Brak wpisów w tej kategorii.

Tag: ksiądz

  • KSIĄDZ – Otwarta Brama Piekieł!

    KSIĄDZ – Otwarta Brama Piekieł!

    Tytuły funkcji religijnych w szczególny sposób stają się energetyczną wibracją nie tylko kreującą osobę ale i jej wpływ na otoczenie i społeczność. W różnych językach używane są różne tytularne pojęcia o funkcji niższych i wyższych duchownych, a dla języka polskiego specyficzne kluczowe słowa to „KSIĄDZ”, „BISKUP” i „PRAŁAT” bodaj najczęściej używane i najgłębiej wbite w świadomość ludzi. Częstokroć osoby w społeczności bardziej znają pasterza dusz pod imieniem zastępczym „KSIĄDZ”, niźli pod jego własnymi, oryginalnymi personaliami. Taka identyfikacja, a także ocena otoczenia powoduje trwałe zmiany w charakterze i funkcjonowaniu. Można powiedzieć, że jest to pewna maska dla wykonywanego zawodu mająca silny wpływ, prestiż i władzę. Numerologia pomaga odsłaniać charakterystyczne cechy imion, nazwisk, miejscowości oraz tytularnych desygnatów rządców dusz jakimi są kapłani. Oczywiście lokalny kapłan swą wibracją nadaje charakter całej społeczności, stąd trzeba dobrze analizować tak co dobrego jak i co złego może mieć persona taka jak „KSIĄDZ” czy „BISKUP” w swoim wpływie. Policzmy zatem, bo kto ma mądrość, ten liczbę Imienia przeliczy, policzmy jaką wibrację i wpływ rozsiewa wokół siebie „KSIĄDZ”, jeśli idzie siać!

    G N P S
    20 K 110 11 2
    100 S 118 19 1
    9 I 108 9 9
    1 A 100 1 1
    4 D 103 4 4
    800 Z 125 26 8
    934 664 70 25
    16 16
    7 7 7 7

    Cykl życiowy jest mocno wzrostowy od początkowego K=(2) do końcowego Z=(8) w cyklu Soma (Życie, Ciało). Gwarantuje to silny wzrost działalności szczególnie w kierunku dochodowo-biznesowym! Działalność budowniczego czy biznesmena osobonazwa „Ksiądz” na pewno dobrze i wzrostowo spełni!

    Soma (7) pokazuje, że jest to osoba której łatwo mówić o sprawach mistyczno-duchowych czy religijnych, a nawet łatwo studiować religijne i ezoteryczne przedmioty. Jednak Psyche (70) pokazuje, że uczuciowe życie wewnętrzne szybko się wypala i łatwo „Ksiądz” popada w jałową, psychiczną pustkę, bezwiarę, wypalenie. Takiej osobie trudno stwarzać długotrwałe związki uczuciowe jak i trudno trwać w żarliwym zaangażowaniu. Za to łatwo może zarabiać i żerować na cudzych zainteresowaniach i potrzebach natury mistyczno-religijnej. Jeśli utrzyma wielkoduszność i uprzejmość w tej personifikacji jako pozytywny aspekt Siódemki, to i tak będzie wielki sukces. Najgorsze jednak jest Nous=(664) bo jest to liczba w numerologii nazywana „Liczbą Dziadkiem/Babcią Diabła”, gdyż należy do rodziny wibracji blisko związanych z diabelskim (666)!

    Dziadek/Babcia Diabła to w symbolice gematrycznej osoby, które występując jako Siódemki negatywne w rozliczeniu końcowym doprowadzają innych do pomieszania i pobłądzenia w dziedzinie okultystycznej, mistycznej czy religijnej. Nous (664) jest to tak zwana liczba „wiecznego błądzenia” w sprawach wiary, ducha i BOGA!

    Uczciwie trzeba sobie powiedzieć, że osobonazwa „Ksiądz” jest właśnie tą, z którą spraw duchowych nie należy konsultować, a to z uwagi na to, że wprowadzi człowieka w błąd, a z błądzących kapłanów o wibracji „Ksiądz” będzie i wiecznie błądzący Kościół. Wielu problemów, z kapłanami można by prosto uniknąć, gdyby wybrać jakąś inną, lepszą nazwę dla tej istotnej funkcji jaką „Ksiądz” sprawuje! Nous (664) z uwagi na swą kiepską jakość wibracyjną determinuje pozostałe składniki G-NPS tak, że biznes i budowanie jakie robi „Ksiądz” mogą być w sumie brudnymi przekrętami czy oszukiwaniem wiernych. Rady parafialne powinny „Dziadka Diabła” dobrze pilnować i rozliczać, aby nie uległ swemu wewnętrznemu pokuszeniu wpisanemu w urząd. Psychologia matematyczna, jaką jest Gematria, Numerologia Głęboka bardzo wyraziście obrazuje portrety psychologiczne osobonazwy, acz ktoś musi mieć dobre imiona i nazwiska własne oraz słabą identyfikację z imieniem, tytułem „Ksiądz”, żeby zbyt mocno nie ulegać tej diabolicznej energii Nous związanej z Czarną Lożą Diabła.

