Brak wpisów w tej kategorii.

Tag: kontemplacja

  • Anioły i Archanioły Boga – Nadzieja Skrzywdzonych

    Anioły i Archanioły Boga – Nadzieja Skrzywdzonych

    Anioły – gr.: Angelos, hebr.: Mala’ch, arab.: Malāk, w sanskr.: Dewa – są kochającymi wysłannikami Boga-Stwórcy przypominającymi nam kim jesteśmy, wskazującymi i pomagającymi w naszej drodze w odkrywaniu naszej bożej istoty, są światłem, które emanuje pokój, miłość i harmonię. Orientalna, wedyjska Bhakti Joga jest powszechnie znaną i praktykowaną metodą duchowego rozwoju anielskich dusz jakie odradzają się na Ziemi! Bóg stworzył anioły z tęczy radości, szczęścia (Ananda) i wiary w nas samych. Prawie każdy doświadczył w swoim życiu obecności aniołów, w postaci snów, opieki, wewnętrznego głosu, uszczypnięcia w policzek lub głaskania po głowie. Pierwotnie, ludzie zostali stworzeni jako boże i doskonałe istoty lecz w czasie swojej ziemskiej wędrówki zapominają o tym. Czasem można poczuć ciepło wokół swoich ramion, ciepło bijące od stóp do głów lub miłość i światło, które Nas nagle otacza. Możemy również usłyszeć głos anioła w postaci słów, śpiewu ptaków lub szumu wiatru, niektórzy słyszą bicie dzwonów. Anioły mówią do nas na tysiące różnych sposobów, często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie nasz anioł usiłuje nam coś powiedzieć. Święci, mistycy i poeci debatowali i oświadczali przez stulecia, jak mogą wyglądać anioły i kiedy możemy je zobaczyć. Dla artystów, bez wątpienia, anioły są widzialne i sposoby ich przedstawienia zmieniały się, tak jak sztuka i społeczeństwo zmieniały się w ciągu wieków. Możemy spotkać obrazy uskrzydlonych istot – mężczyzn, kobiet i zwierząt w wielu kulturach antycznych. Niektóre z tych „protoaniołów” bardziej znane to monumentalne uskrzydlone figury z pałaców asyryjskich, rzymskie uskrzydlone istoty z Pompejów, i w szczególności grecka bogini Nike, reprezentująca kulturę klasyczną. Przez wieki czyniono próby, by ustalić organizację i hierarchię aniołów. W kulturze chrześcijańskiej najczęściej cytuje się dzieło syryjskiego mnicha z V w. n.e., Pseudo-Dionizego Aeropagity „Hierachia niebieska”. W księdze tej wymienia on trzy hierarchie mające po trzy chóry anielskie, coraz mniej znaczące: (1) serafiny, cherubiny i trony (2) panowania, cnoty i potęgi (3) książęta, archanioły i anioły. Pierwsza hierarchia służy i adoruje Boga, druga kontempluje wszechświat a trzecia zajmuje się sprawami ludzi. W tej trzeciej hierarchii anioły książęta czuwają nad narodami, archanioły zajmują się ludźmi w sytuacjach nadzwyczajnych zaś aniołowie funkcjonują jako strażnicy dnia codziennego. Należy uważać, aby w doświadczeniach własnych nie pomylić aniołów z demonami, którzy są subtelnymi wysłannikami krainy zła i mroku wiodącymi ludzi do grzechu narkomanii, pijaństwa, hazardu, mięsożerstwa, kradzieży i wyzysku czy innej pomylonej zbrodni!

    Zanim pierwszy raz przyszliśmy na ten świat, podobno mieszkaliśmy z aniołami w rajskim ogrodzie, ale wiele dusz żyło też w piekłach upadku. Kiedy zapadła decyzja o naszym narodzeniu, Anioł Stróż położył nam palec na ustach, byśmy nie opowiadali o tym, co przeżyliśmy w niebie czy zaświecie. Ślad jego dotyku ma każdy z nas – to podłużne wgłębienie pomiędzy nosem a górną wargą. Tym pięknym baśniowym tekstem pragnę zachęcić was do poznania niesamowitego świata, który nas otacza lecz jego niematerialność jest niewidoczna dla naszych ludzkich zmysłów. Dobry Bóg w swoim niesamowitym dziele stworzenia prócz nas stworzył także anioły. Mają one różne zadania, a jednym z tych zadań jest opieka nad ludźmi i innymi żyjącymi stworzeniami! Chrześcijaństwo swój podział istot anielskich oparło w dużej mierze na ezoterycznej tradycji judaizmu. Dzieli ono anioły na trzy hierarchie i dziewięć chórów anielskich:

    I. Trony, Cherubiny, Serafiny;
    II. Panowania, Zwierzchności, Moce (Potęgi);
    III. Księstwa, Archaniołowie, Aniołowie!

    W wieku atomowym, kiedy świat zewnętrzny zajmuje całą uwagę ludzkości, nie można zapominać o innym świecie, o wiele cudowniejszym od materialnego – o niewidzialnym świecie aniołów Boga. Jego poznanie i współżycie z nim musi iść w parze z ogólnym rozwojem, o ile człowiek ma zachować swoją godność i spełnić swe przeznaczenie. Obowiązek ten jest tym ważniejszy, że pośród duchów niebieskich żyjemy i do wiecznego z nimi obcowania ostatecznie zdążamy. Niektórzy z nich, Aniołowie Stróże, Strażnicy, są naszymi najlepszymi i nieodłącznymi towarzyszami ziemskiej pielgrzymki. Podczas ziemskiej pielgrzymki człowieka Anioł Stróż jest zawsze przy nim i nigdy od niego nie odchodzi. Bowiem Anioł ten otrzymał od Boga misję wypełniania planów Opatrzności wobec człowieka, rodziny, plemienia czy narodu. Jak długo żyje człowiek na Ziemi, tak długo trwa realizacja tych planów i tak długo musi być przy nim Anioł Stróż, który czuwa z wyższej sfery bytu. To prawda, że Strażnik nie zawsze zapobiega nieszczęściom i cierpieniom, nie zawsze nie dopuszcza do popełnienia grzechu, nie zawsze uzdrawia, ale to z uwagi na Karman skutków czynów, słów i myśli jakiego doświadczają ludzie. Nie jest to jednak równoznaczne z porzuceniem człowieka przez jego anioła. Jeśli zaś Pisma Święte mówią o opuszczeniu kogoś przez aniołów (Jr.51,9), należy przez to rozumieć, że nie zapobiegli oni spadającym na człowieka nieszczęściom. Mistycy dzielą dobrodziejstwa świadczone ludziom przez Aniołów Stróżów na dwie główne grupy: jedne odnoszą się do ciała i spraw doczesnych, a drugie do duszy i jej zbawienia. Zanoszą nasze modły do wyższych Hierarchii, a nawet do Boga i wstawiając się za nami, przyczyniają się do naszego zbawienia i wyzwolenia. Są nam pomocni szczególnie w godzinie choroby, trudności czy śmierci i walczą o to, abyśmy zeszli z tego świata w stanie łaski i błogosławieństwa. Po śmierci ciała święte dusze Anioły Śmierci prowadzą do nieba, a te, które czeka jeszcze pokuta – do piekielnego czyśćca, gdzie je odwiedzają i pocieszają. Tak zwany czyściec to lżejsza sfera Piekieł!

    Anioł według większości wielkich religii, w których to pojęcie występuje, jest to świetlisty byt duchowy, który służy Bogu, i na różne sposoby wspiera jego działania. Wyraz ten przeniknął do polszczyzny z języka czeskiego, który zawdzięcza go najprawdopodobniej misji Cyryla i Metodego. Pierwotnie pochodzi on od greckiego słowa ἄγγἄελος (ángelos, według wymowy bizantyjskiej ánhielos), oznaczającego oryginalnie „posłaniec”. W biblijnym Starym Testamencie analogiczne byty duchowe są nazywane w języku hebrajskim מלאך, mal’ach – co również znaczy „posłaniec”, ale o królewskim charakterze bądź królewskiej natury. Wspaniałe wyobrażenia aniołów istniały w starożytnym Egipcie i Babilonii, a także w Indii i Persji. W religiach tych cywilizacji były wspominane całe zastępy wzniosłych duchów i istot, będących pośrednikami między bogami a człowiekiem. Często przedstawiano je jako uskrzydlone zwierzęta z ludzkimi twarzami. Starożytnym aniołom przypisywano pewien rodzaj cielesności, co znajduje potwierdzenie w apokryficznej Księdze Henocha (Enocha). Anioły tam występujące płodziły dzieci, odczuwały głód i pragnienie. W czasach nowożytnych do tej koncepcji aniołów nawiązywał żydowski mistyk Emanuel Swedenborg.

    Aniołowie często występują w historiach opisanych w Starym Testamencie (Rdz. 3, 24; księgi prorockie).Biblia nie mówi jednak wiele o naturze i rodzajach tych bytów, gdyż jest to wiedza ezoteryczna odpowiednia dla dzieł wtajemniczonych mistyków takich jak indyjscy jogini czy żydowscy Zuf. Więcej informacji na ten temat można znaleźć w pismach kabalistycznych oraz w apokryfach. Chrześcijaństwo przejęło wiarę w anioły z judaizmu czyli z religii semickiej (kaszmirskiej). W pierwszych wiekach wśród Ojców Kościoła istniały pewne spory co do natury aniołów. Grzegorz z Nazjansu, Jan z Damaszku czy Bazyli Wielki wyobrażali anioły jako istoty eteryczno-ogniste. Jeszcze na Soborze Nicejskim II w 787r. przypisywano aniołom subtelne ciała. Według Tomasza z Akwinu i teologii katolickiej anioły to duchy mające wolną wolę, ale nie mające ciała, a sama nazwa „anioł” nie oznacza natury lecz funkcję, co jest pewnym pomyleniem pojęć. W rzeczywistości anioły mają subtelne ciała z boskiego światła i tym różnią się od demonów o ciałach z Ognia (Dżinów) czy złych duchów (Diabłów, Szed) pozbawionych ciał przez Boga za karę! Anioły pełnią również ważną rolę w islamie, który jest mistyczną kompilacją religii żydowskiej i chrześcijańskiej dokonaną mocą objawienia anioła Gabriela. Wiara w anioły stanowi element nauczania tej wielkiej i u swego początku reformatorskiej religii. W islamie twierdzi się, że anioły zostały stworzone przez Boga ze Światła ognia, przebywają w Niebiosach, a głównym ich zadaniem jest służba dla swego stwórcy i władcy jakim jest Bóg (Allah, Elohim). Pełnią także funkcję posłańców, chronią ludzi oraz spisują wszystkie ich uczynki, karają ludzi, prowadzą dusze w zaświaty. Koran (Święta Księga) został podyktowany Muhammadowi (Mahometowi) przez anioła Gabriela (arab. Dżibrila). W mistyce islamu wymienia się przede wszystkim Dżibrila, Malika (strażnika ogni piekielnych), Izra’ila (anioła śmierci), Nakira i Munkara, Haruta i Maruta, Mika’ila i Azrafaela. Jedyny przywódczy anioł, który odmówił Bogu posłuszeństwa to Iblis, zwany też Szatanem, pociągając pomniejsze anielskie byty do upadku i powstania piekła.

    Anioły w Biblii

    • Są istotami duchowymi nadrzędnymi względem ludzi — Ps 8, 6; Hbr 2, 7,
    • Stworzeni przed człowiekiem — Hi 38, 4-7,
    • Nie żenią się, ani za mąż nie wychodzą — Mk 12, 25,
    • Jest ich ogromna liczba — Ps 68, 18; Mt 24, 31; Hbr 12, 22; Ap 5, 11,
    • Nie trzeba ich wielbić (choć można), ale trzeba słuchać — Kol 2, 18-19; Ap 19, 10; 22, 8-9;
    • Służą ludziom pomocą i radą oraz opieką Hbr 1, 14; i ich ochraniają Ps 34, 8,
    • Służyli Jezusowi jako prorokowi Boga Mt 4, 11; Mk 1, 13; Łk 22, 43,
    • Część z nich upadła stając się demonami Jud 6; 2P 2, 4; i służy szatanowi Ap 12, 9; Mt 25, 41.

    Według wizji świętego proroka Daniela (Dn.10) Archanioł Michał – Anioł Stróż narodu żydowskiego – wstawia się razem z Archaniołem Gabrielem za Żydami i prosi o uwolnienie ich z niewoli perskiej. Przeciw temu występują Aniołowie Stróże Persów i Greków i proszą Boga, by Żydzi nadal pozostali w niewoli. Wnosimy z tego, że wszystkie narody mają swoich Aniołów Stróżów, którzy pragną dla nich dobra i o to dobro proszą Boga, ale też niesforny i zły naród bywa surowo ukarany. Uwolnienie z niewoli perskiej było dobrodziejstwem dla Żydów, ale dla Persów było niekorzystne. Pozorna sprzeczka aniołów nie dowodzi tego, że sprzeciwiają się woli Bożej, ale tego, że nie znają Boskich zamiarów wobec poszczególnych narodów. Na innym miejscu Pismo Święte równie wyraźnie mówi o Aniele Stróżu Jerozolimy i miast Judei, który błagał Pana Boga o litość dla nich: „Jahwe Zastępów, czy długo jeszcze nie przebaczysz Jerozolimie i miastom Judy, na które gniewasz się już lat siedemdziesiąt?” (Za. 1,12). Mistycy wyprowadzają wniosek, że jeśli wspomnianym państwom, narodom i miastom byli dani Aniołowie Stróże, trzeba przyjąć, że są dani i innym, gdyż Opatrzność Boża na wszystkich się rozciąga, a anioły są niewidzialnym rządem Boga nad Ziemią i ludzkością. Cały światek katolicki zna historię pojawienia się Anioła Stróża Portugalii w 1916 roku w wiosce Fatimie. Praktykując wiarę w Aniołów Stróżów społeczności, święci i pobożni ludzie czczą, pozdrawiają i wzywają ich pomocy. Mistyk, błogosławiony O. Piotr Faber, kiedy zbliżał się do jakiejś miejscowości oddawał cześć najpierw jej Aniołowi Stróżowi, a następnie modlił się, aby wyjednał mu przychylne przyjęcie i otworzył drogę do serc ludzkich. Czcząc wielkich aniołów stworzonych ze Światła Bożego nie należy zapominać o Bogu!

