować i do niej stosować, aby więcej przepisów nie było koniecznych. Gdzie nie ma Mądrości, tam są i setki zagmatwanych przepisów, a gdzie nie ma nawet Rozumienia, tam są i tysiące sprzecznych paragrafów. Mądrości Bożej wystarczy Jedna Zasada Sprawiedliwości, Prawo Odpłaty, aby stosować je Sprawiedliwie dla wszystkich ludzi w każdej Epoce Istnienia Świata, w każdej z Czterech Wielkich Jugach każdej z 14 Manwantaras. W Kālī Judze jaka teraz panuje – Prawo jest najbardziej potrzebne, ale i Zasada Sprawiedliwej Zapłaty najczęściej drastycznie jest naruszana, bo uwięzienie może być stosowane naprawdę tylko w zamian za uwięzienie, niewolenie innych. Porządek Boży stosuje wykluczenie ze społeczeństwa, ale jest to wyrzucenie, banicja do innego świata, a nigdy zamknięcie w ciasnej i ordynarnej klatce i to jeszcze na koszt całego społeczeństwa!

    20. Pobyt w więzieniu powinni opłacać z własnej kieszeni Ci, którzy chcą takiego sposobu karania złodziei czy kierowców samochodów za spowodowanie wypadków. Przymus osiedlenia i pracy w strefie dochodowej acz zamkniętej, czyli zsyłka do pracy wychowawczej i na kursy, naukę, edukację czy reedukację celem przywrócenia do społeczeństwa jest tańsza i co więcej – wysoce dochodowa. System przymusowego osiedlenia i pracy przymusowej najlepiej sprawdził się ze wszystkich systemów karno-represyjnych, a dzisiaj można go swobodnie stosować w bardziej jeszcze humanitarny i cywilizowany sposób. Zasada dzień bez pracy to dzień bez jedzenia doskonale szkoli i kształci wszelkich maści złodziei, naciągaczy i aferzystów, a tych jest najwięcej wśród przestępców. W szczególności złodzieje czerpiący z posad państwowych i rządowych powinni się spłacać uczciwą pracą całemu społeczeństwu dla jego pomyślności, rozwoju i dobrobytu. Praca społecznie użyteczna kształci, wychowuje, rozwija i uspołecznia, a jednostki aspołeczne i pasożytnicze trzeba przede wszystkim uspołecznić, aby je zreedukować i ucywilizować. Swoją drogą trzymanie w więziennej klatce za spowodowanie tragicznego wypadku drogowego jest tylko powiększeniem tragedii i niszczeniem rodziny kierowcy, a nie żadną karą. Konieczność pracy i odszkodowania dla rodziny ofiary wypadku, to byłaby słuszna kara zgodna z zasadą Zadośćuczynienia Krzywdzie i Stracie, bo to jest właśnie też podstawą kształtowania losu, kiedy Anioły Lipika z pomocą ta starają się nam ułożyć nasze Fatum!

    21. Jeśli sprawca przestępstwa sam dokona Zadośćuczynienia, tak, że jego ofiary będą usatysfakcjonowane, nie ma prawa już nikt do żadnego karania, bo gdzie szkoda jest naprawiona, tam nie będzie działało Prawo Odpłaty i Bóg nie dokona już Pomsty. Temida nie może być ani ślepa, ani bezmyślna, a zasada wykupywania się od kary powinna być wszechobecna w Prawie, bo Zadośćuczynienie ma zadowalać poszkodowanych, a kara nie może swoimi kosztami represjonować całego społeczeństwa. Sędziowie muszą być ludźmi inteligentnymi, którzy rzeczywiście rozstrzygają arbitralne spory i konflikty, tak, że strony sporu czy konfliktu same dochodzą do zadowalających poprzez Mediację, rozstrzygnięć i uzgodnień. Oczywiście, zadanie to byłoby łatwiejsze poprzez głębokie medytowanie i skupienie na Om tam! Na pewno już samo skupienie nad Rtam, Rta czy Tao, albo nad Muntaqim, poprowadziłoby Sędziów we właściwym kierunku podczas procesów i negocjowania Zadośćuczynienia czy Słusznej Kary!

    22. Człowiek nie może być latami dręczony i męczony w tak zwanym śledztwie pod jakimkolwiek pozorem. Zamykanie dochodzeń w ciągu tygodnia, a śledztw w ciągu miesiąca, oraz stawianie przed Sądem natychmiast celem wydania wyroku musi być normą Sprawiedliwości i Praworządności. Kolejne sprawy sądowe muszą się odbywać codziennie, a już na pewno nie rzadziej niźli co tydzień, aż do wydania wyroku w danej sprawie. Możliwość długotrwałego, wieloletniego trzymania w aresztach to broń polityczna do gnębienia osób niepoprawnych politycznie, niewygodnych biznesmenów, ekologów i nie może mieć miejsca w żaden sposób. Sprawność wymiaru Sprawiedliwości leży w jego efektywnej i rozsądnej szybkości. Sądownictwo musi się też umieć przyznawać do własnych błędów w rozpoznawaniu winy i umieć sensownie Zadośćuczyniać Niewinnym, których więzi, tak, aby Kasacja była rzeczywiście Uniewinnieniem!

    23. Ukrócenie tak zwanych przewlekłych śledztw niewątpliwie ucywilizuje cały system wymiaru Sprawiedliwości, a trzymanie bez wyroku nie może zastępować ukarania, szczególnie jeśli brak podstaw do postawienia przed sądem, gdyż nigdy nie jest słusznym więzienie w areszcie na wszelki wypadek. Różnorodność środków karno-dyscyplinujących, szczególnie opartych na poprawie i zadośćuczynianiu przestępcy na rzecz ofiary, a także na porozumieniu, mediacji i Przebaczeniu przez ofiary jest niewątpliwie wielkim etapem od średniowiecznej inkwizycyjnej represyjności, przypominającej bezmyślne działanie wściekłego tłumu, ku humanitarnej naprawie, edukacji i resocjalizacji patologicznych jednostek. Jeśli na 100 tysięcy uwięzionych jest ledwie kilkaset osób uważanych za niebezpieczne dla otoczenia, to oznacza, że dla poprawy bezpieczeństwa właściwie tylko te najbardziej niebezpieczne jednostki stanowią zagrożenie i powinny być odizolowane od społeczeństwa, nawet od społeczności więziennej, aby nie wywierały wpływu i nie dawały złego przykładu otoczeniu. W rzeczywistości tylko co najwyżej 1/10 (jedna dziesiąta) lub mniej spośród aktualnie uwięzionych czy aresztowanych powinna być karanych w ten sposób, a reszta winna być reedukowana w sposób inny – humanitarny i cywilizowany. Tylko czy zainteresowani dobrze płatną pracą w służbach więziennych zechcą pozwolić na ucywilizowanie całego średniowiecznego, na ciemnocie bezmyślnych przepisów opartego, represyjnego systemu karnego?

    24. Pracy jest dużo i dla każdego – wystarczy obniżyć podatki, częściowo podatki zlikwidować, chociaż te od najbiedniejszych i od budżetówki, bo nie ma sensu przelewać z pustego w próżne, a prestiż obywatela-biznesmena uzależnić o tego, jak wielkie wpływy wnosi do kasy gminy w społeczności, w której żyje, działa i prowadzi swoje interesy, a gospodarka i cały system zostaje natychmiast uzdrowiony, bo to jest podstawa, wraz z opodatkowaniem tego, co moralnie i etycznie wątpliwe jak prostytucje, aborcje, narkomania i śmiecenie produktami takimi jak opakowania jednorazowe, aby były nieopłacalne! Wystarczy uczynić jedną bardzo minimalną stawkę opłaty na opiekę społeczną, aby każdy sam ją jeśli chce wykupywał, a zniknie problem pracy na czarno i szarej strefy, bo ubezpieczenie to prywatna sprawa dla każdego wolnego człowieka. Dużo Wolności to dużo pracy dla każdego człowieka i likwidacja środowisk patologicznych sprzyjających skryminalizowaniu. Niskie podatki to dużo inwestycji, brak ucieczek biznesmenów do podatkowych rajów i łatwość w tworzeniu miejsc pracy i przedsiębiorstw, a więc zysk i dochód oraz korzyść dla wszystkich. Tylko głupcy i rozbójnicy nie chcą ucywilizować i usprawnić całego systemu państwowego, który mógłby być cywilizowanym państwem prawa i praworządności, o wielkim Ładzie i Porządku graniczącym z Boskim Cudem. Prawdopodobnie jedynie masowe zanoszenie Modlitw o ucywilizowanie, zhumanizowanie Państwa i jego systemu Prawnego jest jak dotąd jedynym Orężem Postępu.

    25. Postęp i Sprawiedliwość to najpilniej potrzebne Ideały do Wcielenia w Życie, a Najlepszy Kodeks Praw jaki Bóg Objawił ma Dziesięć Przykazań, zarówno w wydaniu chrześcijańskim, buddyjskim jak i w hinduistycznym, gdzie zdaje się być właśnie oryginał obu szmaragdowych Tablic z Dekalogiem, a to oznacza, że tylko Pięć Praw to Kodeks Praw Ludzkich, bo pozostałych 5 Zasad to Prawa Mistyczno-Duchowe, a nie jedynie Etyczno-Moralne. Szmaragd może być doskonałym talizmanem kontemplacyjnym dla każdego Sędziego zarówno jako symbol Szmaragdowych Tablic Prawa Mojżesza, jak i jako kamień o energii stwarzającej nastrój i aurę do podejmowania zdroworozsądkowych, rozumnych decyzji i postanowień. Powiada się, że kto na Sercu niczym tarczę nosi Szmaragdowy Talizman, ten odbija innym to, co powinno na nich spaść zgodnie z Prawem Bożym z powodu ich złych czynów, słów i myśli. Bogini Temida odziana jest zwykle w piękną fioletową, ametystową odzież, gdyż jest to kolor Ładu, Porządku i Sprawiedliwości, a więc przymioty Saturna, Śani, planety symbolicznie i energetycznie uporządkowującej przeznaczenie. Jeśli chodzi o wyroki uwięzienia, to dłuższe niż 30 lat, co stanowi cykl Saturna (Śani Yuga) w ogóle nie powinny mieć miejsca, gdyż nie mają żadnego sensu ani też pożytku z punktu widzenia redukcji karmy czy zabezpieczenia reedukacji. Jednostkę nienaprawialną przez tak długi, skrajny okres nie będzie sensu dalej edukować, a optymalne cykle przeznaczone na naprawę i reedukację tych naturalnie długich, to marsjański cykl przemiany trwający około 15 lat, a także cykl smoczy, czyli Księżycowy rok Smoka trwający około 19,5 lat (19,6 roku). Dwudziestolecie to bardzo długi okres czasu i jeśli wypełniony jest karą pracy i nauki, reedukacją czy terapią zawsze daje efekty, gdyż jest to cykl społeczno-wychowawczy prowadzący do psychicznej i mentalnej dojrzałości oraz odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Zdecydowana zaś większość przestępców to jednostki o niedojrzałej osobowości, niezdolne są do budowania trwałych związków ani do podejmowania odpowiedzialnych ról społecznych. I w kierunku doprowadzenia do dojrzałości oraz korekty osobowości należy prowadzić całą reedukację i terapię przestępców.

    26. Cykl Jowisza to 12 lat, duży cykl Marsa to 15 lat, Rok Smoczy to 19,6 lat czyli prawie 20 lat, zaś cykl Saturna to prawie 30 lat (około 29,5 roku). Jeśli epicentrum czasu zesłania na banicję do pracy dla społeczeństwa i reedukacji będzie oscylować w granicach tych okresów, to proces naprawczy nawet najbardziej zepsutych jednostek będzie wyrazisty, ale nie mogą reedukowane osoby przebywać w zamkniętych, ciasnych klatkach, a raczej w dużych, choć izolowanych kompleksach, o dużej i wszechstronnej przestrzeni do życia i nadzorze pracy, terapii. Starożytne zasady Praworządności i Sprawiedliwości stosowały też Zasadę Przedawnienia po przeminięciu 7 lat dla większości przestępstw od momentu ich popełnienia, gdyż później już Pomsta Boża na pewno rozpoczyna tworzyć Zwrot, Zapłatę dla przestępcy i człowiek nie ma prawa zastępować ręki Boga, a i 7 lat to czas przebudowy, przemiany wszystkich komórek ludzkiego organizmu, więc człowiek może ulec samonaprawieniu z własnej woli, z powodu inspiracji własnego sumienia. Stosowano też samoukaranie w postaci osiedlenia się w tak zwanych miastach strefach Ucieczki, o ile osoba, przestępca osiedla się w nich samorzutnie i ogłasza to do wiadomości wymiaru Sprawiedliwości. Tego rodzaju dobrowolne samozesłanie się bez prawa opuszczania miejscowości, strefy Ucieczki to bardzo dobre rozwiązanie prawne i możliwość kontroli oraz nadzoru nad osobami, które dopuściły się nawet bardzo ciężkich przestępstw. W starożytnych wysokich cywilizacjach taką formę samoukarania przyjmowano w szczególności dla zabójców. Dobrze stanowione Prawo musi umieć karać, uniewinniać, a także znać się na zadośćuczynieniu i przebaczeniu, bo jeśli jestem ofiarą ale przebaczam przestępcy, to jakiż powód do karania czy ścigania osoby, której ofiara przebaczyła, odpuściła winę? Prawo Przebaczenia i Prawo Zadośćuczynienia to są PRAWA dla strażników moralności.

