Brak wpisów w tej kategorii.

Tag: aikido

  • Cezary Gmyz i Rzeczpospolita – funkcjonariusz komunistycznej Służby Bezpieczeństwa PRL atakuje Bractwo Himawanti i Mohana Ryszarda Matuszewskiego

    Cezary Gmyz i Rzeczpospolita – funkcjonariusz komunistycznej Służby Bezpieczeństwa PRL atakuje Bractwo Himawanti i Mohana Ryszarda Matuszewskiego

    W październiku 2012 dziennikarz sekciarskiej tuby sekty Fronda, dziennika Rzeczpospolita, Cezary Gmyz zaatakował Antypedofilskie Bractwo Himawanti oraz Mohana Ryszarda Matuszewskiego z powodu spodziewanej nominacji szefa biura prawnego Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Kazimierza Mordaszewskiego na stanowisko zastępcy i prawej ręki ABW generała Krzysztofa Bondaryka. Jak na dziennikarza sekty Fronda, przybudówki sekty Opus Dei przystało, ów pismak zapomniał porozmawiać z panem Mohanem Ryszardem Matuszewskim, co ma do powiedzenia w temacie swojego ucznia i adepta sztuk walki oraz medytacji i japońskiej jogi, Kazimierza Mordaszewskiego. W zamian Cezary Gmyz wypisuje typowy już i oklepany w mediach obrońców księży pedofilów i byłych acz szukających „zapunktowania” w kościele eSBeków stek zmyślonych bzdur i kłamstw politologicznych na temat Antypedofilskiego Bractwa Himawanti oraz szefa naszych terapeutów Mohana Ryszarda Matuszewskiego. Warto nie tylko sprostować brednie na temat Antypedofilskiego Bractwa ale warto także przyjrzeć się mrocznej postaci Cezarego Gmyza, który usilnie atakuje prokościelną i powiązaną interesami członków sekty Opus Dei Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Momentami, w publikacjach Cezarego Gmyza większa nienawiść przebija do ABW niż do Bractwa Himawanti czy Mohandżi.

    Nie ulega wątpliwości, że Kazimierz Mordaszewski przez wiele lat ćwiczył w Toruniu w sekcjach Aikido i bardziej wojskowego Aiki-Jutsu pod kierunkiem swojego trenera i mistrza sztuk walki, Shihana Mohana Ryszarda Matuszewskiego. Ćwiczył łagodne techniki samoobrony i kontrataku znane jako Aikido Mistrza Morihei Ueshiba i studiował także pilnie filozofię Omoto-Kyo, którą rozpowszechniał Mistrz Ueshiba Morihei. Kazimierz Mordaszewski ćwiczył pilnie także sztukę Aiki-Jutsu (czyt. Dżutsu), znacznie twardszą metodę walki, ataku i obrony, znaną z japońskich bitew i filmów. Kazimierz Mordaszewski w latach 80-tych XX wieku ćwiczył także sztukę walki kijem Jodo  (Dżodo) oraz sztukę walki samurajskim mieczem, Ken-Jutsu oraz ulubioną przez Shihan Ryszarda Matuszewskiego Yari-Jutsu, walki lancą, piką, naginatą i podobnymi sprzętami. Kazimierz Mordaszewski ostatecznie otrzymał certyfikat tzw. Kirikami (dosł. cięcie bogów), co oznacza potwierdzenie zdolności bojowej Aikido i Aiki-jutsu na poziomie 1 i 2 Dan. Mohan Ryszard Matuszewski uczył tych sztuk włącznie z nielubianą przez nazistowskie sekty pokroju Fronda filozofią wschodnią oraz wiedzą o japońskiej kulturze i podstawach języka.  

    Kazimierz Mordaszewski szybko, bo już po roku treningu został jednym z licznych asystentów (sempai) w sekcjach Shihana Mohandżi Ryszarda Matuszewskiego, z czasem prowadził zajęcia, treningi, a także pomagał w prowadzeniu regularnych obozów szkoleniowych, trwających w wakacje zwykle dwa lub trzy tygodnie. W latach 80-tych XX wieku w samym Toruniu ćwiczyło u Mohana Ryszarda Matuszewskiego ponad 3 tysiące osób, głównie studentów, a zostanie asystentem, sempai’em, wcale nie było łatwo. Po zakończeniu studiów w Toruniu, Kazimierz Mordaszewski otworzył własną sekcję Aikido i Aiki-Jutsu, najpierw w Suwałkach, a potem w Białymstoku, gdzie kilka razy w roku organizował zapraszając do prowadzenia zajęć swojego Mistrza, Shihana Matuszewskiego tzw. staże, czyli intensywne 2-3 dniowe szkolenia z zakresu tych dyscyplin. Mistrz, Shihan Mohan Matuszewski znany jest z tego, że prowadzi treningu dość ostro, a techniki wykonuje realnie, zatem asystenci i ćwiczących z nim muszą dobrze uważać, żeby przeżyć wyczerpujących fizycznie trening.