    Rodzaje aniołów (dewów)

    Podział aniołów na chóry i hierarchie oraz sfery nie jest prosty i można spotkać się z różnymi podziałami zależnie od stopnia wglądu mistyka w tę subtelną dziedzinę wiedzy. Jednym z nich jest podział na cztery chóry z trzema hierarchiami każden, inny podział to trzy sfery z trzema hierarchiami każda. Popularnym jest sposób sklasyfikowania aniołów w dziewięciu chórach i trzech hierarchiach, wybiegający poza dane biblijne, a upowszechniony przez Dionizego Pseudo-Areopagitę, nieznanego z imienia pisarza chrześcijańskiego z końca V lub początku VI wieku. Jego dziewięć chórów anielskich było podzielonych na trzy grupy po trzy chóry: Serafini, Cherubini i Trony; Panowania, Moce i Potęgi; Zwierzchności, Archaniołowie i Aniołowie. Ogólnie warto trzymać się dziewięciu hierarchii, jednak ich kolejność nie zawsze jest poprawna jeśli chodzi o rzymskich teologów.

    Pierwsza Hierarchia to anioły kontemplacji. Należą do niego trzy chóry Serafiny, Cherubiny i Trony, przy czym Trony są najważniejsze po Bogu bo to anioły zasiadające na Tronach razem z Bogiem, sądzące światy i rządzące w Imieniu Boga. Anioły te posiadają najgłębszą znajomość, wiedzę o Boskości i moc odpowiednią do stanowienia Dworu Boga. Druga Hierarchia to anioły kosmosu czy wszechświata, które zarządzają całym kosmosem, jak i każdą gwiazdą oraz planetą. Słyną ze swej mocy i potęgi, a do tej Hierarchii zaliczamy chóry Panowań, Moce i Zwierzchności. Trzecia Hierarchia to anioły opiekuńcze świata przejawionego, które są najbardziej zaangażowane w sprawy ludzi i są największymi przyjaciółmi ludzi, roślin i zwierząt. Do tej Hierarchii zaliczają się Księstwa, Archanioły i Anioły. W interpretacjach rozmaitych biblistów liczba porządków niebiańskich (chórów) waha się od 7 do 11. Ostatecznie jednak zostały one uporządkowane w trzech triadach zwanych Hierarchiami:

    Trony – przynoszą sprawiedliwość Boga, wyróżniają się posłuszeństwem (zwane są także Rydwanami lub Kołami)
    Cherubiny – strażnicy gwiazd stałych, niebiańscy kronikarze, dawcy wiedzy, górują miłością nad innymi chórami
    Serafiny – Anioły miłości, światła i ognia, pełne wiedzy bożej
    Panowania (Dominacje) – regulują anielskie obowiązki, przez nie manifestuje się Majestat Boga
    Zwierzchności, Cnoty – czynią cuda na ziemi, obdarzają wdziękiem i męstwem
    Moce (Władze, Potęgi) – powstrzymują wysiłki demonów, które chcą zniszczyć świat, przypisuje się im moc czynienia cudów
    Książęta – ochraniają religię, kierują państwami i narodami
    Archanioły – spełniają najważniejsze zadania
    Anioły – opiekunowie ludzi i wszystkich rzeczy materialnych;

    Anioły w chrześcijaństwie, judaizmie czy islamie mają one dwie główne funkcje: gloryfikującą – wysławiają chwałę i wspaniałość Boga (Brahman, Allah, Śiva) oraz pośredniczącą – są posłańcami Boga, opiekunami powierzonych im osób, zanoszą ludzkie modlitwy przed oblicze Boga, oznajmiają ludziom Jego wolę, pomagają podjąć właściwą decyzję. W Apokalipsie św. Jana anioły wymierzają kary spadające na ludzkość. W biblijnej Księdze Rodzaju cheruby strzegą wejścia do rajskiego ogrodu Eden, dzierżąc miecze wirujące, którymi odganiają złe demony.

    Pragniemy opisać wszystko co jest nam dostępne o Aniołach, Dewach. Chcielibyśmy przedstawić te wspaniałe Istoty jako najwspanialsze dzieło Boga, Brahmana, pomagające wszystkim istotom, które, je o to poproszą, a także jako opiekunów, strażników i przyjaciół człowieka oraz przyrody. Słowo Anioł pochodzi z greckiego słowa „Angelos” czyli „Posłaniec” lub „Pośrednik” między Bogiem a ludźmi. Anioły czyli Dewy nie posiadają Ciała fizycznego, gdyż są Istotami Świetlistymi, mają ciała z czystego Światła Niebios lecz w pewnych okolicznościach mogą przyjąć różne formy jak krzak gorejący, blask światła, głos Boga, postać człowieka lub zwierząt. Anioły, Dewy obdarzone są ponadprzeciętną inteligencją, wielką siłą oraz bezwarunkową miłością. Dewy, Anioły są niebiańskimi dziećmi Boga, pierwszymi stworzonymi bytami, które pomagały Stwórcy w czasie tworzenia Wszechświata, jest ich niezliczona ilość, nigdy ich nie zabraknie, gdyż Bóg może zwiększać ich ilość by mogły spełniać nowe zadania. Spełniają różne zadania, lecz metoda jest jednaka – kochać i służyć wszystkim dobrym istotom bez wyjątku, prowadząc i pomagając w drodze do wykonania zadań jakie dobrym bytom wyznaczono jako ich życiową Misję, a także nauczyć ludzi tu na ziemi bezwarunkowej miłości i służby dla świętych, mistrzów i proroków oraz ruchów duchowych boskiego pochodzenia. Anioły, Dewy są wszędzie i pomagają ludziom dobrym we wszystkim jeżeli je tylko poprosimy, gdyż nie mogą się przeciwstawiać swojej misji i duchowemu powołaniu przez Boga. Każdy ma swojego Anioła Stróża czasami dwóch lub więcej, gdyż normalnie wystarczy jeden do zapisywania dobrych czynów, słów i myśli, jednak źli mają dodatkowe Anioła Kary, który zapisuje wszelkie złe, niegodziwe czyny, myśli i słowa oraz stosownie do nich w odpowiednim czasie zsyła kary i plagi zwane złym Karmanem. Dewy, Anioły są częścią połączone z głębią naszej Duszy, Atma-Puruszy i w zasadzie można je prosić o wszystko, chociaż czynienie innym szkody bez powodu spotka się ze zwrotem karmicznym.

    We wczesnym chrześcijaństwie, a także w czasach przedchrześcijańskich, określenia anioł i demon były używane jako terminy przeciwstawne i tak należy je rozumieć. Wynikało to z historii stworzenia aniołów i demonów, o czym uczy chociażby Prorok Henoch (Enoch). Ponieważ obecnie niezbyt wyraźnie rozdzielamy te dwa pojęcia, wielu ludzi zostaje wprowadzonych w błąd uważając demony (hebr. Szed) za coś dobrego czy pozytywnego. Każdy Anioł, każdy Dew jest synonimem świętości, czystości i bezgrzeszności oraz bezinteresownej służby Bogu. Wyobrażamy go sobie przede wszystkim jako posłańca Boga, który pośredniczy mu w kontaktach z ludźmi i innymi samoświadomymi stworzeniami. Anioły pomagają nam również w trudnych sytuacjach, ochraniają i dbają o nas. Anioł jest symbolem doskonałości moralnej, wiedzy, mądrości, prawdy i kojarzy się ze światłem i radością Boża. Natomiast demon kojarzy się z czymś złym i strasznym, z wszelką niegodziwością i zwiedzeniem prowadzącym do pomieszanych, iluzorycznych poglądów czy halucynacji narkotycznej. Demony, Asury są skrajnym przeciwieństwem aniołów, dewów. Jednakże mało kto się zastanawia, że demony najpierw były aniołami, ale uległy skorumpowaniu i degeneracji doprowadzając siebie samych do upadku w ciemny mrok i znacznej utraty pierwotnej magicznej boskiej Mocy. Demony, Asury nie są już aniołami ani nawet pół-aniołami, bo straciły większość swoich nadprzyrodzonych możliwości, które współdzieliły z Bogiem, Brahmanem, albowiem już nie służą Bogu, a występują po stronie diabła, kusząc niższe stworzenia takie jak rodzaj ludzki. Jest to podstawa chrześcijańskiego, żydowskiego, a także muzułmańskiego i hinduistycznego stosunku do aniołów, dewów.

    Wiara w aniołów Boga, (Allah, Elohim) jest bardzo ważna dla muzułmanów i nazywana jest drugim dogmatem wiary w Koranie. Według świętego pisma islamu aniołowie zostali stworzeni z boskiego światła (Nur), lub jak niektórzy mówią ze światła boskiego ognia, w przeciwieństwie do ludzi, którzy powstali z zaschniętej grudki gliny, czyli materii Ziemi. Czas stworzenia aniołów nie jest dokładnie podany w Koranie, jednak na podstawie niektórych tekstów koranicznych można zakładać, że aniołowie zostali stworzeni wcześniej niż człowiek. W jednym z takich tekstów Dobry Bóg – Allah mówi aniołom, że będzie miał zastępcę na ziemi (2:30), czyli człowieka. Aniołowie nie mają ciała i są niewidoczni dla istot grzesznych, acz jedynymi istotami na ziemi, które potrafią widzieć anioła są zwierzęta, chociaż też nie wszystkie, a tylko te o wysokiej samoświadomości. Abu Hurajra napisał, że Prorok mu powiedział: „Jeśli słyszycie śpiew koguta, proście o błogosławienie Allaha, ponieważ on (kogut) widzi anioła.” W Koranie opowiada się także o tym, jak aniołowie wyglądają, kiedy przychodzą z objawieniem czy z jakimś zadaniem od Boga. Aniołowie generalnie nie są podobni do ludzi chociaż czasami ze względu na sytuację przyjmują ich oblicze, są ogromni i mogą mieć nawet kilkaset skrzydeł (35:1). Koran mówi, że istnieją aniołowie płci żeńskiej (43:19), czyli Anielice. Niemniej historia o Harucie i Marucie (2:102) – aniołach, którzy wysłani przez Boga na ziemię by nauczać ludzi, uwiedli kobietę, świadczy o tym, że aniołowie są płci męskiej i dla boskich celów mogą wykonywać zadania trudne do oceny przez ludzi!

    Funkcje aniołów

    Aniołowie wykonują różne funkcje służąc Bogu. W islamie anioły, malaki są czymś więcej niż posłańcami, chociaż to pojęcie również leży tam u źródeł koncepcji anioła. W Koranie określa się je mianem sług Boga (43:19). W niebie ich zadaniem jest ochranianie niebiańskich murów przed podsłuchującymi demonami czyli dżinami i szatanami. Ale przede wszystkim aniołowie nieustannie głoszą chwałę Bogu (21:19-20; 66:6) intonując i śpiewając przecudnie piękne i porywające serca pieśni duchowe. Grupa aniołów Uwielbienia (Bhakti) nazywa się „Mukarrabun”. Głoszą chwałę Bogu i ciągle powtarzają jego święte imiona, których islam wyróżnia 99 oprócz imienia ALLAH, które oznacza po prostu BÓG. Na ziemi zadaniem aniołów jest ochranianie ludzi przed demonami oraz pouczanie. Znajdują się z prawej i z lewej strony człowieka (50:17-18) lub z tyłu (13:11). Ten, który idzie z prawej strony zapisuje dobre uczynki człowieka (ich wartość u świętych zostanie zdziesięciokrotniona), a ten, który z lewej – złe. Kiedy człowiek popełni coś złego, anioł z prawej strony usiłuje opóźnić zapisanie tego uczynku przez anioła z lewej, powołując się na możliwość skruchy winnego i przebaczenia ze strony Boga. Ci aniołowie są nazywani „Hafaza”. Gdyby nie ci aniołowie, muzułmanie(wierzący w Boga) byliby cały czas narażeni na ataki demonów. Stąd w pozakoranicznej mistycznej tradycji muzułmańskiej biorą się postacie Nakira i Munkira. Co więcej, aniołowie wspierają ludzi w trudnych sytuacjach (66:4).

    Obok strzeżenia i wspierania ludzi, anioły mają na ziemi obowiązek spisywania ludzkich uczynków do księgi, która następnie zostanie przedstawiona podczas Sądu Ostatecznego (82:10-12; 50:17-18). Wykonują to zadanie aniołowie, którzy nazywani są „Kiramun katibin”, a w tradycji wedyjskiej są to Lipika Dewa. Ta grupa aniołów umie czytać ludzkie myślo-emocje i zapisuje uczynki zarówno popełnione jak i jeszcze nie popełnione ale planowane czy wymyślane. W innym fragmencie mówi się jednak, że to nie aniołowie, lecz sam Bóg spisuje uczynki (21:94), jednak chodzi o to, że anioły działają w zjednoczeniu z Bogiem jako jego kosmiczne oczy i uszy. Ponieważ anioły pilnują ludzkości, nazywa się ich strażnikami lub opiekunami ludzkości i stworzeń. Część aniołów, na których czele stoi Azrail (Izra’il), zajmuje się zabieraniem duszy zmarłych, w godzinie śmierci na Sąd Boży. Nazywają ich „Malaika al-maut”. Dwóch aniołów – Munkar i Nakir – przychodzi do zmarłych i zadaje im pytania na temat ich Boga, Proroka i religii. Ale przychodząc do ludzi nie zawsze mają ten sam wygląd. Przed grzesznikami przyjmują straszną postać: absolutnie czarni ze świecącymi się oczyma, dużego wzrostu i zadają głośne pytania, a ludzie często myślą, że to Głos Sumienia. Anioły Śmierci do ludzi wierzących przychodzą jako przyjaciele, zadając życzliwe pytania, wspierając i czyniąc proces śmierci całkiem przyjemnym. Anioł śmierci mężczyznom pokazuje się jako bliska i pożądana kobieta, a kobietom jawi się jako idealny mężczyzna, aby dusza chętnie i bez strachu opuściła ciało fizyczne!