    27. Bardzo to dziwne, wręcz niezrozumiałe, że w krajach chrześcijańskich prawo nie stosuje zasad Zadośćuczynienia czy Przebaczenia, chociaż jest dobrze znane i praktykowane w krajach buddyjskich czy muzułmańskich, gdzie jeśli rodzina zabitego przebaczy oskarżonemu zabójcy, to wymiar sprawiedliwości odstępuje od karania na podstawie Prawa Przebaczenia. I podobnie jest w wypadku dobrowolnego naprawiania szkody, naprawiania krzywdy, zadośćuczynienia, które satysfakcjonuje ofiarę przestępstwa. Fioletowy strój Bogini Temidy pomaga w Uwalnianiu, Przebaczaniu i Zadośćuczynieniu, a czarne ubranka demonów niesprawiedliwości determinują do piekielnej bezwzględności i inkwizycyjnej bezrozumności, gdzie dzisiaj inkwizycją nazywa się wszelkie karanie za przestępstwa na podłożu światopoglądowym, wynikłe z przekonań czy żywionych ideałów. Fioletowy strój oraz szlachetny szmaragd z Pięcioma Prawami Yamah dla moralnej naprawy ludzkości jest bardzo potrzebny. Pięć zasad moralnych, międzyludzkich to pięć zakazów czynienia zła, które prowadzi do cierpienia i nieszczęścia innych stworzeń, ludzi i przyrody. Wyniszczanie ludzkości to też i wyniszczanie przyrody, albowiem zatrucie powietrza, wody, zniszczenie lasów to także zniszczenie i zatrucie ludzkiej istoty. Diament na czole to symbol czucia i widzenia Prawdy jaką jest, prawdziwość, szczerość, uczciwość to muszą być moralne cechy Sędziów, którzy dobrze aby rekrutowali się z pośród ludzi powyżej lat 30, bez nałogów, nieposzlakowanych moralnie i byli wybrani przez społeczeństwo, przez lokalną społeczność na Urząd Sędziego. Dopiero po takim wyborze, osoba uczciwa, moralna i prawdomówna powinna być przez 3 lata kształcona praktycznie na Sędziego nad społeczeństwem. Mistyczne doświadczenie Sądu Bożego bardzo byłoby przydatne, ale nie można zagwarantować funkcji Szahida, Strażnika Prawdy i Sądu każdej chętnej osobie ludzkiej. Oczywiście zarówno Samorząd Sędziowski jak i społeczeństwo musi mieć prawo usuwania osoby niegodnej i wątpliwej moralnie z Urzędu Sędziego. Osoby, które przypadkiem skończyły studia prawnicze nie powinny ot tak sobie mieć możliwości zostania Sędziami bez akceptacji i wyboru przez lokalne społeczeństwo, przez lud pracujący miast i wsi!

    28. W praktyce zawsze najlepszymi Sędziami byli Starsi Wsi czy Grodu, ludzie o dużym doświadczeniu i sprawiedliwości, ludzi prawi, choć czasem i nieuczeni. Prawidłowo ukształtowane, bezstronne sumienie, uczciwość i prawość charakteru czyni z człowieka dobrego Sędziego, a nie religijny fundamentalizm ajatollachów czy inkwizytorów, ani studia prawnicze i pomoc rodziny będącej już na tym urzędzie. Obieralność władzy sądowniczej to bardzo ważna zasada państwa Prawa i Sprawiedliwości, niezależność od władzy administracyjnej od rządu politycznego, to druga zasada niezależności, a kolegialność składu sędziowskiego na wzór Trójcy Bogów Sędziów to trzecia bardzo istotna kwestia. A to, że Sędzia winien słuchać też głosu społeczeństwa a nie tylko trzymać się aktualnie często martwych przepisów, to czwarta istotna kwestia, gdyż nie może być tak, że po 15 latach więzienia wykonuje się karę śmierci na człowieku, który uległ całkowitej resocjalizacji i metamorfozie, a nawet ożenił się z osobą, która odnalazła w nim swoją miłość jedynie dlatego, że adwokat spóźnił się 2 godziny z kolejnym odwołaniem wspieranym przez tysiące uczciwych ludzi głosujących i protestujących za uwolnieniem zreedukowanego przez 15 lat przestępcy! Takie wypadki pokazują na system chorych, bezdusznych, martwych i głupich przepisów, gdzie nie liczy się ani Dobro, ani Prawda, gdzie nie ma żadnej Sprawiedliwości, a to jest obraz właśnie współczesnej, rzekomo chrześcijańskiej Ameryki, USA, gdzie tego rodzaju horrory dzieją się prawie każdego dnia, a ilość pomyłek sądowych przy wydawaniu wyroków kary śmierci jest bodaj największa na świecie, pomimo zaawansowanej techniki i technologii. Niewątpliwie Sędziowie, których samo społeczeństwo sobie wybierze spośród znanych sobie współobywateli o odpowiednim morale i autorytecie mają o wiele większy autorytet społeczny, szacunek, uznanie i posłuch, niźli osobnicy nikomu nieznani, a co gorsza młodzi i bez doświadczenia życiowego w praktyce, aby móc rozsądzać skomplikowane kwestie międzyludzkich konfliktów i nieporozumień. Psychologia konfliktu powinna być podstawowym przedmiotem jaki sędzia winien poznać, zgłębiać i studiować.

    29. Zrozumienie Prawa Odpłaty, a zatem Zasady Karania jako wyższego Prawa Natury lub Prawa Boga kształtującego człowiecze przeznaczenie, ludzki los, to głębokie, nieomal mistyczno-filozoficzne zagadnienie, ale też Poznanie tam jest w obszarze podstaw mistyki i duchowości religii, a nie w obszarach wymagających poświęceń i boskich darów, co czyni z ta, Tao, Zasadę osiągalną dla każdego dociekliwego i badawczego Rozumu. Wystarczy studiować przypowieści, obrazy i komentarze bardzo uczonych Mędrców Prawa, aby zrozumieć Istotę Stanowienia Prawa i potem odpowiedzialnie poruszać się w obrębie określonych przypadków i sytuacji. Oczywiście, kontemplacja Bogini Temida czy Bóstwa takiego jak Waruńa Dewa, który jest Aniołem, Strażnikiem i Władcą Prawa boskiej Odpłaty jest bardzo pomocna, aby złapać, uchwycić dobrze Ducha Ładu, Porządku i Sprawiedliwości oraz pojąć Zasadę Pomsty Bożej, Zwrotu. Odpłaty w kształcący sposób, ale taki, aby ukarany przeszedł przez los jaki zgotował swojej ofierze, bo to jest najistotniejsze, gdy Anioły Waruńowe, Lipika Dewy uprzędą człowiekowi los z materii tego, co był wytworzył innym swoimi czynami i słowami oraz myślą, bo tak bo tak głęboko obejmuje swym wglądem człowieka tak Lipika jak i sam Pan Waruńa Dewa oraz Jego Sąd Boży. Samo ślepe wykucie na pamięć różnych przepisów nie uprawnia do wydawania sądów i ferowania wyroków, ale dobrze ukształtowane w Prawości Sumienie, które ma i zrozumienie i wyczucie, tak przestępcy, jak i ofiary czyni z człowieka prawdziwego Sędziego i pozwala być Strażnikiem Prawa na miarę biblijnego Jozuego i jego wybitnych następców.

    30. Rta (Rita, Ryta) jest osiągalna poprzez głębokie kontemplacje i medytacje, a ludzie intuicyjnie Praworządni i Sprawiedliwi są w każdym społeczeństwie pod słońcem, gdyż Rta, Prawo jest Zasadą tworzącą całą egzystencję, los i przeznaczenie. Rta to Prawo niczym greckie Fatum Prawo Przeznaczenia ale na podstawie dotychczasowego życia, skłonności, czynów, słów i myśli. Jeśli człowiek otworzy się dla Boskiego Prawa, sama esencja Prawa, Rta czy Dharma zagości w jego Sercu i przejawi się poprzez ludzki Rozum i Działanie. Pierwsze afirmatywne próby otwarcia się w tym kierunku i zgłębiania zagadnienia mogą przyjść przez utożsamianie się głęboko z paroma prostymi myślami:

    „Jam Jest Jedno z Odwiecznym Prawem Bożym!” Om Rtam
    „Jednoczę się z Odwiecznym Prawem Bożym!” Om Rtam!
    „Jam jest Doskonałe Prawo Boże” Om tam! Om tam! Om Rtam!
    „Jestem Odwiecznym Dobrym Prawem! Jestem, Jestem, Jestem Prawem!”
    „Jestem Prawem Bożym! Czynię wszystko to, co jest właściwe, dobre i słuszne!”

    31. Wiemy, że dla Religii Wschodu, przykładowo dla ponad miliarda ludzi w świecie muzułmańskim, Stopień Prawa to podstawowy Stopień Religii i Mistyki, który nazywany jest Szariat Zbiór Praw i Zasad prowadzący do zrozumienia Prawa Bożego jakim Najwyższa Osoba traktuje i doświadcza ludzkość oraz stworzenia. Dopiero później, po Zrozumieniu i Pojęciu Prawa Bożego następuje stopień Mistycznej Drogi, która wiedzie do Prawdy, a jeszcze dalej wiedzie ku Objawieniu Boga. Bez poznania Prawa nie ma więc możliwości medytowania ani mistycznego Objawienia. Podobnie Pan Buddha mówi, że podstawą religii i Mistyki jest Dharma Nauka Dobrego, Odwiecznego Prawa Bożego. A tradycyjna Weda Święta Wiedza, Joga i Tantra mówi o Zasadzie, Istocie Prawa jakim jest RTA (Rita, Ryta), Zasada Zwrotu, Zasada Odpłaty czyli PRAWO, Istota Prawa, którą można omawiać i komentować w formie Reguł Postępowania, co stanowi DHARMAH!

    32. Medytacja nad dwoma sylabami RTA (w Sanskrti literka R jest tutaj osobną sylabą) oraz studiowanie Dharmy stanowi podstawę, esencję Pierwszej Klasy Jogi i Tantry jaka prowadzi człowieka do Umiłowania Prawdy, Prawości, Światła i Sprawiedliwości o jakiej mówią i jaką polecają wszelkie religijne i hermetyczne Pisma Święte świata. Zanim człowiek rzeczywiście osiągnie stan Mędrca Mistrza Prawa i Prawdy opiewanym jednym konfirmacyjnym wyrażeniem jak przykładowo: „Jam Jest Prawem wszystko co czynię jest właściwe, dobre i słuszne” będzie musiał wiele badać i studiować aby czuć i rozumieć oraz w praktyce łatwo stosować zasadę Ładu i Porządku wszechrzeczy, o której Sūfī Mędrcy Persji powiadali Yā Qaher! Kiedy Chrystus powiada swoje słynne zdanie: „Syn Człowieczy jest Panem Sabatu” powiada, że Syn Człowieczy to osoba tak biegła w Prawie bożym, że jest Panem Prawa, stanowi je i wciela w życie z powodu doskonałego poznania Odwiecznej Zasady, a samo słowo Sabat oznaczało w tym powiedzeniu całe Święte Prawo Soboty objawione w Dziesięciu Przykazaniach czyli Dekalogu, gdzie Sobota/Sabat jest Świętym Symbolem Praw Boga. Z kontemplacji samej RTA może człowiek napisać wielki podręcznik o Prawie Boga i całej filozofii stanowienia Prawa w każdej Epoce Roku Platońskiego czy całej Epoce Kālī Yugi.33. Możemy mieć nadzieję, że wszystkie refleksje i wskazówki ludzie Inteligentni, Światli i Mądrzy użyją do reformowania i cywilizowania całego systemu Prawa, a raczej rażącej niesprawiedliwości jaka dotąd ma miejsce w bardzo wielu rzekomo cywilizowanych, a rzeczywiście bardzo barbarzyńskich jeszcze krajach tak zwanego Zachodu. Humanitaryzm to bardzo cenna właściwość ludzi, którzy myślą o Powszechnym Dobru całego społeczeństwa i cywilizacji, a nasze Nauki dane są aby Świecić Światłem Prawdy poprzez całą nadchodzącą Epokę Wodnika, najbliższe ponad 2 tysiące lat istnienia ludzkości, a przecież teraz mamy ledwie Przedświt Epoki Wodnika, jakby nastanie Blasku Nauki Himavantu, poprzedzające ostateczny Wschód Słońca jaki przyniosą najbliższe dziesięciolecia i przyszłe stulecie! Jest to refleksja dana dla wszystkich pokoleń, zarys wiedzy o Prawie jak podejść do badania i studiowania Wiedzy Prawa Odpłaty, Kary i Nagrody Bożej. Błogosławiony każdy, kto rozprzestrzenia i rozpowszechnia tę głęboką refleksję nad humanizowaniem jak dotąd bezdusznego, średniowiecznego wymiaru sprawiedliwości, sądownictwa i urzędu sędziowskiego. Wiele Błogosławieństw!