    Gematrikon G=(934) pokazuje osobę u początku mającą silną energię doskonałości, osobę będącą zbiornikiem sił duchowych oraz wysokiego poziomu duchowego, co może przyciągać dużo osób, ale będzie to tylko początkowe dobre wrażenie lub inicjalny aspekt początkowo dobrej działalności. Ten poziom można utrzymać tylko przez głębokie studia mistyczno-duchowe i okultystyczne, ale nie jest to normalnie zwykłą praktyką, stąd będzie się utrzymywać tylko u nielicznych. Niestety zasilanie NPS z pomocą tej energii jest słabe, stąd wędruje tylko na niektóre, czwórkowe aspekty demonicznego Nous i na ogólne cele życiowe oraz psychiczne Soma ostatecznie pokazującego wartość Siódemki negatywnej. Po pewnym okazaniu siły ducha energia pracuje nad rozbudzaniem celów samolubnych i osobistych, co ma wyraz w tak zwanym podwójnym życiu osobistym osobonazwy „Ksiądz”. Iloczyn Gematrikonu 9x3x4 daje (108), a iloczyn Nous 6x6x4 daje (144), co pokazuje zdolność do uchodzenia za osobę wyjątkowej rangi i doskonałości w dziedzinie religijnej, jednak z jednej strony jest to samo w sobie puste, bo dalszy iloczyn Gematrikonu ostatecznie jest Zerem, a końcowa postać iloczynu z Nous to 1x4x4 dające (16) i w końcu Szóstkę. Daje to duchowość pustą wewnętrznie i egoistyczną, którą można by przezwyciężyć tylko silną pracą bezegoistyczną z poświęceniem dla dobra innych. „Ksiądz” z tego, co widać dobrze się zapowiada, ale potem nie wytrzymuje presji i pokusy swego Dziadka Diabła, łatwo schodzi na złą drogę, łatwo ulega wypaleniu, wypaczeniu bądź załamaniu jeśli o duchowe sprawy idzie. I co gorsza, jest to osobonazwa, która ma dużą siłę nie tylko do pomylenia siebie, ale także do pomylenia innych, czyli wiernych, a co za tym idzie do pokazywania się od lepszej strony dla wiernych, a faktycznie sprawowania zupełnie innej działalności niż deklarowana w żywiołowy sposób. Iloczyny Nous (144) i G=(108) w swych przejściach dają fazy natchnień i uniesień maskujące faktyczne cele Nous=(664). A to liczba Nous, Ducha nadaje główny ton i cały kierunek rozeznania charakteru osobonazwy, o tym trzeba ciągle pamiętać!

    Soma (7) z tłem (25) pokazuje na silne tendencje do życia i spełnienia się w związkach intymnych, co sugeruje, że osobonazwa „Ksiądz” z góry słabo do życia celibatowego się nadaje i będzie szukać spełnienia po cichu, za plecami przełożonych, z uwagi na Psyche (70) w związkach krótkotrwałych. Stałość uczuć jest bowiem zbyt trudna dla osobonazwy „Ksiądz”.

    Nous, Duch o wibracji (664) to taki „diabeł mistyczny”, w istocie wylęgarnia poplątania z pomieszaniem przyprawiona autorytetem zewnętrznym w sprawach wiary, podczas gdy dążenie wewnętrzne raczej mocno od Boga odwodzi i ku Ciemności prowadzi! Jeśli młody człowiek staje się osobonazwą „Ksiądz”, to nawet jak miał dobre skłonności religijne, był mistyczny i pobożny, to szybko może zostać opętany przez Złego Ducha o wibracji (664) i sterowany z Ciemnej Doliny Mroku i Otchłani. Nie wszyscy znoszą tą zmianę kierunku, wiele wrażliwych religijnie młodych chłopców zupełnie słusznie rezygnuje z tego kierunku stawania się w procesie teologicznej edukacji. Młody „Ksiądz” jest już „Dziadkiem Diabła”, sieje wibrację (664), a ludzie, którzy myślą o nim per „Ksiądz” wchłaniają wibrację Złego Ducha (664), łącząc się z Mroczną Doliną Piekieł. Funkcjonalna osobonazwa „Ksiądz” jest tu zatem BRAMĄ PIEKIEŁ, przez którą ZŁO wchodzi do Kościoła energetycznie, niczym wirus czy haker przez niestrzeżony, otwarty port do komputera. Stopniowo umysł młodego kapłana pobłądzi i zamroczy się przyjmując wibrację negatywnej Siódemki, która jest nie tyle duchowo-mistyczna ile wrogo nastrojona i szydercza do wszelkiej pobożności, ezoteryki, duchowości czy mistyki. Wibracja „Ksiądz” nie ma Triady liczb nadnaturalnych, nie będzie więc jakąś ponadnaturalną siłą zła, ale raczej materialnym i psychicznym narzędziem do zwalczania tego co jest z BOGA na tej Ziemi. Jeśli „Ksiądz” coś zwalcza, to trzeba rozważyć, jakież to Dzieło Boże zwalcza „Ksiądz” i jaki ma w tym interes. Obraz ten nie jest przychylny, ale matematyczny portret psychologiczny nie pozwala na żadne nadinterpretacje, pozostają suche fakty ze zbioru reguł matematycznej psychologii. I dobra rada taka, żeby Kościół wyglądał inaczej, potrzeba mu nowego, innego jakościowo nazewnictwa funkcji. Kolorem Siódemki jest FIOLET, zaś „Ksiądz” nosi odzież w kolorze czerni, jako barwę Mistrzów Czarnej Loży, pewnie na dowód tego, czym jest!

    Kolor czarny od zawsze jest w ujęciu wszelkiej mistyki i duchowości kolorem symbolizującym ciemne i mroczne siły, zło, piekło, a także diabła, nawet w symbolice katolickiej. Tym bardziej zabawne jest używanie jako odzienia czarnej szaty i wmawiania ludziom, że „Ksiądz” to coś dobrego, choć zgodnie z odwiecznym prawem liczb tak generalnie nie ma prawa być! Ksiądz może być czymś lepszym, jeśli nie identyfikuje się z tą funkcją, a ludzie określają go innymi, lepszymi jakościowo desygnatami. Może być nazywany innymi określeniami o lepszej wibracji i właściwie społeczność parafialna powinna o to zadbać, żeby sobie wykreować duchownego na miarę swych potrzeb, a nie dać się wpuścić w wibrację „Ksiądz” i przez tę energię, dość paskudną, nie dać się zmoderować! Noszenie odzieży w pięknych barwach fioletu niewątpliwie tonizuje obraz mroku jaki daje odzież czarna, która odzwierciedla mroczną jakość Nous = (664) czyli negatywnej Siódemki. Człowiek jest tym, czym jest jego Imię – powiada prawo gematrii, a dokładniej człowiek jest tym czym są jego imiona, nazwiska i przezwiska. Dlatego używając zdrobnień czy przezwisk należy się dobrze zastanowić czym drugiego człowieka chcemy uczynić.

    Słowo „Ksiądz” w swej istocie jako pewna forma słowna nie jest niczym złym, jednak jest przewodnikiem dla określonej energii, siły, fali czy wibracji ze światów niewidzialnych i istoty tej jakości działają przez formę – bramę czyniąc osobę o tej osobonazwie i jej otoczenie swoim matecznikiem, egocentrum! Trzeba to uznać, że nieszczęśliwy zbieg okoliczności, że do kapłanów używa się pojęcia „Ksiądz” i o ile to możliwe jak najszybciej zamknąć tę swoiście polską bramę dla rozprzestrzeniania się zła i złych wibracji w Kościele. Zamknięcie bramy dla zła to wyrugowanie pojęcia „Ksiądz”, zaprzestanie jego używania, a znalezienie jakiegoś innego, które bardziej odpowiadałoby funkcji duchowej i kapłańskiej.