    Niektórzy uczniowie Shihan Mohana Matuszewskiego oficjalnie nauczają Aikido oraz Aiki-Jutsu w samej Japonii, tak są dobrzy w owych dyscyplinach, wspomaganych japońską jogą oraz technikami medytacji, także czasem metodami treningowymi zaczerpniętymi z indyjskiego Kalaripayat nauczanego wśród adeptów Bractw Himawanti. Cezary Gmyz jak widać nie sprawdził nic, nie dowiedział się niczego, ani o Antypedofilskim Bractwie Himawanti ani o innych działalnościach Mistrza Lalitamohandżi. Trzeba powiedzieć, że Kazimierz Mordaszewski, to nie tylko jakiś uczeń Shihana Mohana Matuszewskiego, co tam trochę przypadkiem poćwiczył, ale także uczeń, który sam stał się cenionym mistrzem w obronnych i militarnych dyscyplinach, których się od Mohana Matuszewskiego był wyuczył. Poznać Mistrza po robocie, w szczególności po wynikach i osiągnięciach jego uczniów, takich jak Kazimierz Mordaszewki. Nie jest także prawdą jak podaje inny chorowity na głowę demagog w Gazecie Wyborczej, Wojciech Czuchnowski, że Mordaszewki pobił Matuszewskiego na zawodach Karate, gdyż Shihan Mohan Ryszard Matuszewski nie ćwiczy Karate i nie występował na zawodach w turniejach Karate. Niektórzy dziennikarze pewnie nie odróżniają Judo (Dżudo) od Karate, a co dopiero Aikido czy Aiki-Jutsu od innych wschodnich dyscyplin sztuk walki. Kazimierz Mordaszewski wszystko co umie w dziedzinie Aiki-Jutsu czy Aikido, wyuczył się od swojego Shihana Mohana Ryszarda Matuszewskiego, acz to czy i jak inwigilował swojego mistrza, Sensei, Shihana i Shoguna Aiki-Jutsu i na konto jakiej służby jest osobną sprawą do gruntownego zbadania.

    Cezary Gmyz – Utajniona kariera eSBeka

    Cezary Gmyz to formalnie wyznawca jednej z niewielkich w Polsce sekt stowarzyszonych z katolicyzmem, wyznawca sekty o nazwie Kościół ewangelicko-augsburski czyli luteranin tak jak Jerzy Buzek, znany z wydymania Narodu Polskiego ustawą o funduszach emerytalnych, która wyprowadza pieniądze z ZUS, aby bogaci aktywiści z sekty Opus Dei mogli sobie grać kaską z OFE na giełdach. Jest to tajemnicą poliszynela, że wszystkimi OFE trzęsie nazistowska sekta Opus Dei, która z OFE uczyniła sobie łatwy żer, żerując na biedzie emerytów i rencistów w Polsce. Cezary Gmyz jest członkiem Synodu Kościoła ewangelicko-augsburskiego diecezji warszawskiej i formalnie udziela się w strukturach rady ekumenicznej wiążącej z Kościołem katolickim kilka odstępczych i heretyckich wedle nauk papieskich sekt tzw. „braci odłączonych”. Luteranie jak wiadomo w historii ochoczo udzielali się w inkwizycyjnym zbójcowaniu, paleniu żywcem osób podejrzanych o czarownictwo, okultyzm czy inne niż własna herezje. Przy okazji Cezary Gmyz pomaga neohitlerowskiej fundacji niemieckiej odzyskiwać mienie i ziemie dawnych hitlerowców, nazistów i gestapowców, którzy musieli wynosić się z Polski po przegraniu II wojny światowej.

    W czasie drugiej wojny światowej sekta ewangelicko-augsburska była najbardziej spolegliwa z reżimem hitlerowskim w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Członkowie sekty luterskiej zajmowali prominentne stanowiska w SS oraz gestapo, jako druga opcja chrześcijańska po katolikach watykańskich stanowiących trzon gestapo i SS włącznie z katolikiem Adolfem Hitlerem. Wielu wyznawców sekty zwącej się szumnie Kościołem ewangelicko-augsburskim zostało w Norymberdze skazanych na surowe kary za zbrodnie przeciwko ludzkości. W takiej sekcie, po same uszy, rzekomo jako gorliwy wyznawca tkwi dziennikarz sekciarskiej gazety o nazwie Rzeczpospolita. Niewątpliwie, nie z powodu bratniej miłości skrajnie katolicko-faszystowskiej sekty Fronda i kolaborującej ochoczo z nazistami sekty ewangelicko-augsburskiej, ale z powodu przynależności do tajnej organizacji bojówkarskiej czyli do sekty Opus Dei, organizacji łączącej pod patronatem papieża i Watykanu wszystkie kolaborujące z reżimami Franco, Hitlera, Salazara, Tisso czy Pavelica odłamy nazistowskich chrześcijan. Jest to bardzo ważny powód pokazujący skąd taka nienawiść Cezarego Gmyza, taka faszystowska mowa nienawiści do pokojowego ruchu ABH ujawniającego chrześcijańskie skandale pedofilskie oraz  wpływy faszystów i nazistów w organizacjach rzekomo religijnych czy politycznych.

    Antypedofilskie Bractwo Himawanti demaskuje pedofilię kleru, faszyzm, nazizm, zbrodnie inkwizycji, także homoseksualizm księży, biskupów i zakonnic. Cezary Gmyz należy niewątpliwie do bandy inkwizytorów i to o podwójnej roli czy podwójnej, agenturalnej działalności. Wszak będąc członkiem Synodu Kościoła ewangelicko-augsburskiego, jednocześnie jest szpiclem, szpiegiem watykańskiej bezpieki katolickiej z ramienia sekty Opus Dei. Pisze zatem regularne donosy na swój macierzysty kościół luterski do watykańskiej bezpieki, bo tak mu regulamin przynależności do sekty Opus Dei nakazuje. Raz w tygodniu musi napisać szczegółowy raport ze wszystkiego co robił, o czym rozmawiał i z kim się zadawał do swoich przełożonych w kwaterze głównej faszystowskiej sekty Opus Dei, założonej jak wiadomo przez schizofrenika, który po roku leczenia psychiatrycznego uciekł z hiszpańskiego wariatkowa i założył sektę Opus Dei, a nazywał się Josemario Escriva. Papież Karol Wojtyła JP2 cały swój pontyfikat oparł na tej niebezpiecznej sekcie faszystów znanej jako Opus Dei, która go zresztą papieżem uczyniła i której oddał całą władzę nad katolickim kościołem, który zaczął przez to dryfować na zgubne manowce.