    Istnieje 19 aniołów dowódców, którzy mają za zadanie służyć w piekle jako nadzorcy Kar Bożych i nazywani są „Zabani”. Anieli ci wysocy i bardzo okrutni, a ich przywódcą tych aniołów jest Malik, Król (Radźa), który jest wyznaczony przez Allaha i nazywany jest światłem i stróżem piekła. W tradycji wedyjskiej ten Anioł Stróż Piekieł i Śmierci zwany jest Dharmaradżą, Królem Dharmy! Jednym z zadań aniołów, jako sług Boga, będzie pomoc mu podczas Sądu Ostatecznego, kiedy to Osiem Aniołów (Trony) będzie dźwigać Tron Boga (69:17). Inni będą otwierać księgi z zapisanymi uczynkami ludzi i wykonywać wyroki Boga na niegodziwych zatraceńcach i dewiantach (41:30-32; 16:28). Oprócz wymienionych funkcji aniołowie wykonują polecenia Boga na ziemi jako jego żołnierze bądź wywiadowcy. Są historie, według których aniołowie uczestniczą w bitwach, o ile jedna ze stron działa w słusznej sprawie. Jednakże nie przedstawiają w nich swojego prawdziwego oblicza, a przyjmują postać różnorodnych zwierząt. Na przykład ptaki ababil, które obrzuciły kamieniami wojowników Brahy, niewątpliwie są aniołami. Pewien werset mówi: „Do Boga należą wojska niebios i ziemi”( 57:7).

    Główni aniołowie, dewy

    W Koranie wymienia się niewiele imion aniołów. Dopiero w muzułmańskich rozważaniach o aniołach, w muzułmańskiej angelologii sufich, wymienia się sporą ich liczbę. Głównymi aniołami są Dżibril (Gabriel), Israfil, Mikail (Michał) oraz Azrail (Izra’il). Mają one przywilej noszenia tronu Boga i pełnią także funkcję pośredników kontaktujących się z prorokami. Spośród nich najważniejszym jest Dżibril (Gabriel), gdyż przenosi ludziom Boże objawienia. W Koranie opisana jest głównie jego rola w życiu Proroka Muhammada (Mahometa). Przekazywał on Prorokowi Koran (Księgę, Pismo Święte), najpierw w częściach, a potem, podczas Ramadanu, cały tekst. Dżibril dbał i nauczał Świętego Proroka Mahometa, pomagał mu w działaniach wojennych i dyskusjach religijnych. Archanioł Gabriel pomagał także wielu innym znanym prorokom i często jest źródłem częściowego, tak zwanego prywatnego objawienia. Czasami opisuje się Gabriela jako istotę dużego wzrostu z nogami na ziemi, a głową „w chmurach”. Odgrywa znaczącą rolę w muzułmańskiej boskiej magii i alchemii, jego imię razem z imionami innych trzech aniołów pisane jest na ramionach kwadratów magicznych. Israfil – to anioł o czterech skrzydłach rozciągających się na cztery strony świata, który zadmie w trąby w dniu Sądu Ostatecznego. Israfil cały czas znajduje się przy ogromnej trąbie, przypominającej róg, żeby zatrąbić w dzień, kiedy przyjdzie czas na Sąd Ostateczny. Innym jego zadaniem są bardzo zaawansowane i głębokie objawienia mistyczne. To właśnie Israfil przyniósł Prorokowi Muhammadowi (Mahometowi) pierwsze natchnienie i na trzy lata związał się z nim nierozdzielnie jako anioł który wciela się we wróżbitę i w poetę. Israfil również odczytuje decyzje Allaha (Stwórcy) co do losu poszczególnych ludzi i przekazuje je innym aniołom do wykonania. Opisany jest jako ogromna istota: jego nogi są na niższych warstwach ziemi, a głowa obok tronu Allacha, ma dwie pary skrzydeł, a ciało całe we włosach, ustach i językach. Trzy razy dziennie i trzy razy w ciągu nocy zagląda on do piekieł i płacze ze smutku oraz współczucia próbując znaleźć jakąś duszę godną wyzwolenia, wybawienia ze światów piekielnych. Dla ludzi tej Ziemi te trzy pory to świt, południe i zmierzch każdego dnia!

    Następny wielki anioł Mikail (Michał, Michael) jest olbrzymem, a cała ziemia i niebo znajdują się w jego ustach. Michael także ma za zadanie zarządzać wiatrem i deszczem, pojąc stworzenia i dając im deszcz lub karając narody suszą czy powodzią. W Koranie opisuje się go razem z Dżibrilem, jako anioła, który będzie karał tych, którzy są nieprzyjaźni Allahowi, jego posłańcom (świętym i prorokom) i aniołom. Azrail (Izra’il) – anioł śmierci – oddziela po śmierci duszę człowieka od jego ciała, oczywiście z pomocą swoich rozlicznych podwładnych w każdej okolicy Ziemi. Jest on jednym z najbardziej bliskich Bogu aniołów przynależąc do ścisłego, tronowego Dworu Allah. Tradycja mówi, że: „Izra’il, jak istota o rozmiarach kosmicznych, siedzi na łożu ze światła, ma cztery twarze, cztery tysiące skrzydeł, a jego ciało składa się z oczu i języków, których ilość równa się liczbie ludzi żyjących na ziemi.” Uważa się, że najpierw był on jednym z głównych aniołów. Przed stworzeniem Adama Bóg polecił aniołom przynieść mu glinę z różnych miejsc na ziemi. Ziemia się sprzeciwiła i Dżibril, Mikail i Israfil nie potrafili wziąć ani kawałka, natomiast Azrail przyniósł Bogu kawałek gliny. Za swoją surowość w wykonywaniu poleceń Boga i respektowaniu Jego przykazań został aniołem śmierci. Gdy człowiek ma umrzeć, z drzewa rosnącego przed tronem Boga zrywa się liść i spada na jego imię. W ciągu 40 dni dusza tego człowieka musi być oddzielona od ciała, stąd oznaki śmierci widoczne są już na 6 tygodni przed zgonem. Jeśli zaś człowiek nie chce umrzeć dobrowolnie, Azrail przesyła mu rajskie jabłko z napisem: „W imię Boga miłosiernego, litościwego”, i wtedy śmierć następuje nieodwołalnie, gdyż Azrail wyrywa dusze z ciała. I robi to bardzo okrutnie, jeśli umierający jest grzesznikiem, złym czarodziejem lub czarnym magiem. Dlatego niegodziwi w ocenie Boga i Aniołów najczęściej umierają strasznie cierpiąc, natomiast ludziom szczerze wierzącym pozwala odejść delikatnie i bezboleśnie.

    METATRON – EL MORYA

    Metatron jest jedynym Wielkim Aniołem w granicach niebieskiej sfery, który był raz człowiekiem, i to Prorokiem Boga. Metatron był znany jako Enoch (Henoch) i był siódmym patriarchą po Adamie. Jest napisane, że był tym, który „chodził z Bogiem” i został wprowadzony do nieba gdzie stał się Archaniołem, a raczej Tronem. Metatron jest też znany jako Pierwszy i Ostatni Archanioł i nosi różne nazwy: Kanclerz Nieba, Anioł Konwencji i Król Aniołów, El Morya, Jahve Katan (Zastępca Boga), Himavant. Jego niebieska funkcja polega na zarejestrowaniu wszystkich naszych czynów w Księdze Życia, a raczej jest to najwyższa instancja Sądu Bożego. Jego potencjał podtrzymuje ludzkie życie i czyny jak most między Boskością i rodzajem ludzkim. Możemy szukać u Metatrona, El Morya porady i pomocy w znajdowaniu właściwej miary dla każdego działania, jakie wnosimy w życie. Jeśli korzystamy z Jego, El Morya pomocy znajdujemy środek równowagi między tym, co dajemy i tym, co zatrzymujemy dla siebie. Metatron umożliwia utrzymanie dobrze zdefiniowanych granic i jasnego postrzegania, tak koniecznych, jeśli nasz potencjał ma osiągnąć spełnienie w granicach świata formy. Metatron pomaga odnaleźć właściwą miarę w miłości, pracy i odpoczynku tak, że żyjemy zachowując równowagę, zdrowe życie, harmonię i spokój. Jest świadkiem Twoich dobrych uczynków, być może owocnych aktów miłości i przyjaźni nie dostrzeganych przez innych. Może też pomagać nam, kiedy włożyliśmy dużo wysiłku i bardzo trudzimy się nad jakąś czynnością, cokolwiek to jest: próba stworzenia przyjacielskich relacji w pracy, zrzucenie wagi, lub porzucanie uzależniającego lub szkodliwego zwyczaju – nałogu, dawanie z siebie wszystkiego w zespołowym z innymi działaniu. Możemy modlić do Archanioła Metatrona, aby prowadził nasze wysiłki i pomagał znaleźć prawdziwą miarę dla naszej produkcji i działalności. Możemy prosić Metatrona w naszej medytacji, aby pomógł nam w domowych sytuacjach rozpoznać, kiedy „dość” oznacza naprawdę „dość”, a kiedy musimy zrobić więcej dla siebie lub dla innych. Na Wschodzie uważa się, że Metatron, El Morya jest wielką duszą ucieleśniającą Himavant, najwyższe góry Dachu Świata i jako Anioł opiekuje się całą himalajska przyrodą! Metatron czyli Prorok Henoch jest patronem Ekologii!

    ARCHANIOŁ URIEL

    Uriel, którego imię znaczy: „Światło Boga”, jest Aniołem, przynoszącym rodzajowi ludzkiemu poznanie i zrozumienie Ducha Bożego. Jest najbardziej promiennym Archaniołem i został przedstawiony jako schodzący z nieba na ognistym wozie ciągniętym przez białe konie. Bywa różnie nazywany: Płomień Boga, Anioł Obecności i Anioł Zbawienia. Jest też określany jako Książę Światła i interpretator proroctw. To właśnie Uriela Bóg posłał do Noego, aby ostrzec go przed potopem. Biblia opowiada, jak Uriel schodził do Ogrodu Eden na promieniach słońca i stał w jego bramie z ognistym orężem. Jest On też Aniołem pilnującym grzmotu i przerażenia. Jako Anioł Żalu może pomagać zrozumieć prawa karmy, które najprościej mówiąc oznaczają, że zbieramy to, co zasialiśmy swoimi uczynkami, myślą i mową. Boski Anioł Uriel także pomaga dostrzec, jak Boża litość przynosi nam świadomość, że jesteśmy wszyscy kochani przez Boga. Uriel bywa postrzegany jako najbardziej bystrooki ze wszystkich aniołów Nieba, a przecież rządzi cała hierarchią zastępów aniołów światłości przynoszących oświecenie. Często jest przedstawiany z płomieniem wiedzy w otwartej ręce, który prowadzi rodzaj ludzki do zdrowia i dobrobytu. Jeśli ta boska wiedza jest nadużywana, wówczas Anioł Uriel dostarcza Bożą zemstę. Uriel pomaga nam zrozumieć, dlaczego wszystkie rzeczy są takimi, jakimi są. On pomaga zaufać Bożemu planowi i uwierzyć, że wszystkie pojawiające się sytuacje i wybory są ostatecznie dla naszego najwyższego dobrego i wielkiej radości. Anioł Uriel pomaga przetłumaczyć nasz wewnętrzny głos i zrozumieć nasze sny, gdyż jest aniołem wewnętrznej, mistycznej strony życia. Prowadzi nas do brania większej odpowiedzialności za własne życie, zdrowie i rozwój duchowy. Z jego pomocą mamy możliwość zrealizować nasz potencjał jako prawdziwie twórcze istoty. Uriel pomaga nam odnaleźć nasze wewnętrzne światło i promieniować jak słońce, kiedy wyrażamy pełnię miłości i wewnętrznego piękna. W tradycji buddyjskiej Urielowi odpowiada Bóstwo Amitabha, Niezmierzona Światłość! Demonem antagonistą Uriela jest udający anioła światłości demon Lucyfer odpowiadający za wszelkie fałszywe niby-oświecenia, nawiedzenia i bełkotliwe pseudo-ezoteryczne pomylenia!

    ARCHANIOŁ GABRIEL

    Tradycyjnie Gabriel jest posłańcem Słowa Bożego, mistrzem boskiego objawienia i wiedzy duchowej. Jego imię oznacza „Bóg jest moją siłą”. Zarządza tajemnicą wcielenia wszystkich dusz, które przychodzą na świat i naucza nas wszystkich, jakie posiadamy talenty i jakie zadania mamy na tym świecie do zrealizowania. Główną nauką Gabriela jest Prawo Karmana, zwrotu i odpłaty oraz Reinkarnacja Dusz w ciałach ludzi i zwierząt! Anioł Gabriel jest patronem małych dzieci, opiekuje się i karmi dziecko, szczególnie zaspokajając jego potrzebę miłości. Anioł Gabriel prowadzi nas do uwolnienia naszego wewnętrznego dziecka słowami czułości i miłości. Jego kierująca ręka jest zawsze tam, gdzie trzeba chronić to, co jest naturalne i czyste wewnątrz nas. Wszystkie religie czczą Archanioła Gabriela jako najbardziej potężnego posłańca Źródła, Boga. Anioł Gabriel nigdy nie męczy się dostarczaniem Słowa Bożego do tych, którzy słuchają i czczą Źródło jako cząstkę duszy wewnątrz siebie. Jest postrzegany jako Główny Ambasador dla Ludzkości, Anioł Odkrycia, Dawca Dobrych Wiadomości, Orzeczenia i Litości. Archanioł Gabriel jest Aniołem Radości i Duchem Prawdy. Gabriel pomaga znaleźć mądrość w naszych fizycznych ciałach i poznać nasze osobiste prawdy, a z tej podstawy wznieść nas ku Prawdzie Boga. Archanioł Gabriel szanuje indywidualność każdej osoby i pomaga przekształcić umysł w narzędzie dla boskiej inspiracji i prawdy. Może też pomagać nam żyć zgodnie z naszymi prawdami, z poszanowaniem naszych talentów i darów charyzmatycznych. Może pomagać odnaleźć odwagę życia z głębokim poznaniem naszych wewnętrznych zdolności otrzymanych od Boga. Anioł Gabriel może też pomagać w rozwoju korzystania z naszych indywidualnych darów i w pełnej samorealizacji, aby człowiek mógł poznawać Boga Stwórcę. Najistotniejszy dar Anioła Gabriela dla nas to rozwijanie naszej siły i naszego przeświadczenia o tym, że każdy z nas wnosi bardzo wartościowy wkład do duchowego rozwoju ludzkości po prostu przez samo bycie tym, kim się jest. Gabriel pomaga określić prawdę w sytuacjach, gdzie jest konflikt między wiernością prawdzie i tym, co jest reprezentowane jako prawda Boża. On pomaga widzieć co jest słuszne dla nas w każdej sytuacji, gdzie jesteśmy kierowani naszym wglądem i intuicją oraz wiedzą z Boga. Gabriel zapala światło wewnątrz naszych serc i pomaga nam zobaczyć, jaka jest najlepsza ścieżka, którą powinniśmy podążać dla naszego najwyższego dobra i największej radości. O ile anioł Gabriel zajmuje się bardziej początkującymi na duchowej Drodze, o tyle archanioł Uriel prowadzi i nadzoruje tych, którzy są zaawansowani i bliscy Oświecenia. Zapewne z tego powodu chrześcijaństwo utraciło mistyczną wiedzę o Urielu, a skupiło się na maluczkich, którzy Drogę zaczynają!