    Swami Baba LalitaMohan G.K.

  • O Szarlatańskim Pseudoleczeniu zwanym Psychiatrią!

    O Szarlatańskim Pseudoleczeniu zwanym Psychiatrią!

    Ostrzegamy dziś całą ludzkość przed pseudomedyczną specjalnością, jaką jest psychiatria z jej toksycznymi narkotykami, które zamiast leczyć i pomagać człowiekowi, jedynie zakłócają i wyniszczają mózg, powodując rozmaite komplikacje a nawet śmierć! Szukajcie o ludzie pomocy u terapeutów naturalnych, u bioenergetycznych uzdrowicieli, w ziołach z pól i łąk, a nade wszystko u duchowo zorientowanych psychoterapeutów i psychoedukatorów na ich kursach, zajęciach czy grupach wsparcia. W większości przypadków rozwiązanie psychicznych problemów, zahamowań i zakłóceń odbywa się dzięki zaangażowanemu wsparciu inteligentnych i rozumnych przyjaciół, a jeśli tych brakuje to dzięki rozmaitym „odpłatnym przyjaciołom” jak doradcy rozwoju osobistego, psychoterapeuci, transpersonaliści, liderzy grup wsparcia i samopomocy czy telefonu zaufania. Stosowanie tak zwanych „leków” psychotropowych to zbędny gwałt i terror na ludzkiej psychice, gdyż jedynie służy sparaliżowaniu pracy mózgu na czas stosowania takiego środka, a nie ma żadnych właściwości leczniczych. W szpitalach bardziej pomocne są zwykłe pielęgniarki z sercem, które życzliwie rozmawiają z tak zwanymi pacjentami, niźli pseudolekarze psychiatrii, której istnienie jako nauki medycznej jest z wielu powodów kontrowersyjne.

    Psychiatra to rodzaj szarlatana aplikującego toksyczne środki, które używane często albo długotrwale powodują szereg fizycznych, dobrze znanych dolegliwości jak ślinotok, zmętnienie wzroku, ogłupienie, apatię, drżenie kończyn, zaburzenie pracy serca, duszności, dławienie, przejaskrawienie obrazu, niemożność czytania i pisania, zwolnienie reakcji, niewydolność ogólną, niezdolność do zaspokajania własnych potrzeb, cierpienie psychiczne, a także przyspieszają zgon osoby poddawanej długotrwałym kuracjom środkami psychoaktywnymi. W zależności od rodzaju pseudoleku, rok jego klinicznego stosowania skraca życie od 3-10 lat stąd pacjenci na oddziałach psychiatrycznych zamkniętych zwykle nie żyją więcej niż od 7-20 lat, jeśli są faszerowani neuroleptykami, antydepresantami, poddawani elektrowstrząsom czy lobotomii! Pseudowiedza, jaką jest psychiatria z jej szarlatańskimi psychotropami w Nowym Wieku i w Nowym Tysiącleciu powinna już zostać całkowicie potępiona i zakazana, a jej iście faszystowskie metody opierające się na gwałcie, przemocy, terrorze, neurologicznym zatruciu i doprowadzaniu ludzi do przyspieszonej śmierci winny być ujawniane tak jak i inne zbrodnicze zboczenia o charakterze tyranii.

    Opinia publiczna i tak zwani pacjenci powinni być informowani o tragicznych skutkach spożywania szarlatańskich pseudomedykamentów psychiatrii, która swój rozkwit miała w faszystowskich Niemczech służąc głównie w eutanazji osób upośledzonych, kalekich, odmiennych w poglądach politycznych, religijnych i odmiennych narodowościowo. Główne wynalazki psychiatrów powstały w faszystowskich obozach koncentracyjnych i służyły jedynie do niszczenia ludzi za ich przekonania czy nieakceptowane przez faszystowski reżim zachowania i postawy! Czas już zlikwidować tę pozostałość faszyzmu, jaką jest niewątpliwie psychiatria produkująca co roku przynajmniej jeden milion nowych ofiar, do którego procederu przyczyniają się mocno koncerny farmaceutyczne zarabiające miliardy na produkcji toksycznych i zabójczych pseudomedykamentów, psychotropów czy antydepresorów. Tysiące psychiatrów na całym świecie, którzy nie ulegli propagandzie tej pseudomedycznej specjalizacji wyraża swój sprzeciw niehumanitarnemu traktowaniu pacjentów psychicznych niczym bydło, zatajaniu prawdy o szkodliwości podawanych substancji, nieinformowaniu o lepszych i skuteczniejszych metodach rozwiązywania własnych problemów, konfliktów sumienia czy metodach samokontroli charakteru i wyrażania emocji. Prawidłowa dieta, masaż, herbatki ziołowe, prysznic, gorący-zimny naprzemiennie, jogging (swobodny, luźny bieg), terapie zajęciowe, taniec, zajęcia twórcze, długie spacery i wycieczki, zmiana środowiska i klimatu, wsparcie przyjaciół, sugestopedia czy relaksacja to są metody rzeczywiście pomocne, o których psychiatrzy jako współcześni szarlatani zapominają informować społeczeństwo.

    Podstawowe prawa człowieka i obywatela najbardziej łamane są na osobach uznanych za schizofreników, chorych psychicznie, psychotycznych, depresyjnych, maniakalnych, a to oznacza złośliwą przemoc fizyczną, gwałt na mózgu, wielodniowe unieruchomienia przez związanie, a na dzieciach i kobietach w szpitalach psychiatrycznych jest to jeszcze często gwałt seksualny dokonywany przez personel tych obozów wyniszczania mózgów i zbiorowej zagłady ludzi. Psychiatria opiera się na trzech zasadach, a są to zastraszenie, sterroryzowanie i skrzywdzenie z użyciem przemocy. Specjalność psychiatrii powstała jako przedmiot zajmujący się kontrolą i sterowaniem społeczeństwem, powstawało jako zapotrzebowanie na gnębienie dysydentów politycznych, naukowych czy religijnych, a wiadomo, że do końca XIX stulecia psychiatrzy zajmowali się wyłącznie biologicznym wyniszczaniem ludzi o odmiennych poglądach religijnych, czyli wszelkich dysydentów, heretyków, innowierców i sekciarzy! Reżim Franco, Hitlera, Mussoliniego wymordował psychiatrycznie miliony ludzi za odmienne poglądy społeczno-polityczne, a sami psychiatrzy kompromitują się nawet osadzaniem w oddziałach zamkniętych tych spośród nich, którzy odważają się głośno mówić o bestialskim dręczeniu i torturowaniu w zakładach psychiatrycznych, o podawaniu trucizn bez potrzeby dla zysku i nagrody ze strony koncernów farmaceutycznych czy o eutanazji bezdomnych, upośledzonych i kalekich w wielu z pozoru cywilizowanych krajach świata.

    Wszystkie środki psychiatryczne to neurotoksyny, substancje szkodliwe i zabójcze dla zdrowia i życia, bo co niszczy, uszkadza i zabija mózg, to jest zabójcze dla całego człowieka, a wielu pacjentów zakładów psychiatrycznych umiera udusiwszy się, na choroby serca, nagle „bez żadnej przyczyny”. Osoba cierpi fizycznie okaleczona i upośledzona zniszczeniem funkcji intelektualnych. Każdy zdrowo myślący człowiek żywo zaprotestuje przeciwko bandyckim, przymusowym aplikowaniu trujących substancji i przeciwko ukrywaniu toksycznych i zabójczych pseudoleków, o których środowisko psychiatrów często mówi jako o „ogłuszaczach”, „usypiaczach”, „killerach” czy „niwelatorach” pacjenta! Więzienie niewinnych ludzi w zakładach psychiatrycznych z powodu ich politycznej niepoprawności czy religijnej odmienności, czy z powodu krytykowania władzy nie powinno mieć miejsca, a orzekanie niepoczytalności i detencje wbrew woli pacjentów, ubezwłasnowolnienie powinny w zasadzie w wolnym i wolnościowym społeczeństwie raz na zawsze zniknąć! Czas zaprzestać wyniszczania myślicieli, pisarzy, twórców, społeczników jedynie za ekscentryczne zachowania, krytykowanie panującego reżimu pseudodemokratycznego, myślenie i mówienie inaczej niż na ogół przyjęto! O ile osoba nie wyrządza poważnej krzywdy innym jak zabijanie, gwałcenie, okradanie, rzeczywiste fizyczne znęcanie, to nie ma żadnych powodów do izolacji, przymusowego leczenia, żadnych represji ani gwałcenia cudzego prawa do wolności, wyboru lekarza czy szpitala!

    Nie istnieją biologiczne, medyczne podstawy do rozpoznawania wielu jednostek uważanych w psychiatrii za choroby jak to ma miejsce w wypadku schizofrenii, a żaden urzędnik nie ma prawa stwierdzania, jakie słowa są wulgarne, a jakie nie ani kiedy wolno się komu rozbierać i chodzić nago, głośno śpiewać czy krzyczeć, bo często naturyści bywają przedmiotem psychiatrycznych tortur, albo osoba mówiąca zbyt cicho czy zbyt głośno dla kogoś, kto tego akurat nie lubi, a posiada tak zwaną władzę i możliwość dowolnego gnębienia społeczeństwa. Ubezwłasnowolnianie to zwykle metoda przejęcia cudzego majątku, kontrolowania innej osoby z powodu odmiennych poglądów i zachowań nieakceptowanych przez tak zwaną większość społeczną! Współczesne czarownice, heretycy, odmieńcy, luzacy, sekciarze, dysydenci i antyrządowi krzykacze, bluźniercy, wszyscy spotykają się na torturach w zakładach psychiatrycznych, jako tak zwani schizofrenicy, a jest to faktycznie nie istniejąca, polityczna czy społeczno-polityczna „choroba”.

    Przerwij milczącą zmowę wokół dręczenia i gwałtu na ludziach będących w rękach chemicznej psychiatrii, protestuj przeciwko przymusowemu osadzaniu na leczenie psychiatryczne, protestuj przeciw bezterminowym detencjom sądowym, powiedz „dość” psychiatrycznym gwałtom, stop dezinformacji o skutkach zabójczych narkotyków stosowanych przez psychiatrię, dość odczłowieczania, piętnowania, obezwładniania i zabijania w iście faszystowski sposób, z pomocą majestatu prawa. Rozprzestrzeniaj to orędzie antypsychiatrii i wezwanie do humanitarnych i godziwych rodzajów pomocy!

    (Opracowanie na podstawie wykładów Mohana Ryszarda Matuszewskiego na temat szkodliwości psychiatrii oraz terroru psychiatrycznego w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii oraz w Polsce – Letni Obóz Jogi i Terapii – lipiec 2001.)

  • Moja Droga do Boga – Konfesje

    Moja Droga do Boga – Konfesje

    Słodkie Dzieciństwo

    Najdalej jak sięgam pamięcią, rozpocząłem moją duchową podróż w nieznane, około trzeciego roku życia. Tak, w pełni świadomie, urzeczywistniłem pierwszą pamiętną wycieczkę, którą jak później zrozumiałem zwie się podróżą duchową lub ścieżką. Podróż w nieznane, spod skrzydeł Matki, ziemi, do Ojca Niebieskiego. Trochę szczegółów z pierwszej podróży może uzmysłowić czym ścieżka jest w swej istocie i jak się ją odbywa. Była prorocza i rewolucyjna zarazem.

    Otóż, pewnego słonecznego dnia, będąc w swym rodzinnym domu, w leśniczówce, okolice gminy Czarne woj. słupskie, zatęskniłem nagle za moim ziemskim ojcem, który pracował gdzieś w nieprzebytej leśnej gęstwinie. Zapomniałem nagle o matce, która opiekowała się mną i gotowała jak zwykle obiad krzątając się przy kuchni. Niepomny przestróg oddalania się od domu rodzinnego i zasięgu wzroku i głosu matki, wiedziony jakimś pilnym wewnętrznym impulsem, pognałem prosto przed siebie, w las, do ojca, ówcześnie leśniczego. Miałem wtedy niecałe trzy lata.

    Impuls wewnętrznego nakazu odejścia gdzieś daleko, pognania w dziewiczy las okazał się tym, który później ułatwiał zrywanie wszelkich więzów i podążanie w jedynie wybranym kierunku. Wszystko może minęłoby bez większego echa, gdyby nie fakt, że po drodze była kilkumetrowej szerokości rzeczka z wąską kładką. I szczęście tak dopisywało, że po obu stronach owego mostka leżał piasek, na którym wyraźnie odbiły się ślady mojego wchodzenia na wąską kładkę. A z drugiej strony, jakoś szczęśliwie udało mi się zeskoczyć na jakąś kępkę trawy tak, że nie został żaden ślad. Prawdopodobnie na mostku dostałem tego natchnienia skakania po ledwie dosięgalnych kępkach trawy. Możesz sobie wyobrazić, „radość” matki, która zobaczyła iż synek jej na most wchodził i są wyraźne ślady, jednakże na moście go nie ma, a po drugiej stronie ani śladu schodzenia. No i podniosło się wielkie larum.