    Zrozumieć Cezarego Gmyza można w kontekście jego młodocianej, studenckiej działalności, gdzie dzieciak urodzony w 1967 roku rozpoczyna studia w 1986 roku i od razu podpisuje deklarację o współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Warszawska delegatura Służby Bezpieczeństwa nie miała problemu ze zwerbowaniem młodego agenta w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Jak wielu wiceprzewodniczących NZS w Polsce był kontrolowaną przez Służbę Bezpieczeństwa PRL wtyką w strukturach Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Taką ono miało niezależność jaką babcia dzisiejszej ABW rodem z PRL, Służba Bezpieczeństwa PRL tolerowała, taką niezawisłość miał NZS, jaką agenci polskiego SB, nieprzychylni i szukający jak największej niezależności od Moskwy, przydzielili poprzez sieć swoich agentów, zwykle zastępców czyli lokalnych  wiceprzewodniczących, chociaż czasami także przewodniczących. Trzeba pamiętać, że pracę każdej wtyki SB kontrolowała poprzez jedną lub dwie inne wtyczki, zatem w takich zarządach zwykle były dwie wtyczki, co na trzy osobowy zarząd dawało stałą przewagę decyzyjną Bezpiece PRL. Trwało odgórnie zarządzone, eksperymentalne rozmontowywanie systemu moskiewskiego w końcu uwieńczone samolikwidacją ZSRR, którego funkcjonariusze tak samo jak w PRL bardziej marzyli o karierach miliarderów niźli o karierach zasłużonych strażników stalinizmu na którym PRL w zasadzie powstało.

    Niestety raporty do babuni eSBecji Cezary Gmyz musiał pisać tylko raz w miesiącu, a to jest cztery razy rzadziej niźli aktualnie na swój synod luterski i kumpli z redakcji „Rzepy” pisze do watykańskiej bezpieki sekty Opus Dei. Już po 2 latach, za wstawiennictwem eSBeckiej części rodziny nasz bohater narodowy, naziolski supernumerari OD Cezary Gmyz dostał etat funkcjonariusza SB z klauzulą tajności, jak to się mówi, praca studenta pod przykryciem, a dzięki temu środowiska teatralne i NZS-owskie były dobrze rozpracowane, inwigilowane, a nawet nadzorowane przez wzorową pracę młodego agenta zwerbowanego do Służby Bezpieczeństwa PRL. Od 1990 roku inwigilował kolejne tytuły prasowe i telewizyjne, gdzie jako dziennikarz inwigilujący środowiska podejrzane wchodził z polecenia swoich szefów padającej już na pysk Służby Bezpieczeństwa powoli przekształcanej w UOP, matecznik dzisiejszej ABW. Żona i dwoje dzieci pewnie nie wiedzą, gdzie pracował ich tatuś, Cezary Gmyz, ale może lepiej niech się dowiedzą skąd miał pieniądze, ale tylko do roku 1993, który to był jakoś krytyczny w karierze młodego funkcjonariusza eSBecji zdobytego metodą werbowania agentów poprzez TW.

    Zwerbować Cezarego Gmyza jako TW było łatwo – jak twierdzi jego ówczesny oficer prowadzący, dziś emerytowany i wiekowy J.B., – na tak zwane „skłonności”. Agent otóż uczestniczył w imprezce „barabara”, tyle, że dla rozrywki, w jednym z nieformalnych gejowskich klubów stolicy, gdzie w końcu pijany „w trzy dupy”, ładnie dawał rurę kolegom homosiom od kielicha, których teraz widać za to nie lubi i zwalcza w ramach Frondy. Strach przed ujawnieniem takich informacji rodzinie czy dziewczynie, a i współwyznawcom luterskim, z każdego łatwo czyni wstrętnego agenta nawet najbardziej znienawidzonego reżimu. W 1993 roku jednak „Firma” uznała, że „tajnos agentos Cesarus Gmyzus” nie jest dalej użyteczny ani potrzebny i wywaliła ze służby dla Ojczyzny, co oznaczało także utratę pokaźnej pensji członka korpusu SB/UOP. Nie do końca znamy przyczyny, ale z tego co wiadomo, nasz agencik był takim Czarusiem, który lubił kłócić się ze wszystkimi. Z kierownictwem Służb Specjalnych, SB, UOP czy ABW, jednak zwykle nie należy się kłócić i jest to normą we wszystkich służbach na świecie. Oni wymagają uległych i poddanych niewolników ślepo wykonujących wszelkie polecenia. Agenta jak widać zagospodarowała sekta Opus Dei, bo idzie mu już 20-lecie pracy w agenturze watykańsko-faszystowskiej Opus Dei. Jak to były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa PRL, Cezary Gmyz, w latach 2003-2007 robił karierę w Tygodniku „Wprost”. A potem już z nadania sekty Opus Dei, robi za śledczego od lipnych awantur w sekciarskim, frondowym, organie demagogii politycznej czyli w „Rzeczpospolitej” oraz w jeszcze bardziej bełkotliwym „Uważam Rze”.