    W pełni demonicznie rozwinięta negatywna Siódemka osobonazwy „Ksiądz” obejmuje niezdolność do wyrażania własnych uczuć i przeżyć, szczególnie tych subtelnych, co uniemożliwia dzielenie się doświadczeniem duchowym i uniemożliwia tym samym spełnianie roli kierownika duchowego! Brak zrozumienia samego siebie uniemożliwia duchowy rozwój, a brak zrozumienia przez innych rodzi konflikty z otoczeniem, schizmy i podziały albo urzędową pustotę i zniewalanie wiernych! Unikanie wszelkiego wysiłku i czynu może się ujawnić jak marzycielstwo, fantazjowanie, łudzenie połączone z niesłownością, niedotrzymaniem zobowiązań, niewywiązywaniem się z obietnic. Daje to ostatecznie brak honoru i odpowiedzialności znany z typowo negatywnej postaci pełniących w Polsce rolę „Ksiądz”

    Jeśli w jakiejś parafii trafił się „Ksiądz” ironiczny, olewający i obojętny wobec wiernych i ich problemów, butny, ateistycznie bezbożny w wielu grzechach, szydzący z potrzeb duchowych i modlitewnych, zmieniający szybko zainteresowania w tym samochody i dziewczyny, zimny i obojętny uczuciowo, bezduszny, pazerny na forsę, leniwy, to obraz Nous = (664) w negatywnej Siódemce pełny! To jest „Ksiądz” całą gębą, w pełni realizujący wibrację Słowa „Ksiądz”, prawdziwy Dziadek Diabła. Nie wszyscy na szczęście mają aż tak źle, ale kawałków z tej patologii nie brakuje na parafiach i trzeba dobrze pojąć jak rozpocząć wysiłek ku jej wyeliminowaniu. W religii zepsucie jest bowiem najmniej potrzebne! Nous (664) jest też apodyktycznie nadęte, nie znosi dyskusji czy sprzeciwu, nie chce rady ani konsultacji w żadnej sprawie. Skąpstwo i ślepy upór to już drobne przywary do całości.

    Jeśli ktoś chciał wiedzieć w jaki sposób Diabeł może wejść do Świętego Kościoła, to ma w tym eseju kawałek dobrej podpowiedzi od strony religijno-okultystycznej, mało znanej, często ignorowanej, ale bardzo ważnej i wykładanej z matematyczną precyzją portretowania osobonazwy, która może być zrobiona jeszcze bardziej szczegółowo w wielu aspektach. To jest szkic do zapoznania z tematem, dlatego wiele drobnych reguł gematrycznych nie wspominamy, choćby dlatego, żeby do końca nie załamywać wielbicieli słowa „Ksiądz”. Przykładowo, takie liczby poboczne z (664) dające (6+64) i (66+4) w obu wypadkach (70) równe Psyche, pokazują, że osobonazwa „Ksiądz” nie jest generalnie w stanie odróżnić Psychiki od Ducha (Nous) i przeżycia psychiczne bierze za duchowe oraz odwrotnie, nie mogąc nawet rozeznać istnienia Ducha, a co dopiero odróżnić Ducha dobrego od złego. Taka jakość osoby nijak nikogo nie wprowadzi w świat Ducha Świętego chociaż potrafi o tym ładnie gadać. Nie jest jednak zdolna doświadczać. To taki drobny przykład metod psychoanalizy matematycznej, a jest ich dużo więcej. Zachęcam do szukania lepszych określeń i ich rozpowszechniania, tak, aby bramę złego ducha ostatecznie zamknąć. Oczywiście do funkcji „Ksiądz” lgną osobnicy, którzy mają w swych imionach i nazwiskach często coś z tych wibracji i ich pożądają, co czyni środowisko do występowania i napędzania zjawiska. I to tyle Słowa Bożego na każdą Niedzielę!

    Mag Athenor

  • Jednoczenie ofiar kościelnej pedofilii

    Jednoczenie ofiar kościelnej pedofilii

    Papież Benedykt XVI nie udał się do Werony, gdzie 25 września 2010 udał się pierwszy zjazd włoskich ofiar księży pedofilów. Zmyślnie uciekł do Anglii nawracać anglikanów zdegustowanych pederastycznymi biskupami na katolicyzm, gdzie pederastia księży jest jak na razie całkowicie utajniana. Dramatyczne opowieści dorosłych, którzy jako dzieci były ofiarami gwałtów księży pedofilów na Zjeździe Stowarzyszenia Ofiar Księży Pedofilów w Weronie to nie jest to, o czym chciałby pogadać papież pedofilskiego Kościoła.

    Podczas gdy we Włoszech już nawet rusza ujawnianie wielowiekowych pedofilskich skłonności Kościoła katolickiego, w Polsce dręczy się dzieci przymusowym chodzeniem na lekcje religii katolickiej, zbrodniczo przymusowe w skatoliczałych wulgarnie polskich szkołach, które są delegaturami Watykanu niczym średniowieczna inkwizycja. Dzieci mówiące o wsadzaniu im kutasa przez księdza w odbyt są w Polsce zamykane w poprawczakach albo na powstałych w tym celu specjalnych sądowych oddziałach psychiatrii dziecięcej i leczone przymusowo z rzekomej konfabulacji albo schizofrenii. Młodzież po nocy z kutasem księdza w odbycie czy gardle szuka dopalaczy albo ćpa marychę, bo i cóż ma z tym zrobić, skoro nie można jawnie otworzyć poradni dla ofiar gwałconych przez księży pedofilów i zakonnice pedofilki.