    To był pierwszy, jaki pamiętam, komunikat, który jako zaszyfrowana depesza został przeze mnie posłany rodzinnemu domowi. Brzmiał on tak: „Nie przywiązujcie się do mnie, gdyż mogę odejść w każdej chwili, pozostawiając za sobą ból i rozpacz.” Dużo później zrozumiałem, że właśnie to odchodzenie w nieznane, jest dobrym początkiem i przygotowaniem Pielgrzyma do trudów Ścieżki. Mnie oczywiście cieszyła i radowała wielce owa pierwsza poważna peregrynacja.

    Tajemniczy las po drugiej stronie rzeki pociągał i urzekał. Był zarówno tajemniczy jak i niesamowity. Trochę przerażał, ale jak się ma trzy latka, to nawet niewielki krzak jest dosyć duży. Zobaczyłem po drodze stadko sarenek. Później zrozumiałem, iż przedstawiały sobą właśnie zwiewne, duchowe potrzeby i tęsknoty serca. Pielgrzymka doprowadziła dokładnie do leśnej szkółki, gdzie tajemnica powstawania lasu okazała się prozaicznie objawić w postaci hodowli sadzonek, akurat głównie sosny. Ochoczo przyjęli mnie leśni pracownicy, a uspokoiłem ich dodatkowo prozaicznym stwierdzeniem, że przyszedłem do taty. Niestety, ojciec już był udał się w innych nieco sprawach, więc choć odczułem lekki niepokój, to jednak pozostałem by odkrywać tajemnice stwarzania życia leśnego. Moi szacowni zaś rodzice, szczęśliwie już w tym czasie odkryli ślady i mostek, wobec czego po drugiej stronie leśnej rzeczki zapanowała podobno, jak mi później opowiadano, zbiorowa histeria. Zdaje się, że rodzice przeszukali rzeczkę na odcinku pięć kilometrów. Ojciec ściągnął nawet trochę ludzi do pomocy. Niestety nie tych ze szkółki. Ci to wieczorem po pracy, gdy rodzic pogodzony już z utratą syna przypomniał sobie o pracownikach szkółki i przybył tam, uraczyli go historią, że sobie zastępstwo znalazł dobre co by ich pracowników dopilnować, a sam gdzieś znika na cały dzień zamiast pracować. I tak się zgadali, a ja byłem gdzieś na uboczu, że nic się o mnie nie wydało i spędziłem jeszcze kilka godzin. Ojciec zapomniał się też tej części pracowników pochwalić, kto mu z domu zginął i jakoś nie zapytał kogo jako zastępstwo mieli na myśli. Tak to właśnie bywa.

    Obawa, to zapewne problem większości rodziców. Musi jednakże zostać przyzwoicie nakarmiona. Strach o dziecko pojawił się w całej okazałości. Kiedy mnie wieczorem przekazywano rodzinnemu domowi, jeszcze na jakiś czas, ojciec nie okazał ani entuzjazmu ani złości. Po prostu przejął mnie i krzyknął matce: patrz kto się znalazł. On już wiedział do kogo to w odwiedziny do lasu poszedłem. Matka zaś chciała mi przylać solidnie za ten wybryk, na co rozkosznie odkrzyknąłem „bo sobie w ogóle pójdę do lasu” i tak się ganialiśmy wokół stołu z zupełnie odmiennymi intencjami. Wszak do dzisiaj uwielbiam samotne wśród lasów spacery.

    Pierwsza przejażdżka rowerem i nauka religii w szkole

    Pamiętam też dobrze pierwszą samotną jazdę na rowerze. Ojciec robił wtedy za Nauczyciela uczącego nieco szybciej poruszać się po ścieżce, a było to właśnie na leśnej ścieżce. Miałem wtedy skończone siedem lat, było lato, a na jesień miałem udać się do szkoły odległej o cztery kilometry. Ojciec trzymał za siodełko, a ja dzielnie kręciłem pedałami. Kiedy już mi dobrze szło, zapomniałem o ojcu trzymającym siodełko i rozpędziłem się wielce. Gdy zorientowałem się, że ojciec wcale już nie trzyma mnie z tyłu, pojawiła się panika i oczywiście drobna pierwsza wywrotka. Ufność w opiekę ojca i jego podtrzymanie sprawiła, że mogłem jeździć, jak się okazało prawie pół kilometra. Gdy pojawiło się w umyśle, że ojca nie ma blisko, natychmiast kraksa. Do dzisiaj dobrze pamiętam tę praktyczną lekcję wiary.

    I tak już wsiadałem na rower, pamiętając najważniejszą instrukcję, że “ojciec trzyma za siodełko”. I tak też jeżdżę bezpiecznie aż po dzień dzisiejszy. Ojciec dał mi tę lekcję samodzielności i wiary. Nie zrobił tego żaden ksiądz. Kapłan tradycjonalistycznej religii katolickiej zresztą jedynie zniechęcił mnie do lekcji religii. W drugiej klasie szkoły podstawowej sporo chorowałem i tylko do księdza uczącego religii nie docierało to, że dziecko było chore i może mieć jakieś zaległości. Mało tego, raz ksiądz wykładał wielce uczenie o miłości chrystusowej, a tym co niezbyt uważali ochoczo przykładał drewnianą laską po tyłku, a zdarzało się że i po plecach. Coś mnie wtedy natchnęło, a miałem ledwie osiem lat skończone, aby go zapytać czy ta jego miłość chrystusowa polega na okładaniu kijem słabszych od siebie. Powiedział wtedy groźnie: chodź no tu do mnie, ale wiedząc jak srodze bije porwałem manele i pobiegłem w stronę drzwi. Splunąłem jeszcze za siebie jakby odganiając zły urok złego czarownika. I tak właściwie zakończyłem edukację religijną. Żadna siła nie mogła mnie doprowadzić na tak zwaną katechezę do Parafii, na którą pod przymusem chodzili wszyscy moi koledzy i koleżanki z klasy. Potem jeszcze otarłem się o religię w klasie czwartej, jednak siostra katechetka nie wzbudziła we mnie zaufania, pomimo najszczerszych starań mojej mamy. Kiedy dowiedziałem się, że używa czasem linijki dla celów dydaktycznych, to było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Pomimo tego, że parafia się zmieniła, szkoła też i całe środowisko. Dojeżdżałem teraz do szkoły autobusem, całe sześć kilometrów i to do stolicy gminy zwanej Czarne.

    Razu jednego część silnych chłopaków z klasy chciała mnie doprowadzić siłą na lekcję religii. Wywiązała się z tego niezła szarpanina i bójka. Niestety, takie przekleństwa miotałem na kościół, kler i katechetów, że chociaż byłem już obezwładniony i niesiony w wiadomym kierunku, to ze wstydu przed owymi soczystymi epitetami, zostałem puszczony wolno. Obawiam się, że mamie nawet popsuły się kontakty z parafią przez owo nieprzyjemne zdarzenie. Ot skutki głupiego pomysłu stosowania przymusu w sprawach wiary. Zapewne dzięki temu jestem do dzisiaj gorącym zwolennikiem swobody wyboru religii już od najmłodszych lat życia i do bezwzględnego egzekwowania tego prawa w każdym wieku.

    Dziwny prezent dostałem od kościoła w szkole średniej, kiedy uczyłem się w liceum w Szczecinku. Z okazji wyboru na papieża polskiego kardynała, wszyscy otrzymali świadectwo ukończenia klasy religijnej do której akurat rocznikiem uczęszczali. Śmieszny to prezent i zabawny, ot przypływ dobrego humoru katechetów, taki małostkowy, pod okazję!. Zupełnie jak wypicie pół litra. Też potrzeba okazji. Śmieszyła mnie wtedy koleżanka, która przyniosła świadectwo do szkoły jako upoważniona do wręczenia. Taki właśnie jest ten katolicyzm, trochę śmieszny, trochę zabawny.

    Trochę dziwnie byłem odbierany w szkole średniej. Była druga połowa lat siedemdziesiątych, późny Gierek. Nie chodziłem na religię, ale do HSPS (socjalistycznego harcerstwa) też nie należałem, jako jeden z nielicznych zresztą. Zwykle klasy chodziły w całości na religię i do organizacji socjalistycznej. A ja ani tu ani tu. Z początkiem drugiej klasy, za namową kolegi ze stancji, zapisałem się za to na aikido, japońską sztukę walki, akurat wchodzącą do naszego kraju jako wschodnia dyscyplina rekreacyjna. Fizyczny trening i mistyczna filozofia samodoskonalenia się. To chyba początek drogi samowyzwolenia, w najbardziej już świadomy sposób.

    Wspomnę, że ciekawiła mnie postać koleżanki, która wręczała mi świadectwo religijne. Aktywistka religijna, socjalistyczna i towarzyska. Chyba wszystko wykorzystywała dla celów towarzyskich. Tak jednak wzrastali wszyscy nasi obywatele, jako szczególne przypadki katolickich komunistów. Mnie Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej (HSPS) pod przymusem i uczęszczanie do Kościoła Katolickiego, także pod presją, jakoś zawsze kłóciło się ze sobą. Odpadłem zarówno od jednego jak i od drugiego, będąc zjawiskiem czasem nieco kłopotliwym dla otoczenia. Dodatkowo jeszcze wprawiałem w panikę cytując co ciekawsze kawałki z niektórych dzieł Lenina, które zadawały kłam istnieniu u nas socjalizmu czy komunizmu.

    Już w szkole podstawowej odkryłem dla własnych potrzeb poznawczych, że słowo “katolickość” brzmi po polsku jako “powszedniość”. Sugeruje raczej “bylejakość” niż powszechność. Później dopiero, poznając potęgę słowa i jego znaczenia, oraz rozliczne wpływy jakie z tego wynikają, sugerowałbym oficjelom tej religii zmianę nazwy, ot chociażby na „Kościół Chrześcijański”.

    Bajka o szklanej górze i pierwsza miłość

    Pamiętam piękną bajkę o rycerzu, który zdobywał szklaną górę, na której brzydki smok więził piękną księżniczkę. Matka opowiadała mi ją bardzo często. Ważną częścią bajki było wykuwanie przez owego rycerza schodów na stoku tej szklanej góry, po których dzielny rycerz wspiął się ostatecznie na szczyt, aby pokonać smoka i uwolnić księżniczkę. Ciągle dopytywałem o rozmaite szczegóły tego wykuwania schodów. Pamiętam, że było ich dokładnie sto, i że smok wcale nie zauważył tej podstępnej pracy. Skojarzyłem później wszystko ze stoma stopniami do świętego imienia i liczbą koralików w obiegu różańca. Tak własna matka pomogła wpoić pewne zasady, które pomagały na ścieżce. Smok ego tworzący więzienie dla duszy w charakterze pięknej księżniczki też zajął swoje poczesne miejsce w scenerii wewnętrznej walki.

    Pierwsze oznaki zdolności do zakochania się w jakiś sposób zdradzałem już w klasie trzeciej szkoły podstawowej. Obiekt zauroczenia pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy, ale to nie przeszkadzało aby poznawać piękno nowego uczucia. Opis księżniczki z mamusinej bajki wspaniale pasował do wyglądu koleżanki z klasy, a księżniczka była już wiele razy zdobywana. Złościłem ją tylko powtarzając jej imię w taki sposób, że przedłużałem literkę „l” w jej imieniu, i zamiast „Ala”, mówiłem ciągle „Alla”. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że jest to prawidłowa wymowa imienia Boga w zapisie aramejskim czy arabskim (Allah). Nawet prawidłowo przeciągałem drugie „a”, więc obiekt mego uczucia ścigał mnie nieco po szkolnym boisku.

    Miłość do gwiazd i wilkołaki

    Zainteresowania od drugiej klasy szkoły podstawowej ukierunkowały się zaiste w stronę wszechogarniającego ducha, chociaż ledwie tego byłem świadomy. Właściwie, to mój duch sam powędrował we właściwą stronę. Oprócz lasu i baśniowych wojen z leśnymi skrzatami i rozlicznymi wilkołakami, zauważyłem obecność nieba z rozlicznymi gwiazdami. Niebo usiane gwiazdami porwało moją duszę na wiele długich i pasjonujących lat. Kiedy w czwartej klasie podstawówki powędrowałem do swej nowej szkoły, na pytanie czym się interesujesz odpowiedziałem fachowo iż astronomią, a ściślej wybranymi zagadnieniami kosmologicznymi i egzobiologią. Wywołało to niezłą fobię, nawet wśród nauczycieli. Tak już potem wołano mnie per astronom. A że z lasu, to także czasem zając. Zdaje się, że była jakaś bajka o zającu, co chciał w kosmos polecieć i tak się to powiązało. Pamiętam do dzisiaj książkę „Wszechświat i jego zagadki”. To pierwsza astronomiczna pozycja jaka została przeze mnie pochłonięta w szkole podstawowej. Ściślej mówiąc w drugiej klasie, gdy sporo leżałem chorując na reumatyzm.