    Szczególnym zadaniem jakie spełnił Cezary Gmyz, agent eSBecji pracujący pod przykrywką młodego dziennikarza, była inwigilacja otoczenia papieża Jana Pawła II, o którym po pierwsze, pisał i publikował, nie tylko w gazetach ale i w TVP, a po drugie, pisał szczegółowe raporty na użytek Służby Bezpieczeństwa, a potem Urzędu Ochrony Państwa czyli UOP, spadkobiercy agentów i metod SB z czasów PRL. Praca ta, szczególne zadanie eSBeka Cezarego Gmyza trwało jednak tylko trzy lata… Z innej strony jednak dziwi takie dobre przeszkolenie agenta SB/UOP Cezarego Gmyza w dziedzinie zbierania informacji w tak licznych środowiskach jak inwigilowanie NZS czy papieża Jana Pawła II, a z drugiej takie wpadki jak nie przeprowadzenie rozmowy ani nawet jednej próby wywiadu z członkami Bractwa Himawanti czy samym zainteresowanym, Mohanem Ryszardem Matuszewskim. Wszak żyje jeszcze wielu członków Bractwa z lat 80-tych XX wieku w Polsce, żyje także i ćwiczy czynnie wielu adeptów Aikido i Aiki-Jutsu, którzy pod okiem Shihana Mohana Matuszewskiego zdobywało stopnie Kyu i Dan. Żyją i ćwiczą liczni koledzy i koleżanki Kazimierza Mordaszewskiego z sekcji w Toruniu, jak i z sekcji w Suwałkach czy Białymstoku. Cezary Gmyz mógł się dowiedzieć bardzo wiele o życiu i działalności Kazimierza Mordaszewkiego z lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Ale nie chciał się dowiedzieć, bo widać sam ma sporo więcej na sumieniu z tamtych lat, a grzebanie mogłoby i jego zbytnio odgrzebać, obnażyć i zadenuncjować, co nie zawsze jest wygodne byłym eSBekom.

    Służby Informacyjne BZH jednak nie śpią i odgrzebały trochę z Cezarego Gmyza, nie tego co sobie sam o sobie napisał w ramach naziolskiej reklamy na Wikipedii, ale tego prawdziwego, znanego nawet za oceanem, w USA, z brzydkiej działalności i raczej dużo gorszej strony niż na podstawie autoreklamy w Wikipedii robionej z domowego komputera i z kompa w pracy w gazecie, którą sam sobie nasz Czaruś wyprodukował. O tym, że jako nastolatek, na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku, aktywnie chodził na wykłady do klubu kultury dalekowschodniej „Veda” we Wrocławiu, gdzie wcielał ideologię raczkującego w Polsce ruchu Hare Kryszna, stary Cezary Gmyz już nie pamięta, a może nie chce pamiętać, jednak liczni znajomi z tamtych lat bardzo dobrze pamiętają świeżo nawróconego do Kryszny małolata Czarka Gmyza.

    Klub „Veda” we Wrocławiu działał pod patronatem Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP), potocznie zwanego „Zsypem”, ale o tym Cezary Gmyz pewnie też nie chce, żeby mu za bardzo nachalnie przypominać. Jeszcze mu się tysiące powtórzeń mantry Hare Kryszna rano i wieczorem śnić będą, jak to sobie „Harekrysznował” za małolata. Było się Czarku nie podpisywać na wspólnej fotce grupowej z jakimś kolesiem w pomarańczowej szatce co przyjechał namawiać na mantrowanie w klubie „Veda”. Pamięta ciebie Czarku Gmyz nawet urocza dziewczyna, która zanim poszedłeś do szkoły teatralnej, prowadziła zajęcia dla kandydatów na aktorów, świeża absolwentka szkoły teatralnej, której nie zatrudnili w teatrze ani w filmie, to z braku zajęcia pracowała z dzieciakami szkół średnich, w tym z Tobą, żebyś jako tako wypadł w aktorskiej grze i coś tam wiedział o sztuce. Zdaniem swojej nauczycielki teatralnej, zdolny aktorsko to mały Cezary Gmyz nie był, ale granie do dzisiaj w agenturach dobrze go widać bawi i satysfakcjonuje.

    I to wszystko, przy jak dotąd całkowitej ponoć poczytalności Cezarego Gmyza, chociaż awersja do niektórych pracowników ABW jak generał Krzysztof Bondarczyk, Kazimierz Mordaszewki czy do niektórych ruchów mniejszości światopoglądowych, społecznych i wyznaniowych jak Bractwo Himawanti, Kościół Moona czy Scjentologii, być może także wskazuje na konieczność przebadania się agenta Cezarego Gmyza u biegłych psychologów i psychiatrów sądowych celem zbadania czy to jest aby na pewno stan poczytalności, czy może już stan niepoczytalności albo coś z pogranicza, bo tak też bywa, a my psycholodzy i psychoterapeuci niosący pomoc ofiarom księży i biskupów pedofilów oraz zakonnic pedofilek akurat o tych stanach wiemy lepiej i dużo więcej niż przeciętny, nawet eSBecki dziennikarz, a terapia ofiar molestowanych przez księży pedofilów to akurat także bardzo wyspecjalizowany rodzaj psychoterapii i psychologii obejmującej sferę duchową i religijną człowieka, nie tylko zwyczajne metody radzenia sobie z traumą po urazach na plebaniach.

    Mistrz Mohan Ryszard Matuszewski też wie, bo jeden rok swojego cennego życiorysu przepracował jako wolontariusz w hospicjum niosąc pomoc umierającym, a w latach 1981-1999 prowadził także dużo terapii w wielu poradniach i szpitalach psychiatrycznych oraz instytucjach terapeutycznych, w tym prowadząc terapie odwykowe dla alkoholików i uzależnionych od substancji narkotycznych, terapie dla ofiar przemocy domowej, a także szkoląc wielu psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów z zakresu nowoczesnych terapii i metod pracy z pacjentami uzależnionymi oraz chorymi psychicznie. Aktualnie, od roku 1999-2000 głównie szkoli nowych terapeutów, w tym prowadzących terapie dla ofiar księży pedofilów, bo tych przybywa, nie tylko w Polsce ale w całej Unii Europejskiej. Jak widać, Mohan Ryszard Matuszewski ma coś wspólnego z psychiatrią i pacjentami psychicznymi, jednak bardziej jako terapeuta i szkoleniowiec terapeutów niż jako pacjent, którego usilnie chcą z niego zrobić agenturalni eSBeccy kolesie typu Gmyz akuratnie zarabiający na chleb w wywiadzie watykańskiej Bezpieki znanej jako Opus Dei.