    Zjazd zgwałconych przez kościół

    Zjazd ofiar gwałconych przez księży pedofilów zorganizowało Stowarzyszenie La Colpa (Wina),  które od niedawna zrzesza ofiary i rodziny ofiar księży pedofilów  we Włoszech. Pomysł na zorganizowanie spotkania pojawił się już w 2000 roku, ale ofiary długo nie mogły zdobyć się na publiczną odwagę. Podobnie jest w Polsce, gdzie wiele ofiar gwałconych przez księży pedofilów wstydzi się zapisać do Antypedofilskiego Bractwa Himawanti. Dopiero ostatnie wydarzenia w Irlandii, Stanach Zjednoczonych, Australii i Niemczech przekonały je do tego, że także we Włoszech, w cieniu zawsze pedofilskiego Watykanu można przestać milczeć.

    Nie ma odpowiednich słów, aby opisać tragedię ofiar księży pedofilów, osób dorosłych już nawet lekko siwiejących, które po raz pierwszy w życiu spotykają się razem, aby wreszcie opowiedzieć, co im się przydarzyło w dzieciństwie, a co dotychczas ukrywały przed innymi. Obawa, wstyd, ból, strach wymieszany z odwagą i upokorzeniem. Do Werony przyjechało około 100 osób – Ci, którzy znaleźli wreszcie siłę, aby mówić głośno o zboczeniach księży. Wiele ofiar chce nadal zachować anonimowość i swoje doświadczenia opisuje tylko w e-mailach, co jest ze szkodą dla całego światowego Ruchu Ofiar Księży z siedzibą w Polsce.

    We Włoszech pierwsi na odwagę zdobyli się byli uczniowie pedofilsko-kościelnego Instytutu dla Głuchoniemych w Weronie właśnie, gdzie w latach 1950 – 1980 wielu uczniów było gwałconych przez 25 księży z Kongregacji Kompania Maryjna. Był to pierwszy ogólnokrajowy skandal kościelnej pedofilii, który jawnie wybuchł na Półwyspie Apenińskim i nie udało się go jak tysiące innych zamieść po dywan, a ofiar zamknąć w szpitalach psychiatrycznych jako rzekomych schizofreników czy spalić na stosach za tak zwane bluźnierstwo przeciwko pedofilskiemu Kościołowi katolickiemu.

    Gorzkie lody z penisa księdza

    Pan Gianni Bisoli – dziś już dorosły mężczyzna z poważną wadą wymowy, były uczeń pedofilsko-katolickiego Instytutu dla Głuchoniemych opowiadał publicznie o tym, jak jeden z księży katolickich uczących w szkole gwałcił go do 13 roku życia. Wchodził za nim do ubikacji, wywoływał w nocy z sypialni, woził samochodem a potem gwałcił w ustronnym miejscu na tylnym siedzeniu, ruchając brutalnie w otwór odbytowy jak to księża we zwyczaju mają. Cztery razy ksiądz katolicki zawiózł go do biskupa i oddał mu go, aby przewielebny biskup skorzystał z dziecka do dupczenia po katolicku jak widać.

    Jedna z kobiet biorąca udział w spotkaniu wspominała, że ilekroć szła do katolickiej spowiedzi, musiała opowiadać księdzu jak i gdzie drapała się pod spódniczką. W opowieściach wielu pokrzywdzonych powracał nieustannie motyw drobnych podarunków, które musiały zamknąć usta i być łapówką za milczenie: lody, święte obrazki, cukierki…

    Pan Francesco z Padwy opowiadał o tym, że najgorszym aspektem zwyrodniałego molestowania seksualnego przez księży i siostry zakonne jest to, że nie można tego opowiedzieć chorobliwie skatoliczałym rodzicom, gdyż oni nie wierzą i wtedy dziecko czuje się podwójnie pokrzywdzone – jako ofiara gwałtu oskarżona o kłamstwo przeciwko zboczonemu seksualnie księdzu czy biskupowi.

    Wśród listów osób, które nie miały odwagi przyjechać osobiście na zjazd, ale chciały opowiedzieć o swoich doświadczeniach najbardziej bodaj wstrząsająca była historia mężczyzny, który pisał, że do tej pory robi mu się niedobrze, gdy ktoś częstuje go cukierkiem, bo to przywołuje w nim tamte wspomnienia. Napisał również, że wraz z matką był u katolickiego biskupa, aby poskarżyć się na katolickiego księdza pedofila, ale katolicki biskup, widać także pedofil odradził wszelkie donosy ze względu na dobro ofiary będącej dorastającym chłopcem (więc lepiej nie wplątywać je w skandale oraz przez litość dla matki księdza, bo jest starszą osobą… Tak to podstępnie pedofilski kler katolicki najpierw perswaduje i błaga aby nie zgłaszać księdza pedofila organom ścigania, a jak to nie poskutkuje, napuszcza parafian z ambony na całą rodzinę gwałconej ofiary.

    Spisanych jest setki historii, które są jeszcze bardziej dramatyczne. „Od kiedy skończyłem 10 lat byłem gwałcony przez ponad 4 lata bez przerwy. W końcu udało mi się uciec. Jestem nieszczęśliwy. Straciłem pracę, straciłem żonę, utraciłem rodzinę. Kilka razy próbowałem popełnić samobójstwo. Boję się, że również ja mam skłonności pedofilskie. Pomóżcie mi proszę, bo inaczej się zabiję…- mówi Ango z Włoch… Z wielu badań naukowych wynika, że każdy przypadek samobójstwa czy próby samobójstwa dokonany przez dzieci czy młodzież powinien być dokładnie zbadany pod kątem prawdopodobnego molestowania seksualnego i gwałcenia przez pedofila, wobec którego małe dziecko, a nawet młodzież może być bezbronna.

    Potwory w sutannie

    Budującym przykładem wśród ofiar księży są tacy, którzy już dłużej wytrzymać nie mogą i z ofiar gwałconych zmieniają się w detektywów. To przykład Francesca  Znardiego z Savony, który staje się łowcą księży pedofilów i zakonnic lesbujących pedofilek. Archiwum pederastycznych księży pedofilów byłoby na pewno pożyteczne, tym bardziej, że dawna grecka pederastia dzisiaj zwana jest pedofilią, a jest to ciągle to samo zboczenie do młodych chłopców o dziecięcym wyglądzie. Jednym z organizatorów pierwszego zjazdu ofiar księży pedofilów we Włoszech był Salvatore Domolo- były katolicki ksiądz, który oficjalnie ,, ochrzcił” się w 2009 roku. W dzieciństwie także on był ofiarą katolickiego księdza pedofila, a potem sam został katolickim księdzem, widząc w tym pewną tajemnicę duchową, tajemnicę wiary – jak to księża dzieciom wciskają. Kiedy miał jednak pierwsze wyrzuty sumienia i problemy – inny ksiądz, który był jego ojcem duchowym, odprowadzał do psychologa na leżankę i uczestniczył w terapii. To sposób w jaki Kościół sprawuje kontrolę nad tymi, co mają wyrzuty sumienia i rozdarcie moralne z powodu pedofilii kleru i zakonów katolickich.