    ARCHANIOŁ MICHAEL (MICHAŁ)

    Imię Michael (Michał) oznacza w języku hebrajskim „Podobnego Bogu”. Michael jest Archaniołem, którego przyzywamy w naszej walce przeciw negatywnościom, złu i demonom. Anioł Michael pomaga odnaleźć wewnętrzne światło, odwagę i bohaterstwo wśród ucisku czy prześladowań przez faszystowską inkwizycję. Historycznie jest obrońcą zarówno Izraela, semickiego ludu mówiącego po hebrajsku jak i chrześcijaństwa. Jest patronem wierzących w Boga policjantów, żołnierzy i małych dzieci, a także opiekuje się pielgrzymami i obcymi ludźmi. Archanioł Michael, Michał jest ognistym wojownikiem, Księciem Niebiańskiej Armii, która walczy w imię prawa i sprawiedliwości. Daje wsparcie wszystkim, którzy znajdują się w strasznym ucisku, zwalcza faszyzm, mafię i inkwizycję oraz podobne zbrodnicze3 dyktatury. Michał jest też dawcą cierpliwości i szczęścia w trudnym położeniu czy ucisku. Jest kojarzony z elementem ognia, który symbolizuje spalanie rzeczy tymczasowych i przejściowych, dzięki czemu tylko czyste wewnętrzne światło może oświetlać nam drogę. Michael jest nazywany także życzliwym Aniołem Śmierci, ponieważ przynosi nam oswobodzenie i nieśmiertelność, gdyż jest Aniołem Końcowego Rachunku i Ważącym Ludzkie Dusze. Michał jest uważany za największego ze wszystkich aniołów w żydowskich, chrześcijańskich i mahometańskich religiach. Archanioł Michael jest postrzegany różnie, jako Posiadacz Kluczy do Nieba i Szef Chóru Archaniołów, Książę Obecności, Anioł Żalu, Prawości, Litości i Uświęcenia Duszy, Anielski Książę Izraela, Stróż Jakuba, i Anioł Gorejącego Krzewu. Michał jest niezmordowanym mistrzem dobroci i zawsze pomaga podnieść się pokonanym przez siły zła, mroku i niegodziwości, takie jak szatańsko-faszystowska inkwizycja paląca świętych na stosach. Anioł Michał stosuje reguły samotnego wojownika, zawsze jest skłonny pomóc załagodzić konflikt i rozwiązać kłopot. Możemy modlić do Michael’a, aby pomógł nam uporać się z naszymi negatywnościami, problemami czy atakami sił zła i zawsze szatańskiej inkwizycji. Kiedykolwiek zostajemy wystawieni na próbę, może pomagać nam, dodając wytrzymałości i podnosząc naszego ducha ku piękniejszej wizji życia. Michał istnieje, aby kierować i chronić nas przed niesprawiedliwością oraz pomagać nam w otwieraniu się do tego, co jest wieczne i trwałe. Możemy prosić go o pomoc w jakimkolwiek trudnym położeniu, gdzie czujemy się zasypani problemami lub osamotnieni potrzebujemy oparcia czy uzdrowienia z ciężkich przejść rujnujących duszę i wiarę, takich jak gwałcenie przez złego księdza pedofila. Wzywając pomoc takiego anioła, dobrze jest powtarzać jego imię na różańcu: Michael, Michael, Michael!

    ARCHANIOŁ RAFAEL (RAFAŁ)

    Rafael jest odpowiedzialny za uzdrawianie ziemi i jej mieszkańców, tak ludzi jak i wszystkich stworzeń. Jest często określany, jako ten, który uzdrowił Abrahama po obrzezaniu i ten, który wręczył Mojżeszowi książkę wszystkich istniejących ziół, uzdrawiających choroby. Apokryficzna Księga Tobiasza w Starym Testamencie opowiada, jak Rafael uzdrowił ojca Tobiasza ze ślepoty, za pomocą maści zrobionej z palonej żółci i tranu. Archanioł Rafael jest określany jako Nadzorca Wieczoru Wiatrów, Stróż Drzewa Życia w Ogrodzie Edenu, Anioł Opatrzności, Pilnujący Wszelkiej Ludzkości. Jego imię znaczy: „Boży Uzdrowiciel” lub „Bóg Uzdrawia”, ale jest to anioł Nieśmiertelności, dawca życia wiecznego. Anioł Rafael jest duchowym źródłem wszystkich medycznych kuracji i jako posłaniec Bożej opatrzności przynosi uzdrowienie wszystkim, którzy szukają całości. Rafael jako Archanioł reprezentuje definitywną, podstawową kurację wszystkich problemów, którą jest zawsze powrót do Źródła – Boga Stwórcy. Anioł Rafael pomaga nam uzdrowić nasze ciała, umysły i serca na wszystkich poziomach istnienia. Pomaga nam osiągnąć zdrowie i jedność z duchowym wymiarem bytu, uzdrawiającą jedność z Bogiem, z Allah. Ofiarowuje ulgę wszystkim, którzy cierpią i potrzebują uzdrowienia, a kiedykolwiek może – łagodzi ból i usuwa cierpienie. Kiedy otwieramy nasze serca na uzdrowienie, anioł Rafael prowadzi nas do uzdrowicieli, terapeutów i doradców, którzy są dla nas najbardziej odpowiedni. Rozbudza w nas wzięcie odpowiedzialności za własne zdrowie, zdrową wegetariańską dietę czy picie czystej, źródlanej wody. Uruchamia naszego wewnętrznego uzdrowiciela, leczący aspekt boskiej duszy, która najlepiej wie, co jest najlepsze dla naszego zdrowia i witalności. Anioł Rafael może pomagać nam dostrzec uzdrawiające lekcje w chorobie i zrozumieć, jakim cierpieniem można czegoś się o sobie nauczyć. Kiedy wybieramy zdrową ścieżkę życia, wegetarianizm, jego duch prowadzi nas do osiągnięcia maksymalnego zdrowia i długowieczności. Anioł Rafał przekształca nasze chore umysły i serca, abyśmy mogli dotknąć jego skrzydła i uzyskiwali dostęp do jego Bożych darów. Rafael zawsze chętnie prowadzi nas do jedności i harmonii wewnętrznej tak z przyrodą, ludźmi jak i z Bogiem oraz Niebiosami. Wystarczy tylko tego zapragnąć i szczerze praktykować modlitwy i medytacje! W tradycji buddyjskiej Archanioł Rafael to dobrze znany niebiański Buddha Medycyny, Sandże Menla czy Bhaiszadźja, a w tradycji wedyjskiej i hinduistycznej jest to Bóstwo Zdrowia znane jako Dhanvantari Deva, którego Bhaiszadźja jest niższą formą manifestacji czy przejawienia!

    Modlitwa do Anioła Opiekuna

    Zwracam się do Ciebie, Mój Aniele Opiekuńczy!

    Niechaj Twa moc, Twoje światło i Twoja miłość pomogą mi uświadomić sobie moją część nieśmiertelną, która jest we mnie, tak by mogło się odtworzyć połączenie między wolą Nieba i moją wola własną.

    Proszę Cię, byś oświecił mój umysł Mądrością Boską, tak bym umiał zarówno dawać, jak i przyjmować, zarówno działać, jak i czuć i aby te jakości zrównoważyły się między sobą w moim wyrażaniu ich wobec bliźnich.

    Zobowiązuję się działać całe moje życie na rzecz spełnienia duchowego mojej duszy, pracując na drodze alchemii wewnętrznej na rzecz realizacji Jedni we mnie.

    Proszę, by Mądrość Boskości we mnie spełniła się i realizowała się każdego dnia poprzez moje czyny.

    Modlitwa do Anioła Wcielenia/Narodu

    W tym dniu i w tym miejscu, ku Tobie się zwracam…(Imię Anioła)… niechaj Twa moc, Twoje światło i Twoja miłość pomogą mi sobie uświadomić cel mojej inkarnacji, który wybrałem i otrzymałem do zrealizowania w tym ludzkim życiu.

    Proszę Cię, postaw na mojej drodze osoby, wydarzenia i rzeczy, które mogą pomóc mi szybciej zrozumieć lekcję wybraną do pouczenia mnie w tym życiu.

    Zobowiązuję się działać całe moje życie na rzecz spełnienia duchowego planu mojej duszy, przynosząc jej zawsze piękno, światło i miłość, której potrzebuje.

    Proszę, by Wola Boskości, która jest we mnie została zrealizowana i daję Ci wolną rękę ….(Imię Anioła)…., żeby pozwolić jej skonkretyzować się poprzez moje czyny codzienne.

    Dżiny – Demony, Asury

    Stworzenie i istota dżinów

    Oprócz aniołów w wierzeniach muzułmańskich, podobnie jak w żydowskich, chrześcijańskich czy wedyjskich istnieje jeszcze jeden rodzaj istot niematerialnych i częściowo nadprzyrodzonych. Nazywane są dżinami, czyli demonami, asurami czy szedami. Są trzecią, obok aniołów i ludzi, grupą istot rozumnych, choć zwykle szkodliwych i złośliwych. Słowo dżin (hebr. Szed) pochodzi od arabskiego czasownika dżanna, co znaczy „chować się, ukrywać się.” Opowieści o dżinach były bardzo popularne jeszcze w ludowej, arabskiej tradycji przedmuzułmańskiej. Według Koranu dżiny są to demony i duchy powstałe z czystego ognia bez dymu, a w niektórych wersjach wierzeń z czystego płomienia oraz obłoku pary (K. 55:15), które posiadają nadnaturalną potęgę i są niewidzialne, chociaż niektóre zwierzęta, takie jak osioł czy kogut, potrafią je widzieć. Człowiek natomiast może zobaczyć dżina tylko wtedy, kiedy ten przyjmie jakąś postać, na przykład człowieka, zwierzęcia lub potwora. Uczeni mistycy i ezoterycy różnie tłumaczyli powód tego, że ludzie nie widzą dżinów, demonów. Niektórzy mówili, że dzieje się tak dlatego, że Allah – Dobry Bóg stworzył oczy ludzi tak, aby nie mogli widzieć dżinów, inni zaś twierdzą, że ciała dżinów są bardzo cienkie i dlatego są dla nas niewidoczne. Z tego samego powodu prowadzone były nawet dyskusje na temat, czy i w jaki sposób dżiny jedzą. Dokładnie wiadomo, że dżiny piją i jedzą, nie wiadomo tylko, czy poprzez żucie i połykanie czy poprzez wdychanie. Za drugim podejściem opowiadali się uczeni, którzy uważali, że dżiny są bezcielesne, gdyż ich nie widzimy. W istocie straszliwe demony zostały ukarane przez Boga pozbawieniem ciał, nawet tych subtelnych i dlatego są odbierane przez ludzi wrażliwych jedynie jako rodzaj energii czy mentalnego zjawiska, a nie jako byty, stąd powstała nawet teoria, że zło to rodzaj energii a nie istota żywa i ucieleśniona! Istnieje jednak wiele rodzajów złych, demonicznych bytów, które opętują ludzi i zwierzęta aby czynić zło i zwodzić uczniów Drogi tak aby odpadli, a tylko dzięki opętaniu kogoś mają możliwość działaniu w ciele. Stąd zakazy tyczące wywoływania demonów czy podążania za nauczycielami, którzy nie mają żadnego mistrza!