    Agent Służby Bezpieczeństwa PRL Cezary Gmyz może mieć jakiś uraz za wywalenie go ze specsłużby takiej jak SB/UOP, gdzie rodzina z Wrocławia robiła życiowe kariery. Agentom wywalonym z „takiej roboty” i pozbawionym nagle nadziei na szybką emeryturkę, nie tylko w Polsce „szajba bije na dekiel”, nawet jak jest to tylko „szajba”, która nie ma jeszcze wyraźnych cech psychotycznych wskazujących na niepoczytalność sprawcy artykułów w których wypisywane są przez Cezarego Gmyza brednie, pomówienia, urojenia i halucynacje nie tylko na temat Himawanti czy Shihan Mohandżi. Artykuł Cezarego Gmyza pomawiający jego kumpla, współautora pewnego wywiadu o plagiat, świadczy o silnie urojeniowym i ksobnym interpretowaniu rzeczywistości, co też mogło stać za  nieprzydatnością naszego Czarusia do dalszej służby w SB i w jej dziecku, Urzędzie Ochrony Państwa (UOP) – jako „psychicznego”. Praca w agenturze faszystowskiej sekty Opus Dei nie dziwi, bo skoro sam Josemario Escriva był schizofrenikiem bezskutecznie leczonym psychiatrycznie przez rok w zakładzie zamkniętym, to zapewne takich papiestwo ciągle potrzebuje do wspierania ich katolickich obłędów dogmatycznych (walka z zapłodnieniem in vitro, kondomami, aborcją zygot, odbudowa dominikańskiej inkwizycji i inne objawy paranoia catholica).

    Wojciech Czuchnowski ksywa „Cyngiel”

    Warto nadmienić, że podobnie bujny życiorys co Cezary Gmyz ma jego opusdeistyczny kumpel, przezwany przez internautów „Cynglem” Gazety Wyborczej, Wojciech Czuchnowski piszący aktualnie w „Gazecie Wyborczej”, czyli w tej samej spółce Agora SA tylko w innym tytule prasowym niż „Rzeczpospolita”. Wydawca tych jak widać brukowych i łżących co niemiara gazetek politologicznych jest ten sam. Jedynie staż pracy dla dawnej Służby Bezpieczeństwa PRL jest u Wojciecha Czuchnowskiego ksywa „Cyngiel” nieco dłuższy, wszak, żyje nieco dłużej, ale żal o brak pozytywnej weryfikacji do pracy w UOP może być w związku z tym nawet nieco większy niż u Cezarego Gmyza, a ściślej o trzy lata dłuższy. Zasługi w rozpracowywaniu środowisk wydawnictw niezależnych w Krakowie, takich jak Arka, Tumult czy Świat są niewątpliwe i dobrze przez Służbę Bezpieczeństwa PRL docenione, zatem dziwi zdanie opinii fachowców z ABW, że nie ma on pojęcia o pracy operacyjnej służb specjalnych. Może rzeczywiście inni kandydaci po prostu byli znacznie lepsi do takiej służby od Wojtka Czuchnowskiego, ksywa „Cyngiel”. Ciekawe, czy żonie i trójce swoich dzieci opowiedział w jakich okolicznościach dał się zwerbować do współpracy i potem do pracy w Służbie Bezpieczeństwa na etacie niejawnym, co także trwało aż do 1993 roku, kiedy specsłużby rozwiodły się Wojtkiem Czuchnowskim. Niestety, werbujący Wojtka oficer SB z Krakowa już zmarł, to za bardzo nic nam już nie opowie, a w treści z seansów spirytystycznych zbytnio nie wierzymy, chyba, że potwierdzą je jakieś konkretne dowody. Żyją jeszcze za to nie całkiem święte panie prostytutki z których usług korzystał ochoczo, a że babcia SB spłaciła za Czuchnowskiego jego długi u prostytutek oraz karciane, to i musiał służyć Ojczyźnie.

    Wojtek Czuchnowski był jednak na pogrzebie i złożył swojemu mentorowi z eSBe bukiet kwiatów. Jest to niewątpliwie wielka blizna na życiorysie naszego agenta i funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa PRL, któremu na osłodę dano za Jerzego Buzka popracować trochę w MSWiA.  Studia filmoznawstwa przerwał na V roku, bo mu Służba Bezpieczeństwa dała inny przydział pracy niż inwigilowanie środowisk studenckich, akademickich i organizacji opozycyjnych na Uniwersytecie Jagielońskim. Zwerbowany do SB już na pierwszym semestrze studiów filmoznawstwa na UJ w Krakowie. Cóż robić po latach tajemnej bardziej niż okultyzm pracy w jakimś SB czy UOP-ie. Najlepiej zostać dziennikarską mendą śledczą i politrukiem w jakimś dobrze płacącym szmatławcu brukowym. Tym bardziej jak się ma wprawę, bo w latach 1990-1993 inwigilowało się dziennikarzy „Czasu Krakowskiego”, a zarabiało podwójnie, z kasy redakcji i z kasy SB/UOP. Może jednak, aby być dziennikarzem śledczym i cynglem gazetowym, trzeba sobie zadbać, żeby za dużo świństw nie widniało w czarnym jak smoła od intryg i plugastw życiorysie?