    Włoski Łowca księży pedofilów – Zanardi odkrył, że don Luciano Massaferro – jeden z najgroźniejszych ludzkich potworów w sutannie (skazany jedynie na 3 lata więzienia), który uciekł do Szwajcarii, teraz wrócił potajemnie do Ligurii. Także znany pedofil w sutannie pochodzenia pakistańskiego – Yousuf Dominic, którego zmuszono do opuszczenia Londynu – ukrywał się w małej parafii w Teksasie, gdzie popełnił kolejne przestępstwa – znalazł w ostatnim czasie gościnę w katolickim Zakonie Ligurskim.

    Sto do pięciu

    Cóż takiego przyniósł pierwszy zjazd ofiar księży pedofilów we Włoszech całemu Ruchowi Ofiar Księży? Przede wszystkim decyzję, aby w tym kraju domagać się  prawdy i sprawiedliwości oraz, aby stworzyć sieć stowarzyszeń ofiar, które będą WSPÓŁPRACOWAĆ ze sobą we Włoszech, Irlandii, USA, Niemczech.

    W Rzymie na 31 października 2010 zwołano  zebranie wszystkich przedstawicieli  stowarzyszeń ofiar pedofilii kościelnej ze świata, aby przypomnieć Watykanowi o jego odpowiedzialności za wszystkie pedofilskie zbrodnie katolickich księży. Także w Weronie ofiary brutalnie gwałcone przez katolickich księży i biskupów domagały się oskarżenia Watykanu i Josepha Ratzingera o pedofilskie zbrodnie przeciwko ludzkości…

    Nie jest to antyklerykalny żart, gdyż również adwokaci włoscy twierdzą, że są ku temu podstawy prawne. Nie chodzi tylko o liczbę popełnionych przez Kościół katolicki pedofilskich zbrodni, ale także o ich skutki…

    Zawsze pedofilski Watykan stara się zmarginalizować sprawę i udowodnić, że tylko niewielki ułamek osób stanu duchownego to pedofile, a kolejny polski Prezydent Komorowski, jedzie do Benedykta XVI, aby szefa tej pedofilskiej mafii pseudoreligijnej zapraszać do Polski dając zielone światło kościelnym pedofilom do masowego bzykania dzieci we wszystkich katolickich parafiach. Poprzez politykę milczenia i tuszowania skandali, jaką prowadziła i faktycznie prowadzi katolicka kongregacja doktryny wiary, zbrodnie powtarzały się i trwały latami dzień w dzień, noc w noc. W sumie zbrodnie katolickich pedofilów trwają już ponad 1600 lat, od czasu jak zboczony seksualnie cesarz Konstantyn wykorzystał pierwotne chrześcijaństwo do stworzenia hydry znanej dziś jako Kościół katolicki. Kiedyś osoby mówiące głośno o pedofilii i zboczeniach sodomicznych wśród księży katolickich były od razu oskarżane o czary lub o bluźnierstwo czy herezję i palone na stosach po długotrwałych torturach.

    Inkwizytorski Papież Ratzinger aka Benedykt XVI pojechał do Londynu, aby przyjąć trochę nowych katolików, którzy odeszli od jawnie pederastycznego kościoła anglikańskiego. Gdyby przyjechał do Werony spotkałby setkę włoskich ofiar księży pedofilów, którzy czekają na przeprosiny, odszkodowania i likwidację pedofilskiej chimery watykańskiej. In Vitro to tylko pedofilska zadyma zboczonego aktywu Kościoła katolickiego, aby odwrócić uwagę ludzi od problemów prawdziwych, takich jak rozrywanie dzieciom odbytnic przez seksualnie niewyżytych pederastów noszących długie sutanny, a zwących się następcami Chrystusa. Jak dotąd brak jednak przesłanek wskazujących na pederastię (pedofilię) u Jezusa Chrystusa czy apostołów.

    Pedofilska prokuratura znów atakuje Ruch Ofiar Księży w Polsce

    W Polsce za to, pedofilsko-katolicka prokuratura okręgowa z Warszawy, znana z ataków na Antypedofilski Ruch Społeczny Himawanti w sierpniu roku 2002 znowu próbuje wszczynać sprawy sądowe przeciwko znanemu i powszechnie szanowanemu terapeucie ofiar księży pedofilów w Polsce, panu Ryszardowi Matuszewskiemu, znanemu też jako „Mohan” „Antykleryk”. Pedofile klerykalni z pedofilskich sekt pokroju Opus Dei, Effatha czy KANA próbują znów swoich skompromitowanych już metod nękania kutasem prokuratora pedofila Piotra Woźniaka i jego pedofilskich kumpli oraz lesbowato-pedofilskich kumpelek z totalnie skompromitowanej usługami dla pedofilskiej mafii z Dworca Centralnego prokuratury okręgowej we Warszawie. Dobrze, że pan Ryszard Matuszewski „Mohan” wyszkolił kilkuset terapeutów zdolnych nieść pomoc osobom gwałconym w dzieciństwie przez katolickich księży pedofilów i zakonnice pedofilki.

    Czas już najwyższy, aby zjednoczyć i umocnić Antypedofilski Ruch Ofiar Księży Pedofilów w Polsce, w tym także Antypedofilski Ruch Społeczny Himawanti. Zapraszamy do wysyłania protestów odpowiedniej rangi, wagi i mocy na adres pedofilskiej prokuratury okręgowej:

    Pedofilska Prokuratura Okręgowa w Warszawie
    Stop pedofilskim zbrodniom prokuratury na Ryszardzie M.
    ul. Chocimska 28, 00-791 Warszawa

    W artykule wykorzystano materiał prasowy:
    Agnieszka Zakrzewicz, Zjednoczenie ofiar pedofilii kościelne; Tygodnik NIE – nr 42.