    Pierwszą wojnę z wilkołakami wygrałem przez walkower ze strony wilkołaków. Otóż będąc chyba jeszcze w wieku przedszkolnym, matka zabroniła mi wychodzić wieczorem, po zmierzchu poza podwórko, strasząc przy tym groźnie iż straszny wilkołak czy wilkołaki porwą mnie i pożrą. Cóż trzeba było więcej dla poznającego ducha, jak polecieć do szopy, chwycić największą siekierę jaką tylko dało się udźwignąć i zrobić małe polowanko na okoliczne wilkołaki. Po jakiejś godzinie czy dwóch, kiedy już czarna noc zapadła, wpadłem do kuchni z siekierą i bojową miną, wywołując popłoch, i zameldowałem, że żadnego wilkołaka w okolicy podwórka, a wszędzie ciemny nocą las wokół, nie zarejestrowano, a jeśli były to raczej uciekły. Przeszukałem cały okoliczny las, zadając kłam mamusinym bajaniom. Wilkołaki zostały pokonane walkowerem, nie stawiły się na pojedynek.

    Miłość do gwiazd pogłębiała się przez całą szkołę podstawową, potem średnią, a skończyła się na studiach, które zresztą były studiami astronomii dokładnie. Trudno było zdzierżyć studia na których usiłowano mnie nauczyć tego, co poznawałem dla własnych celów w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Chęć powtarzania tego co już duch poznał była minimalna. Szukałem nowego i czułem się tak, jakby chciano mnie cofnąć w rozwoju. Docenci nie dostosowali się z programem, byli spóźnieni o ładnych kilka lat. System egzaminacyjny dodatkowo obrzydzał zainteresowania i uniemożliwiał zajmowanie się tymi zagadnieniami, które akurat interesowały. A podobno dobry nauczyciel, dba o potrzeby ucznia. Tak w owym czasie czułem i rozumiałem. W końcu miłość do gwiazd z powodu rozczarowania systemem edukacyjnym, który okazał się wart tyle co odchody, skierowała mnie do miłości ku niebu. Niby ten sam kierunek, ale zupełnie odmienna jakość. Inne nieco znaczenie słowa niebo.

    Piękno zmierzchu

    Najdalej jak sięgam pamięcią, odkąd tylko pojawiła się swoboda poruszania wokół leśnej chaty zwanej leśniczówką, w której miałem zaszczyt mieszkać, uwielbiałem przesiadywać na skarpie pod dwiema sosnami, z której był widok na rzekę, łąkę, las w oddali i nade wszystko na zachodnią stronę horyzontu, gdzie popołudniem pojawiały się piękne widoki zachodzącego słońca i wspaniałe, kolorowe zjawiska związane ze zmierzchem. Prawie każdy słoneczny dzień, jeśli tylko nie było żadnych ważnych zajęć, wędrowałem te pięćset około metrów od domu, by zatopić się w podziwianiu zjawiska zachodzącego słońca i kąpać oczy w jego kolorowych promieniach. Czasem, z powodu kilku dni przerwy i chmur, zaczynałem po prostu tęsknić za blaskiem i promieniami mojego słoneczka. I tak od wiosny do jesieni, a czasem nawet i zimą, co może nie jest typową porą dla kąpieli słonecznych.

    Później, gdy byłem już nieco starszy, pod koniec podstawówki, odkryłem, że wschodzące słońce także ma swój nieodparty urok. Wstawałem czasem wcześniej, około czwartej lub piątej wychodziłem na łąki, gdzie wschodzące słońce mogło być zobaczone i wygrzewałem się we wzrastającym cieple, bądź zapatrywałem się aż do zapomnienia o czasie i sobie w świetlistych promieniach. Potrafiłem nawet odsypiać te poranki i kładłem się spać z powrotem o ósmej czy dziewiątej rano, by drzemać aż do południa. Tak schodziły mi wakacje w szkole podstawowej, chociaż pierwsze zabawy w świetle zachodzącego słońca zaczęły się jeszcze przed pójściem do szkoły. Lubiłem też jak ojciec zabierał mnie rano ze sobą na pole, gdy jechał siać, kosić albo naprawiać ogrodzenie. Często też towarzyszyłem mu w spacerach po lesie i łąkach w związku z wypasem owiec. Gdy tylko była odpowiednia przestrzeń, zaraz zwracałem się na chwilę twarzą do słońca. Ojciec mój zresztą też to lubił i uważał za przyjemne. Unikałem za to palących promieni słońca w ciągu dnia i około południa. Można mnie było wtedy znaleźć raczej w cieniu, jak czytam książkę. Brat ciągle dziwił się, że przesiaduję w cieniu zamiast się opalać tak jak inni normalni ludzie. Samotność, słońce o zmierzchu i o poranku, to wszystko wywarło na mnie niezatarte i nieprzemijające wrażenia. Później, w szkole średniej, dowiedziałem się, że takie przesiadywanie na słońcu i zabawa z wpatrywaniem się w grę jego promieni oraz we wszystkie barwy nieboskłonu stanowi rodzaj praktyki kontemplacyjnej, która bardzo polecana jest wszystkim medytującym. Kontynuowałem więc chętnie wychodząc gdzieś nad brzeg jeziora nad którym leży Szczecinek, o ile tylko było to czasowo możliwe.

    Czar gwieździstego nieba

    Zainteresowanie nieboskłonem i gwiazdami w nocy także miało swe uroki, acz pierwsze świadome poszukiwania na nieboskłonie rozpocząłem dopiero w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Potrafiłem przez długie godziny wpatrywać się w wybrane obiekty nieboskłonu. Pamiętam jak czekałem na zimę aby móc dłużej obserwować migotliwe światło naszej najjaśniejszej gwiazdy, Syriusza. Przy okazji dowiadywałem się wszystkiego co się tylko dało wyczytać o Psiej Gwieździe. Lubiłem także Wegę i Procjona, a na wiosennym niebie Arktura. Wpatrywałem się chętnie w Koronę Północy, Oriona, Lutnię, a nade wszystko miałem skłonność do oglądania Plejad (także przez własne lunetki) i Warkocza Bereniki.

    Zapoznałem planety, spośród których światło Jowisza dawało mi przyjemne wrażenie wpływania do wnętrza mojej głowy i wypełniania jej wiedzą o wszechświecie. Doświadczenie to przyszło po raz pierwszy w zimę, gdy kończyłem swój dwunasty rok życia. Zaczynałem kojarzyć i wiązać rozmaite fakty i szczegóły związane z wyglądem kosmosu jako całości. Wzbudziło się też przeczucie, że takich wszechświatów jak nasz musi być dużo więcej. Ogromny kosmos wydawał mi się jakiś mały i ciasny, gdy zdawałem sobie sprawę z zamkniętego i ograniczonego kontinuum. Z jaką radością odkryłem później, że nauki ryszich i sufich wspominają o 18 tysiącach wszechświatów takich jak ten. Jakiż też byłem szczęśliwy, gdy udało mi się zobaczyć Merkurego, którego zaobserwować nie jest tak łatwo. Lubiłem też wpatrywać się w blask Wenus, zarówno jako Wespery jak i Jutrzni. Uran także został dostrzeżony, chociaż już przez lunetkę. Przez długie godziny przesiadywałem też spoglądając na księżyc w pełni i obserwując rozmaite zjawiska świetlne, które się wtedy dzieją. Urok księżycowego światła był bardzo delikatny i subtelny. Tak mijała szkoła podstawowa i samotność w domu pośród lasu, gdzie do sąsiada było prawie cztery kilometry i dystans pewnej obcości, gdyż rodzice raczej utrzymywali tylko oficjalne kontakty niż towarzyskie.

    O zapowiedzianej śmierci ojca

    Gdzieś około połowy lat osiemdziesiątych, jeszcze niby studiowałem, podczas sierpniowych wakacji zobaczyłem wiele zmian na twarzy i w sylwetce mego ojca. Tato zresztą zaczął się kurczyć jakby już od wiosny. Chyba nikt nie chciał świadomie przyjąć do wiadomości tych oznak, a szczególnie tego, co one w istocie oznaczały. Cóż mogły oznaczać, gdy ojciec miał ponad siedemdziesiąt lat. Pewnego razu pod koniec sierpnia 1984r., podczas tradycyjnego wypasu owiec (które ojciec namiętnie hodował, jakby jakiś starożytny prorok), zaczęliśmy rozmawiać o śmierci i odejściu. Tak zupełnie na poważnie. Ojciec, wiedząc że wyjeżdżałem na obóz aikido na prawie trzy tygodnie, zechciał się ze mną pożegnać. Mówił też o tym iż z resztą rodziny nie może, gdyż uznałaby go za niespełna rozumu. Powiedział, że czas jego już nadszedł i pora odejść, zupełnie tak jakby chodziło o wyjazd na dłuższy czas. Zresztą powiedzieliśmy sobie do zobaczenia w lepszych czasach.

    Ojciec przekazał mi istotne kontakty odnośnie swego owczarstwa i jak najkorzystniej zlikwidować jego hodowlę owiec. Swojemu kumplowi też hodowcy powiedział, że umówił go z synem (czyli mną) po swej śmierci. Tamten pokpiwał, tylko miał nietęgą minę jak mnie później zobaczył w tej sprawie. Jeszcze mu powiedziałem, że to ojciec mi kazał. Trochę się wystraszył chłopina tej sytuacji, choć już niejedno w życiu widział.

    Stało się tak jak ojciec przewidział. Kiedy powróciłem po obozie do domu rodzinnego, do swej leśniczówki, okazało się że ojciec właśnie jest w szpitalu, zachorował dwa dni wcześniej. Nie było już sposobu aby go jeszcze odwiedzić, ze względu na rzadką komunikację – z owej leśnej dziury nie było łatwo wyjechać. Zresztą za parę godzin przyszedł telegram, który odebrałem osobiście, zawiadamiający o śmierci ojca. W zasadzie wszystko było w porządku, pożegnaliśmy się trzy tygodnie wcześniej, już na wieki wieków, powiedzieliśmy sobie do zobaczenia w lepszych czasach, uzgodniliśmy co mam zrobić z jego hodowlą po jego śmierci, czyli zaraz jak wrócę. Nie potrzeba było łez, uroniliśmy je żegnając się ku wieczności. Dusza porzuciła ciało w stosownym czasie, tylko reszta rodziny nie mogła zrozumieć, dlaczego nie jestem zaskoczony ani rozbity, roztrzęsiony. Chociaż smutno mi było, gdy wracałem do domu, to nawet wiadomość, że ojciec ciężko chory umiera w szpitalu, nie zrobiła na mnie wrażenia. Coś tylko w duchu szepnęło, że niedługo przyjdzie wiadomość, o śmierci oczywiście. Umowa się dopełniła. Poczułem, jakby ojciec miał w sobie coś z natury starożytnych mędrców, którzy zawsze zapowiadali rodzinie kiedy odejdą w wieczną podróż.

    Przyjaciel Kroszczak

    Pamiętam też inną historię z mego dzieciństwa, gdy oswajałem koguta. Miał na imię Kroszczak i towarzyszył mi często w leśnych wędrówkach. Gdzieś około trzeciej klasy podstawówki upatrzyłem sobie tę istotę w stadzie małych piskląt i rozpocząłem regularne osobne karmienie, zabieranie ze sobą, wołanie po imieniu. To niesłychane, ale kogut był o wiele bardziej inteligentny niż wszelkie kundle jakie widziałem dotychczas. Niestety wspólna przyjaźń skończyła się po trzech latach, gdy w ramach niespodzianki podano mi mojego ulubionego przyjaciela w formie rosołu i pieczonego mięska na sobotni obiad. Skończyła się obiata szybko, gdy skonstatowałem co to za kogut. Rodzinka miała go wszędzie, szczególnie na ścianach kuchni i na własnych ubraniach, pomimo że rosół był gorący. Niestety, prawdopodobnie do dzisiaj nikt z nich nie rozumie, o co mi wtedy chodziło. A chodziło o to, że zarąbano mojego przyjaciela. Epitetów nie pamiętam, ale były tylko epitety, wszystkie jakie znałem w piątej już wtedy klasie szkoły podstawowej. Chyba pierwszy raz poczułem wtedy rodzinę jako obcych, co przełomowo zaważyło na całym moim późniejszym stosunku do tak zwanych bliskich, rodziców i rodzeństwa. Oni mieli ubaw, a ja przeżywałem śmierć swego przyjaciela, z którym się dobrze rozumieliśmy. Tak straciłem pierwszego poważnego kumpla w leśnej samotni.

    Dzisiaj, jeśli ktoś mówi, że zwierzęta są mniej inteligentne od ludzi, albo że nie mogą mieć praw, natychmiast pojawia się jakaś chęć likwidacji najbliższej rzeźni, tego miejsca barbarzyństwa, porównywalnego tylko do Oświęcimia. Dopiero później dowiedziałem się o tym, że ludzinka i świninka są bardzo do siebie w smaku podobne. Tak twierdzą kanibale. I taki też pogląd się we mnie utwierdził. Zwłaszcza, kiedy w ramach jakiegoś obowiązku pracy społecznej z epoki późny Gierek, popracowałem trochę przy sprzątaniu w jednej z ubojni (rzeźni). Zwierzęta płaczą i cierpią, a ludzie są tacy obojętni, tacy bestialscy.