    Pomijanie faktów o Bractwie Himawanti

    Swoją drogą dziwi, jak dziennikarze, rzekomo „śledczy” pomijają wiele istotnych faktów na temat Bractwa Himawanti, takich jak fakt, że naukę i praktykę Bractwa Himawanti ściągnęła do Polski jeszcze latach dwudziestolecia międzywojennego wspaniała mistrzyni duchowa Śri Umadewi Wanda Dynowska, a w czasach PRL przesyłała w ramach Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Indyjskiej tysiące egzemplarzy książek, tytułów które sama tłumaczyła z języków oryginalnych.  O tym, że popularne dzieło „Nauka i Życie Mistrzów Dalekiego Wschodu” Bairda Spaldinga także pochodzi od adepta Bractwa Himawanti, tyle, że z USA, także nie ma słowa. Reaktywowanie działalności Bractwa Himawanti w Polsce w styczniu 1983 roku także ci żałośni dziennikarze i cyngle zwykle pomijają, a to są istotne fakty, bo dzięki temu wiadomo, że od stycznia 1983 roku wiele osób miało szansę należeć do Bractwa Himawanti. Pomija się zwykle wszystkich Guru i Mistrzów Linii Przekazu Himawanti, a wspomina tylko Mohana Matuszewskiego, chociaż są dobrze znani w indyjskiej duchowości i tradycji kulturowej, a także w Polsce. Fakt nauczania przez Bractwo Himawanti starożytnych, tradycyjnych wedyjskich wzorców kultury i duchowości Indoariów także zbywany bywa milczeniem, chociaż wedyjska aryjskość i stare prawa oraz obyczaje Aryan, tych z Indii, w tym Doliny Indusu, bywają czasem rzeczywiście kontrowersyjne dla współczesnych maminsynków i łacińskich religiantów.

    Jednakże najbardziej pomijane są liczne społeczne działalności Bractwa Himawanti jak apele i wystąpienia w obronie wolności i praw człowieka, ujawnianie pedofilii kleru katolickiego i trochę protestanckiego czy szeroka działalność Antypedofilskiego Bractwa Himawanti w dziedzinie terapii dla ofiar księży pedofilów i zakonnic pedofilek. Temat antypedofilskiej działalności Bractwa Himawanti, w tym terapii średnio rocznie dla od 800 do 1200 ofiar molestowanych lub zgwałconych przez księży, biskupów, mnichów oraz zakonnice jakoś nie został wyśledzony i wypromowany przez wykształconych w SB speców od dziennikarstwa śledczego, co wydaje się bardzo dziwne, tym bardziej, że można o tym przeczytać w wielu publikacjach Bractwa Himawanti, w tym na stronach internetowych, których jest kilkadziesiąt, a nie tylko jedna, jak twierdzą niedouczeni widać w śledzeniu z pomocą Googla dziennikarze. Może oprócz opisanych już ekscesów i sekswpadek, dziennikarzy owych łączy jeszcze zamiłowanie do pedofilii o czym przynajmniej oficjalnie nie jest nam zbyt wiele wiadomo?

    Jeśli coś wiesz o owych dziennikarskich cynglach i drapieżcach, a warto ujawnić to jako ich ciemną stronę życiorysu, działalności czy agenturalnej okropności, zapraszamy do przesłania nam na ten temat informacji z pomocą emaila lub formularza kontaktowego tego portalu.

    Redakcja i opracowanie artykułu:
    Hannah Kapalinari (Polska), Angelika B. (G.B.), Renata i Jacek Z. (U.K.), Mark Danner (Australia) & Tom Stetz (USA)

  • Kształcenie Wojownika (Yamabushi)

    Kształcenie Wojownika (Yamabushi)

    Shobu Aiki Kyokai – Yama Bushi Gakkai
    Kształcenie Wojownika (Bushi)

    Chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami o kształceniu Wojownika, które mogą się przydać rozmaitym instruktorom sztuk walki w planowaniu i aranżowaniu programu zajęć dla adeptów sztuk walki. Rady dotyczące kształcenia Wojownika jakie postanowiłem zaprezentować pochodzą z tradycyjnego systemu Shobu Aiki (Aizu Todome) który praktykowany jest w Japonii od czasów starożytnych, a najstarsze przekazy pochodzą od Mistrza Akayama (IV w) oraz Księcia Teijun (IX w). Shobu Aiki występuje także pod nazwą Daito Aiki Jutsu (od około XV/XVI w) oraz współcześnie pod nazwą Aikido. Rady i zasady jak prowadzić kształcenie Wojownika mogą się więc szczególnie przydać adeptom wspomnianych styli i szkół Jujutsu (czytaj Dźiudźiutsu) oraz Aiki Jutsu czy Aikido.

    Program nauczania dla Otagi (Uczeń, Kandydat, Praktykant) podzielony jest na trzy poziomy czy stopnie trudności: Shoden (Początkowy Stopień), Chuden (Średni, Średniozaawansowany Stopień) oraz Koden (Zaawansowany, Wewnętrzny Stopień). Nie ma sensu rozbijanie programu nauczania na 5 czy 6 grup (Kyu) jak to ma miejsce w wielu stylach, gdyż i tak ucząc w praktyce łączy się zwykle grupy 5,6 Kyu w jedną klasę, 3,4 Kyu w drugą klasę, a 2,1 Kyu w zaawansowaną klasę. Tradycyjnie poziom Shoden nosi pas biały, poziom Chuden pas niebieski, a poziom Koden (Koeden) pas brązowy lub fioletowy.