    Redaktorka portalu: Adila Izabela Tryc

  • Nauka Pedofilskiej Religii – Wspomnienia autobiograficzne

    Nauka Pedofilskiej Religii – Wspomnienia autobiograficzne

    Jeśli chodzi o nauczanie religijnej wiary, to nie zrobił tego żaden katolistyczny, ani protestancki ksiądz, gdyż na lekcje religii do katolickiej sekty nigdy nie uczęszczałem, a to z kilku powodów. Moi rodzice byli zorientowani ku pradawnej kulturze słowiańskiej. Matkę w dzieciństwie księża zgwałcili wielokrotnie w czasie śpiewania w kościelnym chórze jak była nastolatką w rodzinnej wsi koło Kisielic, to miała awersję do klechów i pedofilskiej sekty katolików, acz było to tabu, o którym nie wolno było mówić w mojej rodzinie, aby nie denerwować matki wspomnieniami.

    Ojciec w czasie hitlerowskiej okupacji był w łagrze hitlerowskim w Berlinie i osobiście jako przymusowy robotnik w III Rzeszy zwyrodniałego katolika Adolfa Hitlera, oglądał, jak ówczesny papież Pius błogosławił gestapowskie SS udające się do Polski mordować Naród Polski. Od tego czasu mój ojciec Teofil nigdy już nie wszedł do żadnego katolskiego tak zwanego „Kościoła”, ani nie uczestniczył w żadnej katolistycznej mszy. Ojciec był jednak bardzo zainteresowany w starożytnej, prawowitej kulturze Słowiaństwa.

    Spotkanie z klechą katolickiej, tak zwanej religii, zniechęciło mnie do jakiegokolwiek zainteresowania się tą nachalnie prozelicką sektą i jej dogmatem. Społeczne naciski na uczęszczanie do sekty katolików i na jej katechezy ominęły mnie w pierwszej klasie (1969/70) szkoły podstawowej całkowicie, gdyż pranie mózgu dzieci odbywało się po południu, a lekcje szkolne były rano i musiałbym czekać na ich śmieszne lekcje przez kilka godzin w odległej o cztery kilometry od domu wiejskiej szkole, na wsi jaką był Breńsk w gminie Czarne k/Szczecinka.

    W drugiej klasie szkoły podstawowej sporo chorowałem i tylko do księdza uczącego katolskiej religii nie docierało, że dziecko chore nie będzie do niego specjalnie dojeżdżać, acz ze szkołą państwową nie było problemu, nawet w dobrym socjalistycznie-demokratycznym szpitalu w Człuchowie! Jak już zacząłem ponownie uczęszczać do szkoły, a było to dopiero w maju, to klecha, katecheta, proboszcz z Rzeczenicy, a jakże, zadbał, abym z pomocą ludzi ze wsi został siłą, przemocą doprowadzony na tę jego katolicką pseudoreligię czy też rzekomą katechezę religijną.

    Instynktownie przeczuwałem, że jest to coś demonicznie złego, ciemnego czy potwornego, koszmarne odczucia rodziły się, gdy słyszałem od rodziców, że klecha znów się pluł z ambony, że nie chodzę na te jego religie, gdy byłem chory w szpitalu lub gdy leżałem w domu powalony reumatyzmem.

    Zaciąganie siłą polegało na tym, że ksiądz zrobił religię wyjątkowo po normalnych lekcjach szkolnych, a dzieci z klasy musiały mnie siłą z pomocą katolickich dorosłych przymułów doprowadzić, zaciągnąć siłą w brutalny sposób i przy całym steku wyzwisk katolickich pod moim adresem na tę katolską jego katechezę czy pranie mózgu dzieci. Jak raz ksiądz wykładał wielce uczenie o „miłości chrystusowej”, a tym, co niezbyt uważali, ochoczo przykładał drewnianą laską po tyłku, po rękach, a zdarzało się, że i po plecach czy głowie.

    Dziwiłem się, że wszyscy w klasie boją się potwornie tego gościa w czarnej sukience, cuchnącej smrodliwie z daleka czymś zatęchłym. Niestety byłem trzymany i pilnowany, abym nie mógł uciec przypadkiem, ale trudno mi było pojąć, dlaczego pozostali od razu nie uciekli przed ciemniackim, brutalnym, zwyrodnialcem zadającym ból dosłownie, co chwilę któremuś z pozostałych dzieci.

    Coś mnie wtedy natchnęło, a miałem ledwie osiem lat skończone, aby go zapytać czy ta jego miłość chrystusowa polega na okładaniu kijem słabszych od siebie. Klecha wnerwił się, zasapał, zadyszał i zaczerwienił się. Część zaczęła się śmiać, część coś burczała w stylu, „ale dostaniesz teraz.”

    Powiedział wtedy groźnie: „chodź no tu do mnie”, ale widząc jak srodze bije, wstałem, porwałem tornister i pobiegłem w stronę drzwi. Puszczono mnie, bo pilnujący myśleli, że idę do księdza z tej ich katolskiej, a raczej katowskiej sekty. Splunąłem jeszcze za siebie, warknąłem coś, jakby odganiając zły urok złego czarnoksiężnika. Zresztą czarną, szmatławą sukienkę trudno skojarzyć z czymś innym niźli z czarnym charakterem, czy złym czarnoksiężnikiem.

    Wziąłem w biegu, porwałem mój rowerek, którym dojeżdżałem bite cztery kilometry do wiejskiej szkółki w Breńsku zwanym też Brzęczkiem i ledwie zdołałem umknąć, bo byłem goniony przez resztę klasy i dorosłych, a niektórych wzburzyło, jak można splunąć w stronę czarciego klechy katolickiego. Dziwne, że nie burzyło ich drastyczne bicie ich własnych dzieci i pieprzenie o jakiejś miłości chrystusowej, bardzo dziwne, widać mózgi wyprane katechezą.

    Breńsk to bardzo mała wieś na trasie Czarne – Rzeczenica na Pomorzu. W owych czasach była tam czteroklasowa szkoła podstawowa.

    Jakiś czas miałem spokój, ale proboszcz klechowni nie dał za wygraną, bo niestety zostałem za tydzień ponownie doprowadzony do księżulka katolickiej sekty, przy okazji następnej katechezy, która miała być indywidualna, niejako tylko dla mnie. Ewangelizacja dzieci i młodzieży, jak się to złudnie i pięknie nazywa odbywało się, a jakże, dla mnie bezboleśnie jakimś cudem, acz terrorystycznie, pod doprowadzeniem siłą i strażą!