    Dobre i złe dżiny

    Dżiny mogą być dobre i złe, jednak złe skłonności zwykle zwyciężają i dżin zwykle zawsze w jakiś sposób szkodzi ludziom. Jedne pomagają ludziom, inne starają się sprowadzić człowieka na złą drogę, jednak te które pomagają, robią to zwykle po to, żeby człowieka obłaskawić i opętać. Najczęściej jednak dżinom, demonom przypisuje się wszelkie wydarzenia niezwykłe acz zgubne, jak epidemie, choroby, impotencję u mężczyzn, bezpłodność u kobiet, obłęd, inkwizycyjne represje, a także szaleństwo z miłości, próby samobójcze, hazard, uzależnienia czy oszustwa. Jeśli zginie dziecko, to znaczy, że porwał je dżin czy opętany przez demona człowiek. Dżiny, demony rodzaju żeńskiego są szczególnie niebezpieczne, nie należy usiłować uwolnić człowieka od takiego dżina, bo ten raczej go zabije, niż porzuci. W starej arabskiej tradycji popularne były opowiadania o dżinie ghul (wampirzycy, demonicy): idzie ona za ludźmi w stepie i mami ich do nierządu czy zbrodni, jest to jednak nocny stwór i jutrzenka go odpędza. Istnieją również dżiny rodzaju męskiego, które czasami dołączają do karawan i jadą razem z ludźmi. Jednak zgodnie z legendami, człowiek przy pomocy zaklęć może sobie w pewnych wypadkach dżina podporządkować, zmusić do spełnienia trzech życzeń, a także uwięzić w lampie lub butelce (patrz: Księga tysiąca i jednej nocy). Często pełniły one w opowieściach funkcję strażników skarbów, były mieszkańcami ruin, miejsc ponurych i opuszczonych, cmentarzysk, rzeźni, pól bitewnych. Wierzono, że dżiny podpowiadają słowa poetom i pisarzom, choć zwykle za cenę pijaństwa, narkomanii lub samobójstwa. Opanowują bowiem ich umysł i mówią słowa poezji, a niektórzy poeci muzułmańscy mieli nawet swoje własne dżiny na usługach. Ochronę przed złymi demonami miało dawać żelazo lub pierścienie ze złota i stali. Pomagały także amulety z wilczych kłów i wersetów z Koranu, które wypisano zielonym lub czerwonym atramentem. Staroarabskie praktyki magiczne (Sihr) wymagały między innymi nawiązania kontaktów ze światem zmarłych oraz właśnie ze światem dżinów celem jego kontroli i podporządkowywania sobie. Dzięki nim leczono i wróżono, ale w czasach islamu większość tych praktyk zakazano z uwagi na duże niebezpieczeństwo szkodliwego opętania przez demony. Dżiny jeśli kogoś opętują, to zwraca się on przeciwko dobru, tyranizują dobrych ludzi, zwalczają, sufich i mistyków, obracają się przeciwko temu co boskie, duchowe, zdrowe i ezoteryczne tworząc morderczą inkwizycję czy rządy polityków, którzy przypominają religijnych dewiantów a nie ludzi rzeczywiście pobożnych!

    Iblis – Diabeł

    Dżiny tak samo jak ludzie mają wolną wolę, a ze względu na wiarę dzielą się na dwie grupy: muzułmanie (wierzący) i „kuffar” (niewierzący). Niewierzące i oporne Allahowi dżiny nazywa się także szatanami, a na czele ich stoi bardzo zły demon Iblis. Dawny anioł, choć niektórzy mówią, że to jest zwykły dżin, jeden z bardziej lubianych przez Boga, odmówił pokłonu Prorokowi Adamowi. Iblis powiedział: „Jestem lepszy od niego. Stworzyłeś mnie z ognia, a jego z gliny.”( 7:12/11). Za to został zrzucony z nieba i skazany na zagładę w piekle, ale wybłagał odroczenie wyroku do dnia Sądu Ostatecznego po czym przyrzekł sobie, że będzie przeszkadzać samemu Bogu, Allahowi na ziemi i zwodzić oraz deprawować ludzi. Później to on właśnie z pomocą współupadłych i uwięzionych demonów w kręgu Ziemi skusił Ewę w raju Eden. Zgodnie z Koranem to Iblis był przyczyną niewiary narodów, a każdy prorok był celem złych i zbrodniczych, napastliwych działań demona Iblisa. W szczególności rytuał rzucania kamieni podczas hadżdżu jest przypominaniem o tym, jak Ibrahim odganiał Szatana. Zgodnie z legendami Iblis mieszka na ziemi i przewodniczy złym duchom, szatanom i dżinom, których sam potrafi nawet stwarzać. Żyje na cmentarzach, w burdelowych łaźniach, na oszukańczych targach, pije wino (alkohol), lubi sprośny i plugawy śpiew, tańce i wiersze. Jednym z jego ulubionych zajęć jest zmuszenie ludzi do zapominania o modlitwie i dobrych uczynkach, odrywanie ludzi od proroków i świętych. Czasami Iblis nawet kradnie z datków zakatu czyli pieniędzy przeznaczanych przez muzułmanów na pomoc najuboższym. Jedynie w czasie ramadan’u (postu i modlitwy) diabelska moc Iblisa i innych dżinów zanika. W tradycji muzułmańskiej czasem nazywany jest Szatanem (Szaitan). Imię Iblis wykorzystuje się najczęściej w przypadku, gdy opisuje się jego negatywne relacje z Bogiem, natomiast imię Szatan jest używane, kiedy się mówi o diable i ludziach. Iblis to uosobienie kogoś, kto jest wrogiem modlitwy, medytacji, sufich, ascezy, postu czy zdrowej moralności opartej na objawionych Pismach Świętych!

    Podział Dżinów na klasy

    Dżiny tak samo jak aniołowie dzielą się na klasy lub rodzaje. Istnieją trzy główne grupy dżinów: pierwszy rodzaj cały czas lata w powietrzu niczym ufo, drugi żyje na ziemi jako węże lub psy i inne podłe zwierzęta, a trzeci rodzaj mieszka w jednym miejscu i cały czas znajduje w pobliżu. Dżiny należące do pierwszej grupy bardzo często podsłuchują aniołów w niebie, a potem roznoszą po świecie wiadomości o przyszłości, wieszczą katastrofy i zagładę świata. Dżiny, które znajdują się w jednym miejscu, towarzyszą każdemu człowiekowi od urodzenia do śmierci i cały czas starają się sprawić by człowiek źle postępował. Dżiny są odpowiednikami chrześcijańskich demonów, szed’ów i hinduskich asurów, które cały czas starają się naprowadzić człowieka na złe działania, zwieść i pomylić. Ogólnie istnieje duże podobieństwo między muzułmańskimi i chrześcijańskimi opowiadaniami o istotach nadprzyrodzonych. Jednakże w tradycji muzułmańskiej istnieje dużo więcej rodzajów i form stworzenia i istnienia aniołów, demonów i innych istot nadprzyrodzonych. Wiara w istnienie aniołów i dżinów (asurów) jest bardzo ważną częścią wierzeń muzułmańskich i ma bogatą tradycję i historię. Aniołowie i szatany odgrywają znaczącą rolę w życiu człowieka i towarzyszą mu przez cały czas jego bycia na ziemi. Mity i legendy o istotach nadprzyrodzonych pokazują bogactwo tradycji i kultury, a także w pewnym stopniu są wskaźnikiem rozwoju społeczeństwa. Jeszcze większe bogactwo wiedzy na temat Aniołów (Bóstw Nieba) oraz upadłych demonów (asurów) można znaleźć w duchowej tradycji wedyjskiej, gdzie szczegółowo opisuje się 33 główne Anioły (Bóstwa) Światła stanowiące tronowy Dwór Boga, Brahmana w Niebiosach, a także rozliczne hierarchie i sfery anielskich światów! Podobnie opisuje się wiele rodzajów piekieł i demonicznych upadłych bytów na różnych stopniach ich degeneracji, a sama Ziemia jest opisana jako świat pośredni pomiędzy Niebem, a Piekłem, świat graniczny w którym trwa nieustanna walka sił Światła z siłami Ciemności o każda jedną ludzką duszę!

    Mohan Ryszard Matuszewski
    Czilla Aniołów, Toruń 1995

  • Moja Droga do Boga – Konfesje

    Moja Droga do Boga – Konfesje

    Słodkie Dzieciństwo

    Najdalej jak sięgam pamięcią, rozpocząłem moją duchową podróż w nieznane, około trzeciego roku życia. Tak, w pełni świadomie, urzeczywistniłem pierwszą pamiętną wycieczkę, którą jak później zrozumiałem zwie się podróżą duchową lub ścieżką. Podróż w nieznane, spod skrzydeł Matki, ziemi, do Ojca Niebieskiego. Trochę szczegółów z pierwszej podróży może uzmysłowić czym ścieżka jest w swej istocie i jak się ją odbywa. Była prorocza i rewolucyjna zarazem.

    Otóż, pewnego słonecznego dnia, będąc w swym rodzinnym domu, w leśniczówce, okolice gminy Czarne woj. słupskie, zatęskniłem nagle za moim ziemskim ojcem, który pracował gdzieś w nieprzebytej leśnej gęstwinie. Zapomniałem nagle o matce, która opiekowała się mną i gotowała jak zwykle obiad krzątając się przy kuchni. Niepomny przestróg oddalania się od domu rodzinnego i zasięgu wzroku i głosu matki, wiedziony jakimś pilnym wewnętrznym impulsem, pognałem prosto przed siebie, w las, do ojca, ówcześnie leśniczego. Miałem wtedy niecałe trzy lata.

    Impuls wewnętrznego nakazu odejścia gdzieś daleko, pognania w dziewiczy las okazał się tym, który później ułatwiał zrywanie wszelkich więzów i podążanie w jedynie wybranym kierunku. Wszystko może minęłoby bez większego echa, gdyby nie fakt, że po drodze była kilkumetrowej szerokości rzeczka z wąską kładką. I szczęście tak dopisywało, że po obu stronach owego mostka leżał piasek, na którym wyraźnie odbiły się ślady mojego wchodzenia na wąską kładkę. A z drugiej strony, jakoś szczęśliwie udało mi się zeskoczyć na jakąś kępkę trawy tak, że nie został żaden ślad. Prawdopodobnie na mostku dostałem tego natchnienia skakania po ledwie dosięgalnych kępkach trawy. Możesz sobie wyobrazić, „radość” matki, która zobaczyła iż synek jej na most wchodził i są wyraźne ślady, jednakże na moście go nie ma, a po drugiej stronie ani śladu schodzenia. No i podniosło się wielkie larum.

    To był pierwszy, jaki pamiętam, komunikat, który jako zaszyfrowana depesza został przeze mnie posłany rodzinnemu domowi. Brzmiał on tak: „Nie przywiązujcie się do mnie, gdyż mogę odejść w każdej chwili, pozostawiając za sobą ból i rozpacz.” Dużo później zrozumiałem, że właśnie to odchodzenie w nieznane, jest dobrym początkiem i przygotowaniem Pielgrzyma do trudów Ścieżki. Mnie oczywiście cieszyła i radowała wielce owa pierwsza poważna peregrynacja.

    Tajemniczy las po drugiej stronie rzeki pociągał i urzekał. Był zarówno tajemniczy jak i niesamowity. Trochę przerażał, ale jak się ma trzy latka, to nawet niewielki krzak jest dosyć duży. Zobaczyłem po drodze stadko sarenek. Później zrozumiałem, iż przedstawiały sobą właśnie zwiewne, duchowe potrzeby i tęsknoty serca. Pielgrzymka doprowadziła dokładnie do leśnej szkółki, gdzie tajemnica powstawania lasu okazała się prozaicznie objawić w postaci hodowli sadzonek, akurat głównie sosny. Ochoczo przyjęli mnie leśni pracownicy, a uspokoiłem ich dodatkowo prozaicznym stwierdzeniem, że przyszedłem do taty. Niestety, ojciec już był udał się w innych nieco sprawach, więc choć odczułem lekki niepokój, to jednak pozostałem by odkrywać tajemnice stwarzania życia leśnego. Moi szacowni zaś rodzice, szczęśliwie już w tym czasie odkryli ślady i mostek, wobec czego po drugiej stronie leśnej rzeczki zapanowała podobno, jak mi później opowiadano, zbiorowa histeria. Zdaje się, że rodzice przeszukali rzeczkę na odcinku pięć kilometrów. Ojciec ściągnął nawet trochę ludzi do pomocy. Niestety nie tych ze szkółki. Ci to wieczorem po pracy, gdy rodzic pogodzony już z utratą syna przypomniał sobie o pracownikach szkółki i przybył tam, uraczyli go historią, że sobie zastępstwo znalazł dobre co by ich pracowników dopilnować, a sam gdzieś znika na cały dzień zamiast pracować. I tak się zgadali, a ja byłem gdzieś na uboczu, że nic się o mnie nie wydało i spędziłem jeszcze kilka godzin. Ojciec zapomniał się też tej części pracowników pochwalić, kto mu z domu zginął i jakoś nie zapytał kogo jako zastępstwo mieli na myśli. Tak to właśnie bywa.

    Obawa, to zapewne problem większości rodziców. Musi jednakże zostać przyzwoicie nakarmiona. Strach o dziecko pojawił się w całej okazałości. Kiedy mnie wieczorem przekazywano rodzinnemu domowi, jeszcze na jakiś czas, ojciec nie okazał ani entuzjazmu ani złości. Po prostu przejął mnie i krzyknął matce: patrz kto się znalazł. On już wiedział do kogo to w odwiedziny do lasu poszedłem. Matka zaś chciała mi przylać solidnie za ten wybryk, na co rozkosznie odkrzyknąłem „bo sobie w ogóle pójdę do lasu” i tak się ganialiśmy wokół stołu z zupełnie odmiennymi intencjami. Wszak do dzisiaj uwielbiam samotne wśród lasów spacery.

    Pierwsza przejażdżka rowerem i nauka religii w szkole

    Pamiętam też dobrze pierwszą samotną jazdę na rowerze. Ojciec robił wtedy za Nauczyciela uczącego nieco szybciej poruszać się po ścieżce, a było to właśnie na leśnej ścieżce. Miałem wtedy skończone siedem lat, było lato, a na jesień miałem udać się do szkoły odległej o cztery kilometry. Ojciec trzymał za siodełko, a ja dzielnie kręciłem pedałami. Kiedy już mi dobrze szło, zapomniałem o ojcu trzymającym siodełko i rozpędziłem się wielce. Gdy zorientowałem się, że ojciec wcale już nie trzyma mnie z tyłu, pojawiła się panika i oczywiście drobna pierwsza wywrotka. Ufność w opiekę ojca i jego podtrzymanie sprawiła, że mogłem jeździć, jak się okazało prawie pół kilometra. Gdy pojawiło się w umyśle, że ojca nie ma blisko, natychmiast kraksa. Do dzisiaj dobrze pamiętam tę praktyczną lekcję wiary.