    Na poziomie początkowym, Shoden Otagi musi gruntownie opanować sztukę Ukemi Wasa czyli wszelkie metody przetaczania, wywracania i upadania tak aby w tej sztuce nabrać biegłości i wprawy. Mistrzowie Aiki tacy jak Takeda czy Ueshiba nie uczyli ucznia technik zanim ten nie opanował Ukemi na dość przyzwoitym poziomie. Powinien też opanować podstawowe ataki jak Katatedori (Uchwyt za nadgarstek i przedramię), Katadori (Uchwyt za bluzę), Shomenuchi (proste cięcie twarzy oparte o ruch miecza wymierzone w gardło, szczękę, nos lub czoło), Yokomenuchi lub Yokouchi (cięcie boczne okrężne na skroń lub szyję oraz uderzenie typu sierpowy) oraz Munetsuki (Księżycowe pchnięcie w brzuch, w żołądek). Szczególnie przykłada się wagę do dobrego opanowania uderzeniowej techniki Shomenuchi oraz Munetsuki. Pięść Wojownika jest charakterystycznie ułożona w niepełnym skręceniu, gdyż pełny obrót pięści przy Tsuki daje zbytnie napięcie i w rezultacie stratę siły uderzeniowej. Shomenuchi uderza kantem lub podstawą dłoni. Adepci powinni techniki uderzeniowe, Atemi ćwiczyć z razu powoli i dokładnie naśladując ruchy nauczyciela, aż ich kończyny nabiorą odpowiednich nawyków ruchowych, a wtedy zwiększa się dopiero szybkość ćwiczenia i w końcu wzmaga siłę uderzeniową wywodzoną z bioder i podbrzusza (Tanden). Atemi oznacza dosłownie dźgnięcie lub cięcie i sama nazwa określa charakterystyczne cechy uderzenia w systemach Aiki. Dobrze jest ćwiczyć Atemi uderzając w ścianę, deskę lub słup albo w specjalną Makiwarę do ćwiczenia siły uderzenia celem wypracowania dobrego uderzeniowego kontaktu. Nawet podstawowe ataki takie jak Kata czy Katatedori powinniśmy ćwiczyć tak, żeby z czasem stawały się coraz silniejsze (Mochi), a przeciwnikowi było trudno się z nich wyzwolić. Już na poziomie Chuden staramy się na ataki Kata i Katatedori reagować obroną zanim przeciwnik zdąży w pełni założyć uchwyt.

    Generalną zasadą początkowego poziomu nauczania jest ćwiczenie powoli, dokładnie i luźno, stopniowo dodając trochę szybkości i siły. Zwolnione tempo czy rytm ćwiczenia ma za zadanie pomóc nabrać właściwych nawyków ruchowych potrzebnych na Ścieżce Wojownika. Poziom początkowy powinien położyć także nacisk na ćwiczenia szablonów ruchowych zwanych w Shobu Aiki ćwiczeniami Undo. Nie będę opisywał kilkudziesięciu ćwiczeń Undo, gdyż zajęłoby to całą książkę, ale tym, którzy je znają warto przypomnieć, że są one bardzo ważne już na poziomie początkowym i powinny być gruntownie ćwiczone, najlepiej codziennie. Z istotnych praktyk można wspomnieć jakąś ogólną regulację i pogłębienie oddychania opartego o odczuwanie Ki, energii życia z oddechu w Tanden czyli w dolnym zbiorniku podpępkowym. Zbiornik energii przypomina kształt jajka i wrażliwsze na odczuwanie energii psychicznej osoby mogą to czasem poczuć. Intensywne głębokie oddychanie osadzone w Tanden zwane jest terminem Misogi lub Haragei (Harageiko) i zawsze połączone jest z wyciszaniem wnętrza i uspakajaniem się.

    Atemi, które musi opanować poziom średni czyli Chuden to przede wszystkim Yokomenuchi, Mentsuki (proste Tsuki w twarz lub gardło) oraz Matsubushi (bardzo szybkie uderzenie odwróconą pięścią, Uraken wyprowadzaną z przestrzeni pomiędzy sutkami a żołądkiem w kierunku twarzy i głowy). Uderzeniowe techniki Matsubushi należą do bardzo skutecznych i zaskakujących Atemi. Mistrzowie tacy jak Teijun, Takeda i współcześnie Morihei Ueshiba znani byli z tego, że dysponowali wyjątkowo skutecznym atakiem Matsubushi. Z uchwytów należy opanować Ryokatate oraz Ryokata czyli uchwyty dwoma rękami za dwie ręce lub poły bluzy. Poziom Koden winien dobrze opanować takie Atemiwasa jak Maegeri i Yoko(mawashi)geri oraz Hizageri (uderzenie kolanem) aplikowane w Shobu  Aiki głównie na dolne partie ciała jak kolana oraz jądra, podbrzusze i nerki. Szczególnie Maegeri i Hizageri należy dobrze i skutecznie wyćwiczyć. Z technik ręcznych należy dobrze wyćwiczyć Empi (atak łokciem) zarówno w wersji prostej, jak i bocznej oraz okrężnej. Hiza oraz Empi są bardzo skuteczne w bezpośrednim starciu Wojowników. Z uchwytów ćwiczy się też kombinacje błyskawicznego przytrzymania jedną ręką za przedramię (Katate) lub bluzę (Kata) i atakiem Atemi przy pomocy ręki drugiej!

    Techniki Atemi ćwiczy się wstępnie w pozycji naturalnej, z nogami rozszerzonymi nieco ponad rozstaw barków i lekko obniżonymi kolanami oraz biodrami, jako ataki punktowe, na przemian lewo i prawo ręczne. Potem dodaje się ćwiczenie krótkimi seriami po 2-3 uderzenia i więcej. Ćwiczy się także w poruszaniu czyli z dochodzeniem, a raczej dopadaniem przeciwnika, który jest zbyt daleko, czyli robimy uderzenia połączone z krokiem w przód, w chodzeniu. Kiedy ćwiczymy Atemi z partnerem, wtedy jeden może być stroną punktującą, atakującą, a drugi może ćwiczyć proste zasłony i uniki przed Atemi. Tak zwane bloki w Shobu Aiki i Aikijutsu przypominają raczej zepchnięcia czy zmiecenia naciskiem ciężkiej ręki i słusznie są zwane terminem Deaiosaeuke lub Ukeotoshi czy Hikiotoshi, gdyż harmonizujemy się z kierunkiem ataku Uke i stosujemy rodzaj nacisku czy dźwigni, a raczej zgarnięcia zmieniającego kierunek ataku Uke. Zasadą jest miękkie, wodne przyklejanie się do atakującej kończyny, ażeby zmienić jej bieg. Zasadniczą reakcją na silny atak jest zejście, zniknięcie z linii ataku, a zasłona i zepchnięcie ma na celu dodatkową kontrolę atakującej kończyny potrzebną bardziej w celu jej przechwycenia i pokierowania do rzutu czy dźwigni niż zrobienia bloku w sposób twardy. Podstawowe Wa czyli harmonizowanie, synchronizowanie obejmuje wejście w kierunek ataku (Ki) Uke celem przejęcia i pokierowania jego siły. Atemi, uderzenie w Aiki powinno być jak grom, a ten lepiej ominąć niż się z nim zderzyć. Powinniśmy także poćwiczyć trochę przyjmowanie lekkich uderzeń w brzuch, piersi czy twarz aby obić się trochę, rozmasować, a z czasem utwardzić do walki. Wojownik musi zostać trochę utwardzony poprzez uderzanie aby mieć dobre predyspozycje do bitwy nie bać się ciosów i nie dać się nimi rozproszyć.