    Pierwsze spotkanie z jogą i aikido

    Asany, ćwiczenia postaw ciała hatha jogi, zobaczyłem pierwszy raz w ósmej klasie podstawówki, w „Płomyczku”. Pamiętam jak długo i wielokrotnie czytałem o nich i próbowałem ich zaraz, chociaż było tego niewiele, coś z pół strony. Później wróciłem do ćwiczeń tego rodzaju, chociaż była to tak zwana joga japońska, nauczana w ramach aikido, jako rozgrzewka. Jednakże, japoński nurt budo pochłonął mnie na początku drugiej klasy Liceum. Była jesień 1978 roku, kiedy to za namową kolegi ze stancji rozpocząłem systematyczny trening aikido.

    Pragnienie ćwiczenia jogi też sobie gdzieś dojrzewało, pielęgnowane w sercu jako chęć poddania się takiemu treningowi, która od czasu do czasu wracała w ramach marzeń, przeplatając się z tymi „naukowymi” marzeniami o zostaniu astronomem, czy raczej ściślej o poznaniu jak zbudowany jest kosmos, co też w pełni zaspokoiłem. Tymczasem popołudnia wolne od lekcji spędzałem w dodźio, w sali ćwiczeń sztuk walki. I tak było aż do matury, kiedy to kułem do egzaminów i tych szkolnych i tych z aikido, teraz już celując w zostaniu instruktorem.

    Kiedy w czerwcu 1981 udawałem się na kurs instruktorów aikido, był to czas, kiedy inni kuli do egzaminów wstępnych. Szczęśliwie zdałem jedne i drugie. Rodzina do dzisiaj nie w pełni zdaje sobie sprawę jak pilnie ćwiczyłem aikido dokładnie przed egzaminami wstępnymi na astronomię. Dwie pasje szły ramię w ramię i łeb w łeb. W ogólniaku jeździłem na obozy kółka naukowego młodych astronomów, acz zawsze zabierając ze sobą strój do ćwiczeń japońskiej drogi aikido. Miałem w czasie studiów do wyboru: albo zapomnieć o aikido, albo zostać instruktorem i założyć sekcję w akademickim ośrodku, w którym takowej dotychczas nie było.

    Pamiętam wszystkie noce spędzone na wpatrywaniu się w niebo i zliczaniu meteorów. Oczywiście, w czasie nocnych niebieskich obserwacji, zdarzyło się i coś co przypomniało, że raczej nie jesteśmy sami w tym wszechświecie, i można powiedzieć, że była to jedna z najbardziej pasjonujących obserwacji, jaka zdołała mi się trafić. Nigdy więcej nie mogłem już potem rozmawiać o występowaniu życia w kosmosie bez poczucia śmieszności wszystkich tych tak zwanych naukowców, którzy poddają rzecz w wątpliwość, bądź odkładają w sferę wiary. Naoczne doświadczenie, kiedy oczy zobaczą wielką i dziwnie poruszającą się kulę, a nawet stado takich obiektów, wyzwala duszę ze sceptycyzmu.

    Podróż ku Niebiosom

    Podróż ku niebiosom żyła cały czas swoim rytmem, sobie tylko właściwym tempem. Prawdopodobnie więcej o wszechświecie dowiedziałem się z rozważań filozoficzno – duchowych jednego z moich pierwszych duchowych nauczycieli aikido i ze studiowania mistycznej kosmogonii Omotokyo, niż ze wszystkich razem wziętych wykładów w czasie moich studiów. Zajmując się aikido w szkole średniej, otarłem się także o istnienie zen, jednakże dopiero w czasie studiów udało mi się nawiązać jakiś kontakt z grupami praktykującymi sztukę siedzenia w zazen (zazen), oraz posiedzieć trochę w różnych ośrodkach. Było to bardzo pomocne, jakby w parze do ćwiczenia aikido.

    Głębokie metamorfozy spojrzenia na życie i świat otaczający dosięgnęły mnie na większą skalę już w szkole podstawowej. Pierwej, kiedy leżałem długo zmożony dolegliwościami reumatycznymi, w trzeciej klasie, otworzył się przede mną kosmos, z całym bogactwem planet i planetoid, gwiazd i rozmaitych niebieskich obłoków. Następny raz, to około szóstej klasy, kiedy to przyniosłem najgorsze ze wszystkich świadectwo. W owym czasie, część rodzeństwa zaangażowała się we własne rodziny i tak gęsto było mieszkańców w rodzinnym domu, iż z braku miejsca wyniosłem się na strych, na poddasze, gdzie był nieustanny przewiew pod samą dachówką. O dziwo, nikt z domowników nawet nie zauważył, że nie mieszkam w żadnym pokoju razem z nimi, że wyprowadziłem się na poddasze.

    Po trzech miesiącach ojciec pierwszy zdał sobie sprawę, że w układaniu kto gdzie będzie mieszkał, zostałem po prostu pominięty. Suma sumarum, reszta więzi pokrewieństwa z rodzeństwem i rodzicami jakoś się wtedy rozwiała definitywnie i zaczęli być wszyscy tacy sami jak wszyscy obcy ludzie. Przyniosło to właściwą perspektywę widzenia, bez przywiązań do przeszłości. Taki kolejny krok na drodze do wyzwolenia, który przyszedł samoistnie, bez żadnej tam szczególnej praktyki duchowej.

    Kolejne doświadczenie poszerzające świadomość boskiej obojętności przyszło, też na gruncie rodzinnym, na przełomie podstawówki i ogólniaka. Będąc na granicy depresji i samounicestwienia, wszystko na tle rodzinnych konfliktów, znalazłem się po raz pierwszy w doświadczeniu na krawędzi śmierci, czy jak to mówią czasem specjaliści, przeżyłem wstrząsowe doznanie z pogranicza śmierci. Coś jakby pobyt po drugiej stronie życia. Śmierć, dzięki temu pouczającemu doświadczeniu, przestała być czymś, czego należałoby się bać, stała się czymś obojętnym. Zdałem sobie jasno sprawę z faktu, że umrzeć to wcale nie znaczy to samo, co przestać istnieć. Zapewne dlatego tak dobrze potem zrozumieliśmy się z moim ojcem, gdy wybrał się w daleką podróż na drugą stronę życia. Tak to, jako młody licealista, miałem już konkretną refleksję popartą własnym życiowym doświadczeniem, w sferze, która wprawiała wszystkich znajomych raczej w panikę i popłoch, a podobno byli wierzącymi i religijnymi ludźmi.

    Pamiętam, kiedy przywieziono mnie wtedy do szpitala w stanie półprzytomnym, (zatrułem się bowiem lekami, zjadłszy nie te co trzeba, do tego przeterminowane i zbyt dużo, myśląc, że w ten sposób szybciej przejdą mi jakieś bóle) pierwsze co usłyszałem od współpacjenta, że na tym łóżku już trzech po kolei umarło i że jestem kolejnym kandydatem do pogrzebania. Zresztą pozostali pacjenci o niczym ze sobą nie rozmawiali, jak o tym, kto zdaniem kogo i kiedy powinien w tej sali kopnąć w kalendarz. Ciągle wychodziło na mnie, ale jednak jakoś przeżyłem. Oglądałem tylko wszystkich jakby z góry i jakby w półśnie. Pamiętam jak nawet lekarz zastanawiał się czy już podpisać akt zgonu czy też jeszcze nie. Jak oprzytomniałem trochę, to pacjenci oczywiście przypomnieli, że papiery (do pochówku) doktor już przygotował. Tylko podpisać i wyjazd (do kostnicy rzecz jasna). Inne zmarłe dusze też ciągnęły w swoją stronę, ale jakoś wola życia była tym razem o wiele silniejsza. A ja miałem dziką satysfakcję, jak do pochówku wywozili z tej pechowej sali (ciężkie przypadki) tych jednak, co najwięcej krakali nade mną. Tak im widać było pisane.

    Najbardziej mistyczne doświadczenia związane jakoś z aikido przyszły gdy kończyłem ogólniak, a potem we wakacje, gdy już byłem przyjęty na studia. Czwarta klasa ogólniaka to owoc wielu ćwiczeń oddechowych i kontemplacji jakie robiłem na bazie aikido i całej tej japońskiej jogi. Może też trochę kontynuacja uprzedniego doświadczenia z umieraniem, albowiem pogłębiło się wielce i nabrało wymiaru systematycznej, prawie codziennej przygody ze świadomością na krawędzi śmierci, trochę po drugiej stronie i z powrotem. Zaczęło się tak, przy końcu drugiej klasy ogólniaka, że leżąc jak należy, na wznak, oddychając głęboko i skupiając się na wiszącym na ścianie portrecie Mistrza Uyeshiba, założyciela aikido, zapadałem jakby w krótki sen. W czasie tegoż niby snu, zacząłem doznawać warkotu przenikliwego dźwięku, jakby zapalania motocykla lub dodawania gazu. Potem ciało stawało się bezwładne, jakby z ograniczonym czuciem czy lekkim paraliżem, taka niemoc. W końcu usiłowałem się rozejrzeć, lecz w pół śnie zobaczyłem iż obraz Mistrza wiszący na ścianie jest jakby podwójny. Zdumienie, podniosłem się lekko i płynnie, rozejrzałem po pokoju i obróciłem się z powrotem do łóżka na swojej stancji, by ze zdumieniem ujrzeć iż leżę jednak na łóżku, to znaczy ciało leżało nieporuszone, a ja spacerowałem sobie spokojnie po własnym pokoju. Doświadczenia tego rodzaju powtarzały się potem często, praktycznie każdego dnia, gdy tylko położyłem się aby odpocząć, i gdy leżąc starałem się bardziej odprężyć. Szczęśliwie, głównie tylko wtedy, gdy byłem sam, chociaż później, już w czasie studiów miałem takowe i w towarzystwie współlokatorów z akademika, którzy zastanawiali się czasem nawet czy aby nie wyzionąłem ducha. Mawiali mi, że wyglądam jakbym umarł, gdy drzemię.

    Pamiętam, iż pierwsze kilkaset zdarzeń ekscytowało mnie bardzo, gdy mogłem na przykład przeczytać książkę, zapamiętać z niej wszystko i potem okazywało się iż w prawdziwej książce pisze dokładnie to, co czytałem uprzednio, niejako w stanie ni to pół jawy, ni to pół snu, albo, gdy odwiedziłem kolegę w sąsiednim pokoju i potem dokładnie opowiedziałem mu o tym co robił. Doświadczenia te, chociaż inspirowane po części oddychaniem i odprężaniem, przypominały stany doznawane, gdy byłem w szpitalu bliski zejścia z tego świata. Trudność sprawiało wracanie z tych przeżyć z powrotem. Zawsze był to nagły skok, podobny do obudzenia się w czasie gdy coś się śni. Główną różnicą była ewidentna realność i sprawdzalność rejestrowanych doznań.

    Później dowiedziałem się coś więcej o zjawiskach z pogranicza umierania, a doświadczenia tego rodzaju przestały być czymś nadzwyczajnym. Końcowy okres ogólniaka spędziłem więc jedną nogą tutaj, a drugą tam, jak można by to podsumować. Okres maturalny był poświęcony nauce i treningowi do maksimum. Kiedy inni nie mogli godzić aikido z nauką i maturą, traktowałem ćwiczenia aikido jako codzienny relaks od nauki. Szczęśliwie mieszkałem na stancji, samotnie, gdyż właścicielka lokalu często wyjeżdżała. Rodziców odwiedzałem nawet i tylko raz w miesiącu, więc nikt nie przeszkadzał mi w tym co postanawiałem robić. Mogę tylko być wdzięczny losowi za wszelkie okazje i możliwości, które się wtedy pojawiły.

    Kiedy zostałem w końcu przyjęty na studia i zostałem jakoś instruktorem aikido, prawie w jednym czasie (przełom czerwiec – lipiec 1981), podczas wakacji poświęcałem maksimum czasu na trening z mieczem i kijem, oraz na medytacje w seiza czy zazen, jak zwie się po prostu siedzenie i uważne oddychanie w japońskim treningu mistycznym. Pamiętam z tych wakacji jedno uwznioślające doświadczenie, które zaważyło wiele na moim późniejszym wyborze drogi ku niebiosom.

    Przypływ Złotego Blasku

    Siedząc kolejnego sierpniowego wieczoru z twarzą jak zwykle ku wschodowi, zasiedziałem się w japońskiej klęcznej pozycji przez ponad ćwierć doby, cały wieczór aż do późnej nocy. Rozmyślając o tym czego poszukiwali starożytni mędrcy uprawiający kontemplacje i siedzący przez wiele dni, miesięcy, a nawet lat, stopniowo doświadczałem, jak całe otoczenie, drzewa i trawa, piękny leśny krajobraz, cały promieniował bardzo przenikliwym i delikatnym, złotawym światłem. Blask ten stopniowo narastał i nasilał się, ledwie zdałem sobie sprawę, że cała otaczająca przestrzeń po prostu zanikała i w końcu znikła, wypełniając się tym złotawym blaskiem. Myślałem z początku, że to słońce zachodząc, daje morze tak wspaniałego światła. Jednak było coraz trudniej myśleć i w końcu doświadczyłem po raz pierwszy co to znaczy ten absolutny spokój umysłu, w którym nie ma żadnego myślenia, o którym coś słyszałem od moich dotychczasowych nauczycieli aikido.