    Tym razem księżulo watykański kazał mi zostać po lekcji religii, bo rzekomo chciał ze mną porozmawiać, a że był wyjątkowo milutki, więc nie wyczuwałem w tym żadnego czartowskiego podstępu o tyle, że wychodzący z katechezy blokowali drzwi, abym nie mógł uciec z jaskini katolickiej wersji miłości chrystusowej!

    Proboszcz katecheta, gdy zostałem z nim sam na sam na indywidualną katechezę czule mnie przytulił, posadził na kolana, zaczął wycałowywać, ślinić i w końcu rozbierać, zdejmując, a raczej rozpinając swoje i moje spodnie, a silne było chłopisko. Wyjął swego katolickiego kutasa, czyli fiuta i kazał sobie głaskać i ściskać i chciał, aby tę jego śmierdzącą laskę obcałowywać i brać do rączki czule. Obróciłem się wtedy, aby się wyrwać i uciekać, ale próbował mi ściągać spodnie ze slipkami, żeby móc wkładać tego watykańskiego smrodka do mojego otworu odbytowego, a po to przecież mnie obmacywał i rozbierał, abym dowiedział się, jakie jest oprócz rowerowego jeszcze znaczenie słowa pedał.

    W owym wieku słowo „pedał” znane mi było tylko jako część od mojego rowerka, którym dojeżdżałem do szkoły, jednak sytuacja wydawała się zupełnie anormalna i niebezpieczna, obcy się rozbierał i próbował mnie rozbierać. Czułem strach i potrzebę obrony siebie. Szczęśliwie miałem w kieszeni bardzo ostry kozik, scyzoryk, podarowany mi przez mojego starszego brata Romana Matuszewskiego jako prezent dla obrony własnej i bezpieczeństwa na leśnej drodze do szkoły.

    Kozik ten służył wcześniej do kastrowania baranów, czemu miałem się okazję dobrze przyjrzeć, gdyż ojciec był hodował owce i barany w liczbie około 50-70 sztuk rocznie. Oglądanie co robią barany czy psy w gospodarstwie z pomocą części ciała służących prokreacji jest w moim wypadku bardzo dobrą edukacją dla dziecka. Jeszcze bardziej przydatne okazało się oglądanie, jak weterynarz kastruje barany obcinając im jaja. Nigdy dość edukacji i uświadamiania dzieci.

    Przydała się wiedza i dobry nożyk od brata, bardzo ostry do kastrowania w sam raz, bo do tego wcześniej był używany. Obróciłem się, na co klecha się ucieszył, uchwyciłem jajca księżulka w rączkę czule, że aż zajęczał i zasapał dewiant z zachwytu i wyjmując drugą ręką odbezpieczony kozik z kieszeni przyciąłem mu jajca tak, jak się tnie baranie jajca przy kastracji, tyle, że razem z workiem, że krwi bryznęło sporo, a klecha zawył z bólu. I jeszcze fiutka katolickiego proboszczowi przyciąłem, choć był twardy jak stal szwedzka, duży, gruby i sprężysty. Przyciąłem mocno przy nasadzie, co dało pewność, że już się do otworu odbytowego żadnego dziecka nie będzie bydlak watykański nigdy więcej ani wciskał ani nawet próbować.

    Z tak zdobytym trofeum niczym Indianin ze skalpem wybiegłem triumfalnie z lekcji katolickiej religii czy raczej dewianckiego zboczenia, a jak się okazało nikt już pod drzwiami salki katechetycznego gwałcicielstwa na mnie nie czekał, zresztą dobre pół godziny indywidualnej katechezy byłem zaliczyłem próbując pojąć, czym jest sekta rzymskiego katolicyzmu. Klecha poświęcił parę minut na oswajanie dziecka trzymanego na kolanach, zanim wyjął swojego kutasa – po raz ostatni w życiu. Żadna siła nie mogła mnie doprowadzić dobrowolnie na tak zwaną katechezę do parafii sekty katolików rzymskiego zboczenia.

    Wszyscy moi koledzy i koleżanki z wiejskiej szkółki pod przymusem zjadliwej, społecznej presji, wsiunowatego terroryzmu chodzili tam i wielu było dupconych przez klechów, ale siebie od tego katozboczenia wybroniłem. Afera była na całą okolicę, że syn leśniczego księdza uszkodził nożem, a rodzice szczególnie matka, mieli w okolicy pewne nieprzyjemności ze strony parafialnych wspólników i popleczników rzeczonego księdza, czyli dewianta.

    Zboczone klechy próbowały mnie jeszcze uczyć tej swojej miłości chrystusowo-watykańskiej w czwartej klasie szkoły podstawowej w Czarnem i gdy miałem około 16 lat tuż przed wyborem tak zwanego papieża, czyli herszta polskich pedofilów z katolickiej sekty.

    Otarłem się jeszcze o tę tak zwaną „religię” katolicką w klasie czwartej szkoły podstawowej, jednak siostra katechetka nie wzbudziła we mnie zaufania, pomimo najszczerszych starań, gdyż pazerna na „owieczki” katechetka, próbowała zaprzyjaźnić się z moją matką, będącą leśną zielarką. Chodziło jednak w tej obłudzie o pozyskanie baranka do czartowskiej i dewianckiej sekty. Kiedy dowiedziałem się, że sekciara używa często linijki, albo pięści do celów dydaktycznych, to było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie.

    Pomimo, że chodziłem już do innej szkoły, do Gminnej Szkoły Podstawowej w Czarnem k/ Szczecinka i że zmieniła się klesia parafia, którą teraz było owo Czarne k/Szczecinka, spotkanie z klesicą było zawsze pierwsze i ostatnie, oczywiście pod przymusem, bo sekta katolików zdolna jest do najgorszego terroru, aby zdobyć współwyznawcę, omamić dziecko, wyprać mózg, odczłowieczyć. Z leśniczówki dojeżdżałem teraz całe sześć kilometrów autobusem do stolicy gminy w Czarnem i oczywiście do szkoły. Interesowała mnie tam najbardziej dobrze zaopatrzona księgarnia oraz biblioteki, tak szkolna, jak i miejska, bo państwo socjalistyczne dobrze dbało o oświatę dla wszystkich obywateli, a nie o prywatę.