    I tak już wsiadałem na rower, pamiętając najważniejszą instrukcję, że “ojciec trzyma za siodełko”. I tak też jeżdżę bezpiecznie aż po dzień dzisiejszy. Ojciec dał mi tę lekcję samodzielności i wiary. Nie zrobił tego żaden ksiądz. Kapłan tradycjonalistycznej religii katolickiej zresztą jedynie zniechęcił mnie do lekcji religii. W drugiej klasie szkoły podstawowej sporo chorowałem i tylko do księdza uczącego religii nie docierało to, że dziecko było chore i może mieć jakieś zaległości. Mało tego, raz ksiądz wykładał wielce uczenie o miłości chrystusowej, a tym co niezbyt uważali ochoczo przykładał drewnianą laską po tyłku, a zdarzało się że i po plecach. Coś mnie wtedy natchnęło, a miałem ledwie osiem lat skończone, aby go zapytać czy ta jego miłość chrystusowa polega na okładaniu kijem słabszych od siebie. Powiedział wtedy groźnie: chodź no tu do mnie, ale wiedząc jak srodze bije porwałem manele i pobiegłem w stronę drzwi. Splunąłem jeszcze za siebie jakby odganiając zły urok złego czarownika. I tak właściwie zakończyłem edukację religijną. Żadna siła nie mogła mnie doprowadzić na tak zwaną katechezę do Parafii, na którą pod przymusem chodzili wszyscy moi koledzy i koleżanki z klasy. Potem jeszcze otarłem się o religię w klasie czwartej, jednak siostra katechetka nie wzbudziła we mnie zaufania, pomimo najszczerszych starań mojej mamy. Kiedy dowiedziałem się, że używa czasem linijki dla celów dydaktycznych, to było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Pomimo tego, że parafia się zmieniła, szkoła też i całe środowisko. Dojeżdżałem teraz do szkoły autobusem, całe sześć kilometrów i to do stolicy gminy zwanej Czarne.

    Razu jednego część silnych chłopaków z klasy chciała mnie doprowadzić siłą na lekcję religii. Wywiązała się z tego niezła szarpanina i bójka. Niestety, takie przekleństwa miotałem na kościół, kler i katechetów, że chociaż byłem już obezwładniony i niesiony w wiadomym kierunku, to ze wstydu przed owymi soczystymi epitetami, zostałem puszczony wolno. Obawiam się, że mamie nawet popsuły się kontakty z parafią przez owo nieprzyjemne zdarzenie. Ot skutki głupiego pomysłu stosowania przymusu w sprawach wiary. Zapewne dzięki temu jestem do dzisiaj gorącym zwolennikiem swobody wyboru religii już od najmłodszych lat życia i do bezwzględnego egzekwowania tego prawa w każdym wieku.

    Dziwny prezent dostałem od kościoła w szkole średniej, kiedy uczyłem się w liceum w Szczecinku. Z okazji wyboru na papieża polskiego kardynała, wszyscy otrzymali świadectwo ukończenia klasy religijnej do której akurat rocznikiem uczęszczali. Śmieszny to prezent i zabawny, ot przypływ dobrego humoru katechetów, taki małostkowy, pod okazję!. Zupełnie jak wypicie pół litra. Też potrzeba okazji. Śmieszyła mnie wtedy koleżanka, która przyniosła świadectwo do szkoły jako upoważniona do wręczenia. Taki właśnie jest ten katolicyzm, trochę śmieszny, trochę zabawny.

    Trochę dziwnie byłem odbierany w szkole średniej. Była druga połowa lat siedemdziesiątych, późny Gierek. Nie chodziłem na religię, ale do HSPS (socjalistycznego harcerstwa) też nie należałem, jako jeden z nielicznych zresztą. Zwykle klasy chodziły w całości na religię i do organizacji socjalistycznej. A ja ani tu ani tu. Z początkiem drugiej klasy, za namową kolegi ze stancji, zapisałem się za to na aikido, japońską sztukę walki, akurat wchodzącą do naszego kraju jako wschodnia dyscyplina rekreacyjna. Fizyczny trening i mistyczna filozofia samodoskonalenia się. To chyba początek drogi samowyzwolenia, w najbardziej już świadomy sposób.

    Wspomnę, że ciekawiła mnie postać koleżanki, która wręczała mi świadectwo religijne. Aktywistka religijna, socjalistyczna i towarzyska. Chyba wszystko wykorzystywała dla celów towarzyskich. Tak jednak wzrastali wszyscy nasi obywatele, jako szczególne przypadki katolickich komunistów. Mnie Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej (HSPS) pod przymusem i uczęszczanie do Kościoła Katolickiego, także pod presją, jakoś zawsze kłóciło się ze sobą. Odpadłem zarówno od jednego jak i od drugiego, będąc zjawiskiem czasem nieco kłopotliwym dla otoczenia. Dodatkowo jeszcze wprawiałem w panikę cytując co ciekawsze kawałki z niektórych dzieł Lenina, które zadawały kłam istnieniu u nas socjalizmu czy komunizmu.

    Już w szkole podstawowej odkryłem dla własnych potrzeb poznawczych, że słowo “katolickość” brzmi po polsku jako “powszedniość”. Sugeruje raczej “bylejakość” niż powszechność. Później dopiero, poznając potęgę słowa i jego znaczenia, oraz rozliczne wpływy jakie z tego wynikają, sugerowałbym oficjelom tej religii zmianę nazwy, ot chociażby na „Kościół Chrześcijański”.

    Bajka o szklanej górze i pierwsza miłość

    Pamiętam piękną bajkę o rycerzu, który zdobywał szklaną górę, na której brzydki smok więził piękną księżniczkę. Matka opowiadała mi ją bardzo często. Ważną częścią bajki było wykuwanie przez owego rycerza schodów na stoku tej szklanej góry, po których dzielny rycerz wspiął się ostatecznie na szczyt, aby pokonać smoka i uwolnić księżniczkę. Ciągle dopytywałem o rozmaite szczegóły tego wykuwania schodów. Pamiętam, że było ich dokładnie sto, i że smok wcale nie zauważył tej podstępnej pracy. Skojarzyłem później wszystko ze stoma stopniami do świętego imienia i liczbą koralików w obiegu różańca. Tak własna matka pomogła wpoić pewne zasady, które pomagały na ścieżce. Smok ego tworzący więzienie dla duszy w charakterze pięknej księżniczki też zajął swoje poczesne miejsce w scenerii wewnętrznej walki.

    Pierwsze oznaki zdolności do zakochania się w jakiś sposób zdradzałem już w klasie trzeciej szkoły podstawowej. Obiekt zauroczenia pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy, ale to nie przeszkadzało aby poznawać piękno nowego uczucia. Opis księżniczki z mamusinej bajki wspaniale pasował do wyglądu koleżanki z klasy, a księżniczka była już wiele razy zdobywana. Złościłem ją tylko powtarzając jej imię w taki sposób, że przedłużałem literkę „l” w jej imieniu, i zamiast „Ala”, mówiłem ciągle „Alla”. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że jest to prawidłowa wymowa imienia Boga w zapisie aramejskim czy arabskim (Allah). Nawet prawidłowo przeciągałem drugie „a”, więc obiekt mego uczucia ścigał mnie nieco po szkolnym boisku.

    Miłość do gwiazd i wilkołaki

    Zainteresowania od drugiej klasy szkoły podstawowej ukierunkowały się zaiste w stronę wszechogarniającego ducha, chociaż ledwie tego byłem świadomy. Właściwie, to mój duch sam powędrował we właściwą stronę. Oprócz lasu i baśniowych wojen z leśnymi skrzatami i rozlicznymi wilkołakami, zauważyłem obecność nieba z rozlicznymi gwiazdami. Niebo usiane gwiazdami porwało moją duszę na wiele długich i pasjonujących lat. Kiedy w czwartej klasie podstawówki powędrowałem do swej nowej szkoły, na pytanie czym się interesujesz odpowiedziałem fachowo iż astronomią, a ściślej wybranymi zagadnieniami kosmologicznymi i egzobiologią. Wywołało to niezłą fobię, nawet wśród nauczycieli. Tak już potem wołano mnie per astronom. A że z lasu, to także czasem zając. Zdaje się, że była jakaś bajka o zającu, co chciał w kosmos polecieć i tak się to powiązało. Pamiętam do dzisiaj książkę „Wszechświat i jego zagadki”. To pierwsza astronomiczna pozycja jaka została przeze mnie pochłonięta w szkole podstawowej. Ściślej mówiąc w drugiej klasie, gdy sporo leżałem chorując na reumatyzm.

    Pierwszą wojnę z wilkołakami wygrałem przez walkower ze strony wilkołaków. Otóż będąc chyba jeszcze w wieku przedszkolnym, matka zabroniła mi wychodzić wieczorem, po zmierzchu poza podwórko, strasząc przy tym groźnie iż straszny wilkołak czy wilkołaki porwą mnie i pożrą. Cóż trzeba było więcej dla poznającego ducha, jak polecieć do szopy, chwycić największą siekierę jaką tylko dało się udźwignąć i zrobić małe polowanko na okoliczne wilkołaki. Po jakiejś godzinie czy dwóch, kiedy już czarna noc zapadła, wpadłem do kuchni z siekierą i bojową miną, wywołując popłoch, i zameldowałem, że żadnego wilkołaka w okolicy podwórka, a wszędzie ciemny nocą las wokół, nie zarejestrowano, a jeśli były to raczej uciekły. Przeszukałem cały okoliczny las, zadając kłam mamusinym bajaniom. Wilkołaki zostały pokonane walkowerem, nie stawiły się na pojedynek.

    Miłość do gwiazd pogłębiała się przez całą szkołę podstawową, potem średnią, a skończyła się na studiach, które zresztą były studiami astronomii dokładnie. Trudno było zdzierżyć studia na których usiłowano mnie nauczyć tego, co poznawałem dla własnych celów w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Chęć powtarzania tego co już duch poznał była minimalna. Szukałem nowego i czułem się tak, jakby chciano mnie cofnąć w rozwoju. Docenci nie dostosowali się z programem, byli spóźnieni o ładnych kilka lat. System egzaminacyjny dodatkowo obrzydzał zainteresowania i uniemożliwiał zajmowanie się tymi zagadnieniami, które akurat interesowały. A podobno dobry nauczyciel, dba o potrzeby ucznia. Tak w owym czasie czułem i rozumiałem. W końcu miłość do gwiazd z powodu rozczarowania systemem edukacyjnym, który okazał się wart tyle co odchody, skierowała mnie do miłości ku niebu. Niby ten sam kierunek, ale zupełnie odmienna jakość. Inne nieco znaczenie słowa niebo.

    Piękno zmierzchu

    Najdalej jak sięgam pamięcią, odkąd tylko pojawiła się swoboda poruszania wokół leśnej chaty zwanej leśniczówką, w której miałem zaszczyt mieszkać, uwielbiałem przesiadywać na skarpie pod dwiema sosnami, z której był widok na rzekę, łąkę, las w oddali i nade wszystko na zachodnią stronę horyzontu, gdzie popołudniem pojawiały się piękne widoki zachodzącego słońca i wspaniałe, kolorowe zjawiska związane ze zmierzchem. Prawie każdy słoneczny dzień, jeśli tylko nie było żadnych ważnych zajęć, wędrowałem te pięćset około metrów od domu, by zatopić się w podziwianiu zjawiska zachodzącego słońca i kąpać oczy w jego kolorowych promieniach. Czasem, z powodu kilku dni przerwy i chmur, zaczynałem po prostu tęsknić za blaskiem i promieniami mojego słoneczka. I tak od wiosny do jesieni, a czasem nawet i zimą, co może nie jest typową porą dla kąpieli słonecznych.

    Później, gdy byłem już nieco starszy, pod koniec podstawówki, odkryłem, że wschodzące słońce także ma swój nieodparty urok. Wstawałem czasem wcześniej, około czwartej lub piątej wychodziłem na łąki, gdzie wschodzące słońce mogło być zobaczone i wygrzewałem się we wzrastającym cieple, bądź zapatrywałem się aż do zapomnienia o czasie i sobie w świetlistych promieniach. Potrafiłem nawet odsypiać te poranki i kładłem się spać z powrotem o ósmej czy dziewiątej rano, by drzemać aż do południa. Tak schodziły mi wakacje w szkole podstawowej, chociaż pierwsze zabawy w świetle zachodzącego słońca zaczęły się jeszcze przed pójściem do szkoły. Lubiłem też jak ojciec zabierał mnie rano ze sobą na pole, gdy jechał siać, kosić albo naprawiać ogrodzenie. Często też towarzyszyłem mu w spacerach po lesie i łąkach w związku z wypasem owiec. Gdy tylko była odpowiednia przestrzeń, zaraz zwracałem się na chwilę twarzą do słońca. Ojciec mój zresztą też to lubił i uważał za przyjemne. Unikałem za to palących promieni słońca w ciągu dnia i około południa. Można mnie było wtedy znaleźć raczej w cieniu, jak czytam książkę. Brat ciągle dziwił się, że przesiaduję w cieniu zamiast się opalać tak jak inni normalni ludzie. Samotność, słońce o zmierzchu i o poranku, to wszystko wywarło na mnie niezatarte i nieprzemijające wrażenia. Później, w szkole średniej, dowiedziałem się, że takie przesiadywanie na słońcu i zabawa z wpatrywaniem się w grę jego promieni oraz we wszystkie barwy nieboskłonu stanowi rodzaj praktyki kontemplacyjnej, która bardzo polecana jest wszystkim medytującym. Kontynuowałem więc chętnie wychodząc gdzieś nad brzeg jeziora nad którym leży Szczecinek, o ile tylko było to czasowo możliwe.

    Czar gwieździstego nieba

    Zainteresowanie nieboskłonem i gwiazdami w nocy także miało swe uroki, acz pierwsze świadome poszukiwania na nieboskłonie rozpocząłem dopiero w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Potrafiłem przez długie godziny wpatrywać się w wybrane obiekty nieboskłonu. Pamiętam jak czekałem na zimę aby móc dłużej obserwować migotliwe światło naszej najjaśniejszej gwiazdy, Syriusza. Przy okazji dowiadywałem się wszystkiego co się tylko dało wyczytać o Psiej Gwieździe. Lubiłem także Wegę i Procjona, a na wiosennym niebie Arktura. Wpatrywałem się chętnie w Koronę Północy, Oriona, Lutnię, a nade wszystko miałem skłonność do oglądania Plejad (także przez własne lunetki) i Warkocza Bereniki.