    Nie było żadnego krajobrazu, tylko złocisty blask, który jakby nie miał żadnego źródła. Poczułem, jakbym spotkał się z kimś naprawdę bardzo serdecznym i bliskim. Morze złotego jaśnienia w którym znalazłem się jakimś dziwnym trafem było jak wspaniała i dobrze znana acz dawno nie widziana przestrzeń, kiedy oglądasz miejsca, które kochasz, a w których dawno cię nie było. Ogromne świetliste jaśnienie było bardzo serdeczne i przyjacielskie, nie miałem żadnej chęci aby kończyć jego trwanie, a jedynie wrażenie, że tak jest od zawsze i na zawsze. Wszędzie było to złotawe, skojarzone na początku z blaskiem jaśniejącego słońca o zachodzie – morze jaśnienia i światłości.

    Nawet rodzina mi w tym nie przeszkadzała, choć zwykle byłem zaczepiany w trakcie tych swoich ćwiczeń. Kiedy się ocknąłem, zjawisko bowiem nagle się rozpłynęło, zauważyłem, że jest najczarniejsza noc, świeciły ukochane gwiazdy, była pierwsza w nocy. Ojciec mój opowiadał mi później iż miał wrażenie jakby wydarzyło się coś wielkiego i przeczucie, że nie należy mi dziś przeszkadzać. Zabronił nawet matce zakłócać i przerywać moją medytację. Siedziałem cały czas na tej samej zielonej trawie, w japońskiej postawie medytacyjnej, w seiza. Nogi były sprawne, nie było żadnego, o dziwo, problemu ze wstaniem. Wszyscy już spali, gdyż pora była późna. Pozostała tęsknota za ponownym spotkaniem z tym złocistym blaskiem, w którym znika cała dotychczasowa rzeczywistość, a nawet poczucie czasu.

    Zauważyłem po tym jakościowy skok we wszystkich technikach i ćwiczeniach aikido. Dziwne, ale bez treningu nawet szły mi o wiele lepiej i potem często z nagła pokazywałem coś, co inni bardzo chcieli się nauczyć, a dla mnie było to niewytłumaczalnie proste. Tak potem rozpocząłem aktywność polegającą na przekazywaniu praktyki aikido w otoczeniu treningu Ki i mistycznych ćwiczeń oddechowo – kontemplacyjnych.

    Rozmawiałem później o tym doświadczeniu z nauczycielem Zen, niejakim Soen Sahn Nimem, ale sugerował mi tylko abym tak długo kontemplował, rozmyślał na ten temat, aż zrozumiem czym to naprawdę było i co dla mnie znaczy. Tak też postąpiłem za tą radą.

    Z początkiem jesieni 1981 rozpocząłem studiowanie astronomii w Toruniu. Ledwie dostawszy się na studia i ledwie co zostawszy instruktorem aikido, rozpocząłem prowadzenie zajęć w założonej przez siebie sekcji akademickiej przy Uniwersytecie. Warunki były skromne, ale trening pochłaniał mnie coraz bardziej, a dodatkowe spotkania z ludźmi o podobnych zainteresowaniach i poszerzanie pola swoich doznań i doświadczeń sprawiło, iż niezbyt ciekawie aranżowany tok studiów uniwersyteckich stracił swoją atrakcyjność. Znalazłem tam wiele głupich i niepotrzebnych nikomu rzeczy, najmniej zaś było wiedzy o wszechświecie i astronomii jako takiej. W dodatku, to wszystko co mnie interesowało już poznałem w szkole podstawowej i średniej.

    Podczas stanu wojennego byłem dodatkowo pochłonięty nawiązywaniem ciekawych kontaktów, treningiem i kolportowaniem literatury mistyczno-religijnej. Tak mijał czas, aż do 1986 roku, kiedy zdecydowałem się gwałtownie na rozstanie z Uniwersytetem, ponieważ nie wnosił nic twórczego do mojego życia. Dusza nie chciała uczyć się rzeczy zbędnych ani błędnych teorii.

    W czasie tym zapoznałem się intensywnie z teozofią, okultyzmem, charyzmatycznymi doktrynami zielonoświątkowymi, radiestezją i psychotroniką, z rebirthingiem, medytacjami trójkątów i grupami transmisyjnymi, z naukami Krisznamurtiego, Św. Jana od Krzyża i z wieloma innymi mistycznymi programami duchowymi. Szczególnie pamiętam i cenię sobie suficki trening Din-i-Illai wraz ze spotkaniami z Khalif Akbar Suachani-al-Hadźidź, wielkim nauczycielem starożytnej szkoły Subudh, spotkania i treningi z moim najgłówniejszym nauczycielem aikido, z Shihan Yichihara Imoto oraz z nauczycielem laja jogi, spotkania z którym dopełniły całkowicie mojej duchowej edukacji – z Baba Śiwanandą.

    Jedność Buddy i Chrystusa

    Przestudiowywałem jednocześnie chrześcijańską Biblię i nauki wzniosłego Buddy. I nie znalazłem pomiędzy nimi żadnych sprzeczności, a wręcz przeciwnie, ukazało się jasnym, że obaj wieszczowie głosili dokładnie takie same doktryny współczucia i miłosierdzia Bożego, obaj byli reformatorami na gruncie swoich skostniałych fundamentalistycznych doktryn religijnych. Zarówno Chrystus jak i Buddha byli z pochodzenia synami królewskich rodów, obaj ukochali biednych i prostych ludzi, obaj nieśli takie samo wsparcie w postaci nauk wolności duchowej i miłości wzajemnej pomiędzy ludźmi. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jakimi niegodziwcami są wszyscy kapłani i księża, którzy usiłują zaprzeczać tym oczywistym faktom. Zawsze, kiedy pojawiały się wątpliwości i trochę nad nimi medytowałem i modliłem się w Duchu Świętym, pojawiał się złocisto-świetlisty blask, który rozjaśniał wątpliwości i pokazywał, że Droga jest tak naprawdę Jedna i ta sama, a ci, którzy uczą o różnicach robią tragiczne w skutkach błędy.

    Podobne doznania i przebłyski pojawiały się także już na gruncie treningu mistycznego aikido i omotokyo. Ciągle przychodzi do mnie takie piękne wrażenie, jakby wizja, Buddy i Chrystusa, siedzących razem, na jednym tronie i wykładających swe nauki, każdy w swoim języku, jednakże tak, jakby jeden wyjaśniał lub tłumaczył ze swojego punktu widzenia, co drugi miał na myśli, gdy wypowiadał się w pewnych kwestiach.

    Zajmując się głębiej mistyką chrześcijańską i chadzając też często do różnej maści wspólnot i pastorów chrześcijańskich, otrzymawszy Ducha Świętego w kilku wspólnotach charyzmatycznych modliłem się często o głębsze zrozumienie jednej owczarni i jednego pasterza, aż Duch Boży zaczął wskazywać czym to naprawdę jest, podsuwając odpowiednie nauki i instrukcje, które dziś mogę nazwać Światłem Ekumenii i Jogą czyli odsłonięciem prawdy o tym, że wszystkie religie prowadzą do tego samego celu i zostały założone przez posłańców przybyłych z tego samego źródła.

    Aikido i cała japońska mistyka Shinto stały się dla mnie pewną podstawą, dzięki której mogłem wiele doświadczyć i zrozumieć. Dlatego najważniejsze instrukcje, które pomogły mi wielce na mojej ścieżce do Boga zaczerpnięte są właśnie z treningu harmonii z Duszą Wszechświata, która okazała się być tym samym co chrześcijański Duch Święty i hinduski Brahman, Duch Najwyższy. Mam nadzieję, że wszyscy zainteresowani cokolwiek drogą jaką wędrowałem, spożytkują na własny użytek wszystkie te instrukcje, które mnie doskonale służyły i które mnie prowadziły po ścieżce, a nawet czynią to w dalszym ciągu, wiodąc ku Wielkiemu Nieznanemu.

    Mohan Ryszard Matuszewski

  • Nauka Pedofilskiej Religii – Wspomnienia autobiograficzne

    Nauka Pedofilskiej Religii – Wspomnienia autobiograficzne

    Jeśli chodzi o nauczanie religijnej wiary, to nie zrobił tego żaden katolistyczny, ani protestancki ksiądz, gdyż na lekcje religii do katolickiej sekty nigdy nie uczęszczałem, a to z kilku powodów. Moi rodzice byli zorientowani ku pradawnej kulturze słowiańskiej. Matkę w dzieciństwie księża zgwałcili wielokrotnie w czasie śpiewania w kościelnym chórze jak była nastolatką w rodzinnej wsi koło Kisielic, to miała awersję do klechów i pedofilskiej sekty katolików, acz było to tabu, o którym nie wolno było mówić w mojej rodzinie, aby nie denerwować matki wspomnieniami.

    Ojciec w czasie hitlerowskiej okupacji był w łagrze hitlerowskim w Berlinie i osobiście jako przymusowy robotnik w III Rzeszy zwyrodniałego katolika Adolfa Hitlera, oglądał, jak ówczesny papież Pius błogosławił gestapowskie SS udające się do Polski mordować Naród Polski. Od tego czasu mój ojciec Teofil nigdy już nie wszedł do żadnego katolskiego tak zwanego „Kościoła”, ani nie uczestniczył w żadnej katolistycznej mszy. Ojciec był jednak bardzo zainteresowany w starożytnej, prawowitej kulturze Słowiaństwa.

    Spotkanie z klechą katolickiej, tak zwanej religii, zniechęciło mnie do jakiegokolwiek zainteresowania się tą nachalnie prozelicką sektą i jej dogmatem. Społeczne naciski na uczęszczanie do sekty katolików i na jej katechezy ominęły mnie w pierwszej klasie (1969/70) szkoły podstawowej całkowicie, gdyż pranie mózgu dzieci odbywało się po południu, a lekcje szkolne były rano i musiałbym czekać na ich śmieszne lekcje przez kilka godzin w odległej o cztery kilometry od domu wiejskiej szkole, na wsi jaką był Breńsk w gminie Czarne k/Szczecinka.

    W drugiej klasie szkoły podstawowej sporo chorowałem i tylko do księdza uczącego katolskiej religii nie docierało, że dziecko chore nie będzie do niego specjalnie dojeżdżać, acz ze szkołą państwową nie było problemu, nawet w dobrym socjalistycznie-demokratycznym szpitalu w Człuchowie! Jak już zacząłem ponownie uczęszczać do szkoły, a było to dopiero w maju, to klecha, katecheta, proboszcz z Rzeczenicy, a jakże, zadbał, abym z pomocą ludzi ze wsi został siłą, przemocą doprowadzony na tę jego katolicką pseudoreligię czy też rzekomą katechezę religijną.

    Instynktownie przeczuwałem, że jest to coś demonicznie złego, ciemnego czy potwornego, koszmarne odczucia rodziły się, gdy słyszałem od rodziców, że klecha znów się pluł z ambony, że nie chodzę na te jego religie, gdy byłem chory w szpitalu lub gdy leżałem w domu powalony reumatyzmem.

    Zaciąganie siłą polegało na tym, że ksiądz zrobił religię wyjątkowo po normalnych lekcjach szkolnych, a dzieci z klasy musiały mnie siłą z pomocą katolickich dorosłych przymułów doprowadzić, zaciągnąć siłą w brutalny sposób i przy całym steku wyzwisk katolickich pod moim adresem na tę katolską jego katechezę czy pranie mózgu dzieci. Jak raz ksiądz wykładał wielce uczenie o „miłości chrystusowej”, a tym, co niezbyt uważali, ochoczo przykładał drewnianą laską po tyłku, po rękach, a zdarzało się, że i po plecach czy głowie.

    Dziwiłem się, że wszyscy w klasie boją się potwornie tego gościa w czarnej sukience, cuchnącej smrodliwie z daleka czymś zatęchłym. Niestety byłem trzymany i pilnowany, abym nie mógł uciec przypadkiem, ale trudno mi było pojąć, dlaczego pozostali od razu nie uciekli przed ciemniackim, brutalnym, zwyrodnialcem zadającym ból dosłownie, co chwilę któremuś z pozostałych dzieci.

    Coś mnie wtedy natchnęło, a miałem ledwie osiem lat skończone, aby go zapytać czy ta jego miłość chrystusowa polega na okładaniu kijem słabszych od siebie. Klecha wnerwił się, zasapał, zadyszał i zaczerwienił się. Część zaczęła się śmiać, część coś burczała w stylu, „ale dostaniesz teraz.”

    Powiedział wtedy groźnie: „chodź no tu do mnie”, ale widząc jak srodze bije, wstałem, porwałem tornister i pobiegłem w stronę drzwi. Puszczono mnie, bo pilnujący myśleli, że idę do księdza z tej ich katolskiej, a raczej katowskiej sekty. Splunąłem jeszcze za siebie, warknąłem coś, jakby odganiając zły urok złego czarnoksiężnika. Zresztą czarną, szmatławą sukienkę trudno skojarzyć z czymś innym niźli z czarnym charakterem, czy złym czarnoksiężnikiem.

    Wziąłem w biegu, porwałem mój rowerek, którym dojeżdżałem bite cztery kilometry do wiejskiej szkółki w Breńsku zwanym też Brzęczkiem i ledwie zdołałem umknąć, bo byłem goniony przez resztę klasy i dorosłych, a niektórych wzburzyło, jak można splunąć w stronę czarciego klechy katolickiego. Dziwne, że nie burzyło ich drastyczne bicie ich własnych dzieci i pieprzenie o jakiejś miłości chrystusowej, bardzo dziwne, widać mózgi wyprane katechezą.