    Razu jednego, gdy byłem w czwartej klasie, część silnych chłopaków z klasy chciała mnie oczywiście na rozkaz katechetki i klechów, doprowadzić siłą na lekcję ichnej religii katolickiej. Wywiązała się z tego niezła szarpanina i bójka. Niestety, takie przekleństwa miotałem na ich kościół, kler i katechetów, że chociaż byłem już obezwładniony i niesiony, a raczej ciągnięty w wiadomym kierunku, to ze wstydu przed owymi soczystymi epitetami, zostałem puszczony wolno. Oczywiście jak na złośliwe katolstwo przystało, po pewnym czasie, bydlaki katolickie ponowiły próbę doprowadzenia siłą w brutalny sposób, o czym będzie już osobny esej, dalsza część przykrych przeżyć z zakonną cieczką watykańskich katechetek.

    Jednakże już wtedy spostrzegłem, że im większy tępak, im bardziej dzieciak ograniczony umysłowo, im bardziej głupkowaty i prymitywnie skłonny do rozboju – tym większy katolik. Nic już tego obrazu katolickiego zbydlęcenia i dewiacji nie zmieniło. Niewątpliwie dzięki takim przeżyciom jestem do dzisiaj i chyba na zawsze gorącym zwolennikiem swobody wyboru religii i wyznania już od najmłodszych lat życia i do bezwzględnego egzekwowania tego prawa w każdym wieku. Odkąd nie pozwoliłem się za pierwszym razem doprowadzić na katechezę sekty katolików, siostra katechetka i jej kumpelka od klas starszych, zaczęły uprawiać propagandę nienawiści pod adresem mojej rodziny. Przejrzałem w ten sposób całą dewiancką, bezczelną obłudę tak zwanych siostrzyczek i kleru.

    Wspomnienie pierwszego księdza – zboczeńca na pewno jest bardzo żywe i wyraziste, podobnie zetknięcie z prymitywnością i brutalnością katolskiego gówniarstwa z tej samej szkoły i klasy. Skutki głupkowatego stosowania przymusu w sprawach wiary, przymusu inkwizycyjnego i niewątpliwie zbrodniczego oddalają od organizacji nawet tak licznej dotąd jak katolicyzm. Już w drugiej klasie szkoły podstawowej modliłem się spontanicznie „o zniknięcie i unicestwienie całej patologicznie zboczonej sekty katolików”.

    Zmniejszająca się od tego czasu liczba klechów i wyznawców na całym świecie dobitnie świadczy o tym, że Bóg jest i modlitwy spełnia, acz stopniowo i powoli, co jest pewnie zasługą i wielu tysięcy innych ofiar, o których stopniowo dowiadywałem się coraz więcej i więcej. Jest to początek moich doświadczeń, ale dalsze jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że katolicyzm to coś obrzydliwego, zboczonego i zbrodniczego, na co można tylko pluć, rzygać i przeklinać jak najbardziej siarczyście.

    W całym biegu życia nic dobrego z rąk czy raczej szponów katolików mnie nigdy nie spotkało. Pewnie dzięki temu poznałem lepiej i głębiej buddyzm, hinduizm, zoroastryzm, islam i religię żydowską, z czego najbardziej głębokim i duchowym okazał się hinduizm, a ściślej wedyjska i śiwaicka duchowość Wschodu, jakże identyczna w swych podobieństwach ze słowiańską kulturą, w której duchu byłem w znacznym stopniu wychowany przez rodziców.

    Przy innej okazji napisze jeszcze o molestowaniu mnie przez księdza pedofila z miejscowości Czarne k/Szczecinka w IV klasie szkoły podstawowej, bo atak katechezo-dewiantek to tylko było małe preludium do dalszych zakusów na otwór odbytowy dziecka, które ni euczęszczało na religię katolicką. A i jeszcze o molestowaniu mnie przez jednego bardziej znanego księdza dewianta w okolicach Zakopanego w 1978 roku, kiedy to już świeżo 15 lat skończyłem.

    Mój zgwałcony wtedy kolega Adam rozpił się później topiąc w alkoholu te przykre wspomnienia i popełnił po tym cyrku dewiacji katolickiej samobójstwo, to wspominam o tym w dowód pamięci tej ofiary księży chorobliwie zboczonych seksualnie. Trudno pisać o takich incydentach, kiedy jeden ksiądz zboczeniec ma się dobrze, jest nawet uwielbiany w pewnych kręgach i potrafi zastraszać inne ofiary, stąd pomijam nazwiska, bo obawiają się o swoje życie w tym fanatycznie talibanowym państewku jakim jest średniowiecznie klerykalna jeszcze Polska RP.

    Powiem tylko zachęcająco, że mówienie głośno wśród znajomych i rodziny, że się miało w życiu „incydent z dobieraniem się przez księdza do otworu odbytowego” powoduje nawet wzrost sympatii, a wielu kolegów i koleżanek też przyznało, że dzięki mnie odważyli się mówić o tym głośno, nawet własne i cudze małe dzieci ostrzegając przed księdzem jako przed społecznym złem.

    Ofiary księży pedofilów! Zacznijcie mówić o tym, co was spotkało bardzo głośno, publikować wspomnienia, a zaczniecie być szanowani i cenieni, acz nie musicie od razu wskazywać nazwiska księdza, jeśli jeszcze żyje, żeby nie narażać się na odwet personalny ze strony pedofila, który może się poczuć urażony, że się mówi o jego zboczeniu i sekcie pedofilskiej w sposób bezceremonialnie krytyczny. Tylko wasze milczenie pozwala istnieć temu imperium pedofilskiego zła jakim jest inkwizycyjny, faszystowski i zboczony katolicyzm, podszywający się z tym wszystkim pod patriotyzm, Naród i Ojczyznę!

    (C) Szczecinek 1980 – Toruń 1994 – Ryszard Matuszewski
    Kontakt z autorem: P.O.Box 247; 44-100 Gliwice; Poland (Polen; Pedofilland)

    (Zezwala się na przedruk publikacji wyłącznie w całości)


    Art. 73 Konstytucji: „Każdemu zapewnia się Wolność twórczości artystycznej!”
    Art. 54.1 Konstytucji: „Każdemu zapewnia się Wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji!”