    Zapoznałem planety, spośród których światło Jowisza dawało mi przyjemne wrażenie wpływania do wnętrza mojej głowy i wypełniania jej wiedzą o wszechświecie. Doświadczenie to przyszło po raz pierwszy w zimę, gdy kończyłem swój dwunasty rok życia. Zaczynałem kojarzyć i wiązać rozmaite fakty i szczegóły związane z wyglądem kosmosu jako całości. Wzbudziło się też przeczucie, że takich wszechświatów jak nasz musi być dużo więcej. Ogromny kosmos wydawał mi się jakiś mały i ciasny, gdy zdawałem sobie sprawę z zamkniętego i ograniczonego kontinuum. Z jaką radością odkryłem później, że nauki ryszich i sufich wspominają o 18 tysiącach wszechświatów takich jak ten. Jakiż też byłem szczęśliwy, gdy udało mi się zobaczyć Merkurego, którego zaobserwować nie jest tak łatwo. Lubiłem też wpatrywać się w blask Wenus, zarówno jako Wespery jak i Jutrzni. Uran także został dostrzeżony, chociaż już przez lunetkę. Przez długie godziny przesiadywałem też spoglądając na księżyc w pełni i obserwując rozmaite zjawiska świetlne, które się wtedy dzieją. Urok księżycowego światła był bardzo delikatny i subtelny. Tak mijała szkoła podstawowa i samotność w domu pośród lasu, gdzie do sąsiada było prawie cztery kilometry i dystans pewnej obcości, gdyż rodzice raczej utrzymywali tylko oficjalne kontakty niż towarzyskie.

    O zapowiedzianej śmierci ojca

    Gdzieś około połowy lat osiemdziesiątych, jeszcze niby studiowałem, podczas sierpniowych wakacji zobaczyłem wiele zmian na twarzy i w sylwetce mego ojca. Tato zresztą zaczął się kurczyć jakby już od wiosny. Chyba nikt nie chciał świadomie przyjąć do wiadomości tych oznak, a szczególnie tego, co one w istocie oznaczały. Cóż mogły oznaczać, gdy ojciec miał ponad siedemdziesiąt lat. Pewnego razu pod koniec sierpnia 1984r., podczas tradycyjnego wypasu owiec (które ojciec namiętnie hodował, jakby jakiś starożytny prorok), zaczęliśmy rozmawiać o śmierci i odejściu. Tak zupełnie na poważnie. Ojciec, wiedząc że wyjeżdżałem na obóz aikido na prawie trzy tygodnie, zechciał się ze mną pożegnać. Mówił też o tym iż z resztą rodziny nie może, gdyż uznałaby go za niespełna rozumu. Powiedział, że czas jego już nadszedł i pora odejść, zupełnie tak jakby chodziło o wyjazd na dłuższy czas. Zresztą powiedzieliśmy sobie do zobaczenia w lepszych czasach.

    Ojciec przekazał mi istotne kontakty odnośnie swego owczarstwa i jak najkorzystniej zlikwidować jego hodowlę owiec. Swojemu kumplowi też hodowcy powiedział, że umówił go z synem (czyli mną) po swej śmierci. Tamten pokpiwał, tylko miał nietęgą minę jak mnie później zobaczył w tej sprawie. Jeszcze mu powiedziałem, że to ojciec mi kazał. Trochę się wystraszył chłopina tej sytuacji, choć już niejedno w życiu widział.

    Stało się tak jak ojciec przewidział. Kiedy powróciłem po obozie do domu rodzinnego, do swej leśniczówki, okazało się że ojciec właśnie jest w szpitalu, zachorował dwa dni wcześniej. Nie było już sposobu aby go jeszcze odwiedzić, ze względu na rzadką komunikację – z owej leśnej dziury nie było łatwo wyjechać. Zresztą za parę godzin przyszedł telegram, który odebrałem osobiście, zawiadamiający o śmierci ojca. W zasadzie wszystko było w porządku, pożegnaliśmy się trzy tygodnie wcześniej, już na wieki wieków, powiedzieliśmy sobie do zobaczenia w lepszych czasach, uzgodniliśmy co mam zrobić z jego hodowlą po jego śmierci, czyli zaraz jak wrócę. Nie potrzeba było łez, uroniliśmy je żegnając się ku wieczności. Dusza porzuciła ciało w stosownym czasie, tylko reszta rodziny nie mogła zrozumieć, dlaczego nie jestem zaskoczony ani rozbity, roztrzęsiony. Chociaż smutno mi było, gdy wracałem do domu, to nawet wiadomość, że ojciec ciężko chory umiera w szpitalu, nie zrobiła na mnie wrażenia. Coś tylko w duchu szepnęło, że niedługo przyjdzie wiadomość, o śmierci oczywiście. Umowa się dopełniła. Poczułem, jakby ojciec miał w sobie coś z natury starożytnych mędrców, którzy zawsze zapowiadali rodzinie kiedy odejdą w wieczną podróż.

    Przyjaciel Kroszczak

    Pamiętam też inną historię z mego dzieciństwa, gdy oswajałem koguta. Miał na imię Kroszczak i towarzyszył mi często w leśnych wędrówkach. Gdzieś około trzeciej klasy podstawówki upatrzyłem sobie tę istotę w stadzie małych piskląt i rozpocząłem regularne osobne karmienie, zabieranie ze sobą, wołanie po imieniu. To niesłychane, ale kogut był o wiele bardziej inteligentny niż wszelkie kundle jakie widziałem dotychczas. Niestety wspólna przyjaźń skończyła się po trzech latach, gdy w ramach niespodzianki podano mi mojego ulubionego przyjaciela w formie rosołu i pieczonego mięska na sobotni obiad. Skończyła się obiata szybko, gdy skonstatowałem co to za kogut. Rodzinka miała go wszędzie, szczególnie na ścianach kuchni i na własnych ubraniach, pomimo że rosół był gorący. Niestety, prawdopodobnie do dzisiaj nikt z nich nie rozumie, o co mi wtedy chodziło. A chodziło o to, że zarąbano mojego przyjaciela. Epitetów nie pamiętam, ale były tylko epitety, wszystkie jakie znałem w piątej już wtedy klasie szkoły podstawowej. Chyba pierwszy raz poczułem wtedy rodzinę jako obcych, co przełomowo zaważyło na całym moim późniejszym stosunku do tak zwanych bliskich, rodziców i rodzeństwa. Oni mieli ubaw, a ja przeżywałem śmierć swego przyjaciela, z którym się dobrze rozumieliśmy. Tak straciłem pierwszego poważnego kumpla w leśnej samotni.

    Dzisiaj, jeśli ktoś mówi, że zwierzęta są mniej inteligentne od ludzi, albo że nie mogą mieć praw, natychmiast pojawia się jakaś chęć likwidacji najbliższej rzeźni, tego miejsca barbarzyństwa, porównywalnego tylko do Oświęcimia. Dopiero później dowiedziałem się o tym, że ludzinka i świninka są bardzo do siebie w smaku podobne. Tak twierdzą kanibale. I taki też pogląd się we mnie utwierdził. Zwłaszcza, kiedy w ramach jakiegoś obowiązku pracy społecznej z epoki późny Gierek, popracowałem trochę przy sprzątaniu w jednej z ubojni (rzeźni). Zwierzęta płaczą i cierpią, a ludzie są tacy obojętni, tacy bestialscy.

    Pierwsze spotkanie z jogą i aikido

    Asany, ćwiczenia postaw ciała hatha jogi, zobaczyłem pierwszy raz w ósmej klasie podstawówki, w „Płomyczku”. Pamiętam jak długo i wielokrotnie czytałem o nich i próbowałem ich zaraz, chociaż było tego niewiele, coś z pół strony. Później wróciłem do ćwiczeń tego rodzaju, chociaż była to tak zwana joga japońska, nauczana w ramach aikido, jako rozgrzewka. Jednakże, japoński nurt budo pochłonął mnie na początku drugiej klasy Liceum. Była jesień 1978 roku, kiedy to za namową kolegi ze stancji rozpocząłem systematyczny trening aikido.

    Pragnienie ćwiczenia jogi też sobie gdzieś dojrzewało, pielęgnowane w sercu jako chęć poddania się takiemu treningowi, która od czasu do czasu wracała w ramach marzeń, przeplatając się z tymi „naukowymi” marzeniami o zostaniu astronomem, czy raczej ściślej o poznaniu jak zbudowany jest kosmos, co też w pełni zaspokoiłem. Tymczasem popołudnia wolne od lekcji spędzałem w dodźio, w sali ćwiczeń sztuk walki. I tak było aż do matury, kiedy to kułem do egzaminów i tych szkolnych i tych z aikido, teraz już celując w zostaniu instruktorem.

    Kiedy w czerwcu 1981 udawałem się na kurs instruktorów aikido, był to czas, kiedy inni kuli do egzaminów wstępnych. Szczęśliwie zdałem jedne i drugie. Rodzina do dzisiaj nie w pełni zdaje sobie sprawę jak pilnie ćwiczyłem aikido dokładnie przed egzaminami wstępnymi na astronomię. Dwie pasje szły ramię w ramię i łeb w łeb. W ogólniaku jeździłem na obozy kółka naukowego młodych astronomów, acz zawsze zabierając ze sobą strój do ćwiczeń japońskiej drogi aikido. Miałem w czasie studiów do wyboru: albo zapomnieć o aikido, albo zostać instruktorem i założyć sekcję w akademickim ośrodku, w którym takowej dotychczas nie było.

    Pamiętam wszystkie noce spędzone na wpatrywaniu się w niebo i zliczaniu meteorów. Oczywiście, w czasie nocnych niebieskich obserwacji, zdarzyło się i coś co przypomniało, że raczej nie jesteśmy sami w tym wszechświecie, i można powiedzieć, że była to jedna z najbardziej pasjonujących obserwacji, jaka zdołała mi się trafić. Nigdy więcej nie mogłem już potem rozmawiać o występowaniu życia w kosmosie bez poczucia śmieszności wszystkich tych tak zwanych naukowców, którzy poddają rzecz w wątpliwość, bądź odkładają w sferę wiary. Naoczne doświadczenie, kiedy oczy zobaczą wielką i dziwnie poruszającą się kulę, a nawet stado takich obiektów, wyzwala duszę ze sceptycyzmu.

    Podróż ku Niebiosom

    Podróż ku niebiosom żyła cały czas swoim rytmem, sobie tylko właściwym tempem. Prawdopodobnie więcej o wszechświecie dowiedziałem się z rozważań filozoficzno – duchowych jednego z moich pierwszych duchowych nauczycieli aikido i ze studiowania mistycznej kosmogonii Omotokyo, niż ze wszystkich razem wziętych wykładów w czasie moich studiów. Zajmując się aikido w szkole średniej, otarłem się także o istnienie zen, jednakże dopiero w czasie studiów udało mi się nawiązać jakiś kontakt z grupami praktykującymi sztukę siedzenia w zazen (zazen), oraz posiedzieć trochę w różnych ośrodkach. Było to bardzo pomocne, jakby w parze do ćwiczenia aikido.

    Głębokie metamorfozy spojrzenia na życie i świat otaczający dosięgnęły mnie na większą skalę już w szkole podstawowej. Pierwej, kiedy leżałem długo zmożony dolegliwościami reumatycznymi, w trzeciej klasie, otworzył się przede mną kosmos, z całym bogactwem planet i planetoid, gwiazd i rozmaitych niebieskich obłoków. Następny raz, to około szóstej klasy, kiedy to przyniosłem najgorsze ze wszystkich świadectwo. W owym czasie, część rodzeństwa zaangażowała się we własne rodziny i tak gęsto było mieszkańców w rodzinnym domu, iż z braku miejsca wyniosłem się na strych, na poddasze, gdzie był nieustanny przewiew pod samą dachówką. O dziwo, nikt z domowników nawet nie zauważył, że nie mieszkam w żadnym pokoju razem z nimi, że wyprowadziłem się na poddasze.

    Po trzech miesiącach ojciec pierwszy zdał sobie sprawę, że w układaniu kto gdzie będzie mieszkał, zostałem po prostu pominięty. Suma sumarum, reszta więzi pokrewieństwa z rodzeństwem i rodzicami jakoś się wtedy rozwiała definitywnie i zaczęli być wszyscy tacy sami jak wszyscy obcy ludzie. Przyniosło to właściwą perspektywę widzenia, bez przywiązań do przeszłości. Taki kolejny krok na drodze do wyzwolenia, który przyszedł samoistnie, bez żadnej tam szczególnej praktyki duchowej.

    Kolejne doświadczenie poszerzające świadomość boskiej obojętności przyszło, też na gruncie rodzinnym, na przełomie podstawówki i ogólniaka. Będąc na granicy depresji i samounicestwienia, wszystko na tle rodzinnych konfliktów, znalazłem się po raz pierwszy w doświadczeniu na krawędzi śmierci, czy jak to mówią czasem specjaliści, przeżyłem wstrząsowe doznanie z pogranicza śmierci. Coś jakby pobyt po drugiej stronie życia. Śmierć, dzięki temu pouczającemu doświadczeniu, przestała być czymś, czego należałoby się bać, stała się czymś obojętnym. Zdałem sobie jasno sprawę z faktu, że umrzeć to wcale nie znaczy to samo, co przestać istnieć. Zapewne dlatego tak dobrze potem zrozumieliśmy się z moim ojcem, gdy wybrał się w daleką podróż na drugą stronę życia. Tak to, jako młody licealista, miałem już konkretną refleksję popartą własnym życiowym doświadczeniem, w sferze, która wprawiała wszystkich znajomych raczej w panikę i popłoch, a podobno byli wierzącymi i religijnymi ludźmi.