    Breńsk to bardzo mała wieś na trasie Czarne – Rzeczenica na Pomorzu. W owych czasach była tam czteroklasowa szkoła podstawowa.

    Jakiś czas miałem spokój, ale proboszcz klechowni nie dał za wygraną, bo niestety zostałem za tydzień ponownie doprowadzony do księżulka katolickiej sekty, przy okazji następnej katechezy, która miała być indywidualna, niejako tylko dla mnie. Ewangelizacja dzieci i młodzieży, jak się to złudnie i pięknie nazywa odbywało się, a jakże, dla mnie bezboleśnie jakimś cudem, acz terrorystycznie, pod doprowadzeniem siłą i strażą!

    Tym razem księżulo watykański kazał mi zostać po lekcji religii, bo rzekomo chciał ze mną porozmawiać, a że był wyjątkowo milutki, więc nie wyczuwałem w tym żadnego czartowskiego podstępu o tyle, że wychodzący z katechezy blokowali drzwi, abym nie mógł uciec z jaskini katolickiej wersji miłości chrystusowej!

    Proboszcz katecheta, gdy zostałem z nim sam na sam na indywidualną katechezę czule mnie przytulił, posadził na kolana, zaczął wycałowywać, ślinić i w końcu rozbierać, zdejmując, a raczej rozpinając swoje i moje spodnie, a silne było chłopisko. Wyjął swego katolickiego kutasa, czyli fiuta i kazał sobie głaskać i ściskać i chciał, aby tę jego śmierdzącą laskę obcałowywać i brać do rączki czule. Obróciłem się wtedy, aby się wyrwać i uciekać, ale próbował mi ściągać spodnie ze slipkami, żeby móc wkładać tego watykańskiego smrodka do mojego otworu odbytowego, a po to przecież mnie obmacywał i rozbierał, abym dowiedział się, jakie jest oprócz rowerowego jeszcze znaczenie słowa pedał.

    W owym wieku słowo „pedał” znane mi było tylko jako część od mojego rowerka, którym dojeżdżałem do szkoły, jednak sytuacja wydawała się zupełnie anormalna i niebezpieczna, obcy się rozbierał i próbował mnie rozbierać. Czułem strach i potrzebę obrony siebie. Szczęśliwie miałem w kieszeni bardzo ostry kozik, scyzoryk, podarowany mi przez mojego starszego brata Romana Matuszewskiego jako prezent dla obrony własnej i bezpieczeństwa na leśnej drodze do szkoły.

    Kozik ten służył wcześniej do kastrowania baranów, czemu miałem się okazję dobrze przyjrzeć, gdyż ojciec był hodował owce i barany w liczbie około 50-70 sztuk rocznie. Oglądanie co robią barany czy psy w gospodarstwie z pomocą części ciała służących prokreacji jest w moim wypadku bardzo dobrą edukacją dla dziecka. Jeszcze bardziej przydatne okazało się oglądanie, jak weterynarz kastruje barany obcinając im jaja. Nigdy dość edukacji i uświadamiania dzieci.

    Przydała się wiedza i dobry nożyk od brata, bardzo ostry do kastrowania w sam raz, bo do tego wcześniej był używany. Obróciłem się, na co klecha się ucieszył, uchwyciłem jajca księżulka w rączkę czule, że aż zajęczał i zasapał dewiant z zachwytu i wyjmując drugą ręką odbezpieczony kozik z kieszeni przyciąłem mu jajca tak, jak się tnie baranie jajca przy kastracji, tyle, że razem z workiem, że krwi bryznęło sporo, a klecha zawył z bólu. I jeszcze fiutka katolickiego proboszczowi przyciąłem, choć był twardy jak stal szwedzka, duży, gruby i sprężysty. Przyciąłem mocno przy nasadzie, co dało pewność, że już się do otworu odbytowego żadnego dziecka nie będzie bydlak watykański nigdy więcej ani wciskał ani nawet próbować.

    Z tak zdobytym trofeum niczym Indianin ze skalpem wybiegłem triumfalnie z lekcji katolickiej religii czy raczej dewianckiego zboczenia, a jak się okazało nikt już pod drzwiami salki katechetycznego gwałcicielstwa na mnie nie czekał, zresztą dobre pół godziny indywidualnej katechezy byłem zaliczyłem próbując pojąć, czym jest sekta rzymskiego katolicyzmu. Klecha poświęcił parę minut na oswajanie dziecka trzymanego na kolanach, zanim wyjął swojego kutasa – po raz ostatni w życiu. Żadna siła nie mogła mnie doprowadzić dobrowolnie na tak zwaną katechezę do parafii sekty katolików rzymskiego zboczenia.

    Wszyscy moi koledzy i koleżanki z wiejskiej szkółki pod przymusem zjadliwej, społecznej presji, wsiunowatego terroryzmu chodzili tam i wielu było dupconych przez klechów, ale siebie od tego katozboczenia wybroniłem. Afera była na całą okolicę, że syn leśniczego księdza uszkodził nożem, a rodzice szczególnie matka, mieli w okolicy pewne nieprzyjemności ze strony parafialnych wspólników i popleczników rzeczonego księdza, czyli dewianta.

    Zboczone klechy próbowały mnie jeszcze uczyć tej swojej miłości chrystusowo-watykańskiej w czwartej klasie szkoły podstawowej w Czarnem i gdy miałem około 16 lat tuż przed wyborem tak zwanego papieża, czyli herszta polskich pedofilów z katolickiej sekty.

    Otarłem się jeszcze o tę tak zwaną „religię” katolicką w klasie czwartej szkoły podstawowej, jednak siostra katechetka nie wzbudziła we mnie zaufania, pomimo najszczerszych starań, gdyż pazerna na „owieczki” katechetka, próbowała zaprzyjaźnić się z moją matką, będącą leśną zielarką. Chodziło jednak w tej obłudzie o pozyskanie baranka do czartowskiej i dewianckiej sekty. Kiedy dowiedziałem się, że sekciara używa często linijki, albo pięści do celów dydaktycznych, to było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie.

    Pomimo, że chodziłem już do innej szkoły, do Gminnej Szkoły Podstawowej w Czarnem k/ Szczecinka i że zmieniła się klesia parafia, którą teraz było owo Czarne k/Szczecinka, spotkanie z klesicą było zawsze pierwsze i ostatnie, oczywiście pod przymusem, bo sekta katolików zdolna jest do najgorszego terroru, aby zdobyć współwyznawcę, omamić dziecko, wyprać mózg, odczłowieczyć. Z leśniczówki dojeżdżałem teraz całe sześć kilometrów autobusem do stolicy gminy w Czarnem i oczywiście do szkoły. Interesowała mnie tam najbardziej dobrze zaopatrzona księgarnia oraz biblioteki, tak szkolna, jak i miejska, bo państwo socjalistyczne dobrze dbało o oświatę dla wszystkich obywateli, a nie o prywatę.

    Razu jednego, gdy byłem w czwartej klasie, część silnych chłopaków z klasy chciała mnie oczywiście na rozkaz katechetki i klechów, doprowadzić siłą na lekcję ichnej religii katolickiej. Wywiązała się z tego niezła szarpanina i bójka. Niestety, takie przekleństwa miotałem na ich kościół, kler i katechetów, że chociaż byłem już obezwładniony i niesiony, a raczej ciągnięty w wiadomym kierunku, to ze wstydu przed owymi soczystymi epitetami, zostałem puszczony wolno. Oczywiście jak na złośliwe katolstwo przystało, po pewnym czasie, bydlaki katolickie ponowiły próbę doprowadzenia siłą w brutalny sposób, o czym będzie już osobny esej, dalsza część przykrych przeżyć z zakonną cieczką watykańskich katechetek.

    Jednakże już wtedy spostrzegłem, że im większy tępak, im bardziej dzieciak ograniczony umysłowo, im bardziej głupkowaty i prymitywnie skłonny do rozboju – tym większy katolik. Nic już tego obrazu katolickiego zbydlęcenia i dewiacji nie zmieniło. Niewątpliwie dzięki takim przeżyciom jestem do dzisiaj i chyba na zawsze gorącym zwolennikiem swobody wyboru religii i wyznania już od najmłodszych lat życia i do bezwzględnego egzekwowania tego prawa w każdym wieku. Odkąd nie pozwoliłem się za pierwszym razem doprowadzić na katechezę sekty katolików, siostra katechetka i jej kumpelka od klas starszych, zaczęły uprawiać propagandę nienawiści pod adresem mojej rodziny. Przejrzałem w ten sposób całą dewiancką, bezczelną obłudę tak zwanych siostrzyczek i kleru.

    Wspomnienie pierwszego księdza – zboczeńca na pewno jest bardzo żywe i wyraziste, podobnie zetknięcie z prymitywnością i brutalnością katolskiego gówniarstwa z tej samej szkoły i klasy. Skutki głupkowatego stosowania przymusu w sprawach wiary, przymusu inkwizycyjnego i niewątpliwie zbrodniczego oddalają od organizacji nawet tak licznej dotąd jak katolicyzm. Już w drugiej klasie szkoły podstawowej modliłem się spontanicznie „o zniknięcie i unicestwienie całej patologicznie zboczonej sekty katolików”.

    Zmniejszająca się od tego czasu liczba klechów i wyznawców na całym świecie dobitnie świadczy o tym, że Bóg jest i modlitwy spełnia, acz stopniowo i powoli, co jest pewnie zasługą i wielu tysięcy innych ofiar, o których stopniowo dowiadywałem się coraz więcej i więcej. Jest to początek moich doświadczeń, ale dalsze jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że katolicyzm to coś obrzydliwego, zboczonego i zbrodniczego, na co można tylko pluć, rzygać i przeklinać jak najbardziej siarczyście.

    W całym biegu życia nic dobrego z rąk czy raczej szponów katolików mnie nigdy nie spotkało. Pewnie dzięki temu poznałem lepiej i głębiej buddyzm, hinduizm, zoroastryzm, islam i religię żydowską, z czego najbardziej głębokim i duchowym okazał się hinduizm, a ściślej wedyjska i śiwaicka duchowość Wschodu, jakże identyczna w swych podobieństwach ze słowiańską kulturą, w której duchu byłem w znacznym stopniu wychowany przez rodziców.

    Przy innej okazji napisze jeszcze o molestowaniu mnie przez księdza pedofila z miejscowości Czarne k/Szczecinka w IV klasie szkoły podstawowej, bo atak katechezo-dewiantek to tylko było małe preludium do dalszych zakusów na otwór odbytowy dziecka, które ni euczęszczało na religię katolicką. A i jeszcze o molestowaniu mnie przez jednego bardziej znanego księdza dewianta w okolicach Zakopanego w 1978 roku, kiedy to już świeżo 15 lat skończyłem.

    Mój zgwałcony wtedy kolega Adam rozpił się później topiąc w alkoholu te przykre wspomnienia i popełnił po tym cyrku dewiacji katolickiej samobójstwo, to wspominam o tym w dowód pamięci tej ofiary księży chorobliwie zboczonych seksualnie. Trudno pisać o takich incydentach, kiedy jeden ksiądz zboczeniec ma się dobrze, jest nawet uwielbiany w pewnych kręgach i potrafi zastraszać inne ofiary, stąd pomijam nazwiska, bo obawiają się o swoje życie w tym fanatycznie talibanowym państewku jakim jest średniowiecznie klerykalna jeszcze Polska RP.

    Powiem tylko zachęcająco, że mówienie głośno wśród znajomych i rodziny, że się miało w życiu „incydent z dobieraniem się przez księdza do otworu odbytowego” powoduje nawet wzrost sympatii, a wielu kolegów i koleżanek też przyznało, że dzięki mnie odważyli się mówić o tym głośno, nawet własne i cudze małe dzieci ostrzegając przed księdzem jako przed społecznym złem.

    Ofiary księży pedofilów! Zacznijcie mówić o tym, co was spotkało bardzo głośno, publikować wspomnienia, a zaczniecie być szanowani i cenieni, acz nie musicie od razu wskazywać nazwiska księdza, jeśli jeszcze żyje, żeby nie narażać się na odwet personalny ze strony pedofila, który może się poczuć urażony, że się mówi o jego zboczeniu i sekcie pedofilskiej w sposób bezceremonialnie krytyczny. Tylko wasze milczenie pozwala istnieć temu imperium pedofilskiego zła jakim jest inkwizycyjny, faszystowski i zboczony katolicyzm, podszywający się z tym wszystkim pod patriotyzm, Naród i Ojczyznę!

    (C) Szczecinek 1980 – Toruń 1994 – Ryszard Matuszewski
    Kontakt z autorem: P.O.Box 247; 44-100 Gliwice; Poland (Polen; Pedofilland)

    (Zezwala się na przedruk publikacji wyłącznie w całości)


    Art. 73 Konstytucji: „Każdemu zapewnia się Wolność twórczości artystycznej!”
    Art. 54.1 Konstytucji: „Każdemu zapewnia się Wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji!”