    Pamiętam, kiedy przywieziono mnie wtedy do szpitala w stanie półprzytomnym, (zatrułem się bowiem lekami, zjadłszy nie te co trzeba, do tego przeterminowane i zbyt dużo, myśląc, że w ten sposób szybciej przejdą mi jakieś bóle) pierwsze co usłyszałem od współpacjenta, że na tym łóżku już trzech po kolei umarło i że jestem kolejnym kandydatem do pogrzebania. Zresztą pozostali pacjenci o niczym ze sobą nie rozmawiali, jak o tym, kto zdaniem kogo i kiedy powinien w tej sali kopnąć w kalendarz. Ciągle wychodziło na mnie, ale jednak jakoś przeżyłem. Oglądałem tylko wszystkich jakby z góry i jakby w półśnie. Pamiętam jak nawet lekarz zastanawiał się czy już podpisać akt zgonu czy też jeszcze nie. Jak oprzytomniałem trochę, to pacjenci oczywiście przypomnieli, że papiery (do pochówku) doktor już przygotował. Tylko podpisać i wyjazd (do kostnicy rzecz jasna). Inne zmarłe dusze też ciągnęły w swoją stronę, ale jakoś wola życia była tym razem o wiele silniejsza. A ja miałem dziką satysfakcję, jak do pochówku wywozili z tej pechowej sali (ciężkie przypadki) tych jednak, co najwięcej krakali nade mną. Tak im widać było pisane.

    Najbardziej mistyczne doświadczenia związane jakoś z aikido przyszły gdy kończyłem ogólniak, a potem we wakacje, gdy już byłem przyjęty na studia. Czwarta klasa ogólniaka to owoc wielu ćwiczeń oddechowych i kontemplacji jakie robiłem na bazie aikido i całej tej japońskiej jogi. Może też trochę kontynuacja uprzedniego doświadczenia z umieraniem, albowiem pogłębiło się wielce i nabrało wymiaru systematycznej, prawie codziennej przygody ze świadomością na krawędzi śmierci, trochę po drugiej stronie i z powrotem. Zaczęło się tak, przy końcu drugiej klasy ogólniaka, że leżąc jak należy, na wznak, oddychając głęboko i skupiając się na wiszącym na ścianie portrecie Mistrza Uyeshiba, założyciela aikido, zapadałem jakby w krótki sen. W czasie tegoż niby snu, zacząłem doznawać warkotu przenikliwego dźwięku, jakby zapalania motocykla lub dodawania gazu. Potem ciało stawało się bezwładne, jakby z ograniczonym czuciem czy lekkim paraliżem, taka niemoc. W końcu usiłowałem się rozejrzeć, lecz w pół śnie zobaczyłem iż obraz Mistrza wiszący na ścianie jest jakby podwójny. Zdumienie, podniosłem się lekko i płynnie, rozejrzałem po pokoju i obróciłem się z powrotem do łóżka na swojej stancji, by ze zdumieniem ujrzeć iż leżę jednak na łóżku, to znaczy ciało leżało nieporuszone, a ja spacerowałem sobie spokojnie po własnym pokoju. Doświadczenia tego rodzaju powtarzały się potem często, praktycznie każdego dnia, gdy tylko położyłem się aby odpocząć, i gdy leżąc starałem się bardziej odprężyć. Szczęśliwie, głównie tylko wtedy, gdy byłem sam, chociaż później, już w czasie studiów miałem takowe i w towarzystwie współlokatorów z akademika, którzy zastanawiali się czasem nawet czy aby nie wyzionąłem ducha. Mawiali mi, że wyglądam jakbym umarł, gdy drzemię.

    Pamiętam, iż pierwsze kilkaset zdarzeń ekscytowało mnie bardzo, gdy mogłem na przykład przeczytać książkę, zapamiętać z niej wszystko i potem okazywało się iż w prawdziwej książce pisze dokładnie to, co czytałem uprzednio, niejako w stanie ni to pół jawy, ni to pół snu, albo, gdy odwiedziłem kolegę w sąsiednim pokoju i potem dokładnie opowiedziałem mu o tym co robił. Doświadczenia te, chociaż inspirowane po części oddychaniem i odprężaniem, przypominały stany doznawane, gdy byłem w szpitalu bliski zejścia z tego świata. Trudność sprawiało wracanie z tych przeżyć z powrotem. Zawsze był to nagły skok, podobny do obudzenia się w czasie gdy coś się śni. Główną różnicą była ewidentna realność i sprawdzalność rejestrowanych doznań.

    Później dowiedziałem się coś więcej o zjawiskach z pogranicza umierania, a doświadczenia tego rodzaju przestały być czymś nadzwyczajnym. Końcowy okres ogólniaka spędziłem więc jedną nogą tutaj, a drugą tam, jak można by to podsumować. Okres maturalny był poświęcony nauce i treningowi do maksimum. Kiedy inni nie mogli godzić aikido z nauką i maturą, traktowałem ćwiczenia aikido jako codzienny relaks od nauki. Szczęśliwie mieszkałem na stancji, samotnie, gdyż właścicielka lokalu często wyjeżdżała. Rodziców odwiedzałem nawet i tylko raz w miesiącu, więc nikt nie przeszkadzał mi w tym co postanawiałem robić. Mogę tylko być wdzięczny losowi za wszelkie okazje i możliwości, które się wtedy pojawiły.

    Kiedy zostałem w końcu przyjęty na studia i zostałem jakoś instruktorem aikido, prawie w jednym czasie (przełom czerwiec – lipiec 1981), podczas wakacji poświęcałem maksimum czasu na trening z mieczem i kijem, oraz na medytacje w seiza czy zazen, jak zwie się po prostu siedzenie i uważne oddychanie w japońskim treningu mistycznym. Pamiętam z tych wakacji jedno uwznioślające doświadczenie, które zaważyło wiele na moim późniejszym wyborze drogi ku niebiosom.

    Przypływ Złotego Blasku

    Siedząc kolejnego sierpniowego wieczoru z twarzą jak zwykle ku wschodowi, zasiedziałem się w japońskiej klęcznej pozycji przez ponad ćwierć doby, cały wieczór aż do późnej nocy. Rozmyślając o tym czego poszukiwali starożytni mędrcy uprawiający kontemplacje i siedzący przez wiele dni, miesięcy, a nawet lat, stopniowo doświadczałem, jak całe otoczenie, drzewa i trawa, piękny leśny krajobraz, cały promieniował bardzo przenikliwym i delikatnym, złotawym światłem. Blask ten stopniowo narastał i nasilał się, ledwie zdałem sobie sprawę, że cała otaczająca przestrzeń po prostu zanikała i w końcu znikła, wypełniając się tym złotawym blaskiem. Myślałem z początku, że to słońce zachodząc, daje morze tak wspaniałego światła. Jednak było coraz trudniej myśleć i w końcu doświadczyłem po raz pierwszy co to znaczy ten absolutny spokój umysłu, w którym nie ma żadnego myślenia, o którym coś słyszałem od moich dotychczasowych nauczycieli aikido.

    Nie było żadnego krajobrazu, tylko złocisty blask, który jakby nie miał żadnego źródła. Poczułem, jakbym spotkał się z kimś naprawdę bardzo serdecznym i bliskim. Morze złotego jaśnienia w którym znalazłem się jakimś dziwnym trafem było jak wspaniała i dobrze znana acz dawno nie widziana przestrzeń, kiedy oglądasz miejsca, które kochasz, a w których dawno cię nie było. Ogromne świetliste jaśnienie było bardzo serdeczne i przyjacielskie, nie miałem żadnej chęci aby kończyć jego trwanie, a jedynie wrażenie, że tak jest od zawsze i na zawsze. Wszędzie było to złotawe, skojarzone na początku z blaskiem jaśniejącego słońca o zachodzie – morze jaśnienia i światłości.

    Nawet rodzina mi w tym nie przeszkadzała, choć zwykle byłem zaczepiany w trakcie tych swoich ćwiczeń. Kiedy się ocknąłem, zjawisko bowiem nagle się rozpłynęło, zauważyłem, że jest najczarniejsza noc, świeciły ukochane gwiazdy, była pierwsza w nocy. Ojciec mój opowiadał mi później iż miał wrażenie jakby wydarzyło się coś wielkiego i przeczucie, że nie należy mi dziś przeszkadzać. Zabronił nawet matce zakłócać i przerywać moją medytację. Siedziałem cały czas na tej samej zielonej trawie, w japońskiej postawie medytacyjnej, w seiza. Nogi były sprawne, nie było żadnego, o dziwo, problemu ze wstaniem. Wszyscy już spali, gdyż pora była późna. Pozostała tęsknota za ponownym spotkaniem z tym złocistym blaskiem, w którym znika cała dotychczasowa rzeczywistość, a nawet poczucie czasu.

    Zauważyłem po tym jakościowy skok we wszystkich technikach i ćwiczeniach aikido. Dziwne, ale bez treningu nawet szły mi o wiele lepiej i potem często z nagła pokazywałem coś, co inni bardzo chcieli się nauczyć, a dla mnie było to niewytłumaczalnie proste. Tak potem rozpocząłem aktywność polegającą na przekazywaniu praktyki aikido w otoczeniu treningu Ki i mistycznych ćwiczeń oddechowo – kontemplacyjnych.

    Rozmawiałem później o tym doświadczeniu z nauczycielem Zen, niejakim Soen Sahn Nimem, ale sugerował mi tylko abym tak długo kontemplował, rozmyślał na ten temat, aż zrozumiem czym to naprawdę było i co dla mnie znaczy. Tak też postąpiłem za tą radą.

    Z początkiem jesieni 1981 rozpocząłem studiowanie astronomii w Toruniu. Ledwie dostawszy się na studia i ledwie co zostawszy instruktorem aikido, rozpocząłem prowadzenie zajęć w założonej przez siebie sekcji akademickiej przy Uniwersytecie. Warunki były skromne, ale trening pochłaniał mnie coraz bardziej, a dodatkowe spotkania z ludźmi o podobnych zainteresowaniach i poszerzanie pola swoich doznań i doświadczeń sprawiło, iż niezbyt ciekawie aranżowany tok studiów uniwersyteckich stracił swoją atrakcyjność. Znalazłem tam wiele głupich i niepotrzebnych nikomu rzeczy, najmniej zaś było wiedzy o wszechświecie i astronomii jako takiej. W dodatku, to wszystko co mnie interesowało już poznałem w szkole podstawowej i średniej.

    Podczas stanu wojennego byłem dodatkowo pochłonięty nawiązywaniem ciekawych kontaktów, treningiem i kolportowaniem literatury mistyczno-religijnej. Tak mijał czas, aż do 1986 roku, kiedy zdecydowałem się gwałtownie na rozstanie z Uniwersytetem, ponieważ nie wnosił nic twórczego do mojego życia. Dusza nie chciała uczyć się rzeczy zbędnych ani błędnych teorii.

    W czasie tym zapoznałem się intensywnie z teozofią, okultyzmem, charyzmatycznymi doktrynami zielonoświątkowymi, radiestezją i psychotroniką, z rebirthingiem, medytacjami trójkątów i grupami transmisyjnymi, z naukami Krisznamurtiego, Św. Jana od Krzyża i z wieloma innymi mistycznymi programami duchowymi. Szczególnie pamiętam i cenię sobie suficki trening Din-i-Illai wraz ze spotkaniami z Khalif Akbar Suachani-al-Hadźidź, wielkim nauczycielem starożytnej szkoły Subudh, spotkania i treningi z moim najgłówniejszym nauczycielem aikido, z Shihan Yichihara Imoto oraz z nauczycielem laja jogi, spotkania z którym dopełniły całkowicie mojej duchowej edukacji – z Baba Śiwanandą.

    Jedność Buddy i Chrystusa

    Przestudiowywałem jednocześnie chrześcijańską Biblię i nauki wzniosłego Buddy. I nie znalazłem pomiędzy nimi żadnych sprzeczności, a wręcz przeciwnie, ukazało się jasnym, że obaj wieszczowie głosili dokładnie takie same doktryny współczucia i miłosierdzia Bożego, obaj byli reformatorami na gruncie swoich skostniałych fundamentalistycznych doktryn religijnych. Zarówno Chrystus jak i Buddha byli z pochodzenia synami królewskich rodów, obaj ukochali biednych i prostych ludzi, obaj nieśli takie samo wsparcie w postaci nauk wolności duchowej i miłości wzajemnej pomiędzy ludźmi. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jakimi niegodziwcami są wszyscy kapłani i księża, którzy usiłują zaprzeczać tym oczywistym faktom. Zawsze, kiedy pojawiały się wątpliwości i trochę nad nimi medytowałem i modliłem się w Duchu Świętym, pojawiał się złocisto-świetlisty blask, który rozjaśniał wątpliwości i pokazywał, że Droga jest tak naprawdę Jedna i ta sama, a ci, którzy uczą o różnicach robią tragiczne w skutkach błędy.

    Podobne doznania i przebłyski pojawiały się także już na gruncie treningu mistycznego aikido i omotokyo. Ciągle przychodzi do mnie takie piękne wrażenie, jakby wizja, Buddy i Chrystusa, siedzących razem, na jednym tronie i wykładających swe nauki, każdy w swoim języku, jednakże tak, jakby jeden wyjaśniał lub tłumaczył ze swojego punktu widzenia, co drugi miał na myśli, gdy wypowiadał się w pewnych kwestiach.

    Zajmując się głębiej mistyką chrześcijańską i chadzając też często do różnej maści wspólnot i pastorów chrześcijańskich, otrzymawszy Ducha Świętego w kilku wspólnotach charyzmatycznych modliłem się często o głębsze zrozumienie jednej owczarni i jednego pasterza, aż Duch Boży zaczął wskazywać czym to naprawdę jest, podsuwając odpowiednie nauki i instrukcje, które dziś mogę nazwać Światłem Ekumenii i Jogą czyli odsłonięciem prawdy o tym, że wszystkie religie prowadzą do tego samego celu i zostały założone przez posłańców przybyłych z tego samego źródła.

    Aikido i cała japońska mistyka Shinto stały się dla mnie pewną podstawą, dzięki której mogłem wiele doświadczyć i zrozumieć. Dlatego najważniejsze instrukcje, które pomogły mi wielce na mojej ścieżce do Boga zaczerpnięte są właśnie z treningu harmonii z Duszą Wszechświata, która okazała się być tym samym co chrześcijański Duch Święty i hinduski Brahman, Duch Najwyższy. Mam nadzieję, że wszyscy zainteresowani cokolwiek drogą jaką wędrowałem, spożytkują na własny użytek wszystkie te instrukcje, które mnie doskonale służyły i które mnie prowadziły po ścieżce, a nawet czynią to w dalszym ciągu, wiodąc ku Wielkiemu Nieznanemu.

    Mohan Ryszard Matuszewski