    Z technik rzutu i dźwigni poziom początkowy może opanować przede wszystkim dźwignie na prostej ręce jak Udeosae (Ikkyo), Hijijime i Hiriki oraz Udekime. Hiriki będzie przydatne jako immobilizacyjna kontrola do rzutu Shihonage, którego na początkowym poziomie uczymy jedynie w dwóch kierunkach. Techniki Iriminage, Kotegaeshi oraz Tenchinage także powinny być wstępnie opanowane. Szczególną uwagę należy jednak położyć na porządne wyćwiczenie Udeosae, Shihonage, Kotegaeshi oraz Iriminage. Można dodać też technikę Kokyuho ćwiczoną zawsze na silnym wydechu, gdyż jest specyficznie związana z rytmem i siłą wydychania.

    Należy dość gruntownie wprowadzić w metody Irimiho czyli sposoby omijania siły przeciwnika tak, żeby wejść skutecznie na jego bok oraz tył (zajście). Metody Irimiho są podstawowymi reakcjami obrony, ataku oraz kontrataku w sytuacji walki z jednym przeciwnikiem (Ippongeiko). Techniki z uchwytów takich jak Katate oraz Katadori należy przećwiczyć zarówno w takiej sytuacji, że Uke atakuje nas uchwytem, a my wykonujemy technikę obronną, jak i w sytuacji zaczepnej, gdzie Tori chwyta przeciwnika, Uke za rękę lub bluzę i jeszcze wykonuje na nim odpowiednią technikę rzutu, dźwigni czy Atemi. Taki sposób ćwiczenia jest o wiele praktyczniejszy na różne okazje niż ćwiczenie tylko reakcji obronnej na atak. Ćwiczenie tylko obrony jest połową monety zwanej Sztuką Walki. Drugą połową tej monety jest ćwiczenie z ataku oraz kontrataku (Kaeshiwasa). Poziom początkowy powinien też wyćwiczyć sobie dobrze metody poruszania w parterze (Shikko) oraz Taisabaki czyli zwroty i obroty ciała. Elementarne wprowadzenie w Tenkanho (Tornado, Wirowanie) także jest wskazane, a są to podstawowe reakcje uniku obrotowego i okrężnego prowadzenia siły przeciwnika, przydatne raczej dopiero w sytuacji walki z wieloma przeciwnikami naraz oraz w sytuacji obrony przed atakiem mieczem czy kijem. Głębiej metody Tenkanho ćwiczy się na poziomie Chuden, zaś na poziomie Koden rozwija się już metody Henkawasa lub Henkaho będące kombinacjami Irimi i Tenkan.

    Należy wstępnie wyćwiczyć mocną i stabilną pozycję stania kładąc nacisk na ćwiczenia Fudo No Shisei (znane także jako testy Ki). Fudo No Shisei rozwija się jako technikę mocnego i stabilnego stania zaczynając od lekkiego ugięcia kolan i obniżenia bioder. Należy stać, a także siedzieć jak skała czy góra (Seizaho) tak, że siła ciała wyraźnie opada w dół. Stopniowo Uke może nam w staniu pomagać, testując naszą pozycję lekkim pchaniem z różnych stron. Na zaawansowanym poziomie ćwiczy się też utrzymywanie stabilnej pozycji naturalnej oraz Kamae (bocznej) przed pchaniem nawet i kilku Uke jednocześnie oraz utrzymywanie stabilnej pozycji stojąc na jednej nodze! Ćwiczenia mocnego stania zaczynamy już na poziomie podstawowym, gdzie dobrze od czasu do czasu poćwiczyć mocne stanie w pozycji naturalnej (Shizentai) lub Kamae, a jeszcze lepiej w pozycji Hito E Mi czyli w pozycji Jeźdźca, która jest nieco szersza niż pozycja naturalna, przez okres około godzinki. Poziom Chuden może długość stania wzmóc do dwóch godzin, a Koden do trzech godzin. Ażeby się w ćwiczeniach stania nie nudzić dobrze robić jakąś prostą koncentrację jak odczuwanie drogi energii oddechu do Tanden czy wyobrażanie sobie, że się jest wielką i masywną, stabilnie stojącą górą (Yama) lub dobrze ukorzenionym, mocno wrośniętym w ziemię drzewem (Moku) z głębokimi korzeniami. Dobrze też ćwiczyć długie stanie z rękami podniesionymi wysoko do góry, co wzmaga siłę rąk, a także osobistą energię witalną zwaną Ki. W pozycji z rękami do góry można się zająć koncentrowaniem na obrazie spływających z góry kropelek światła niby niebiańskiego deszczu, co działa odprężająco i rozluźniająco pomagając wytrwać to ćwiczenie typowo wytrzymałościowe. Dobrze jest ćwiczyć je raz w tygodniu albo chociaż dwa razy w miesiącu (w nów i pełnię księżyca) przez czas odpowiedni dla danego poziomu. Udemawashi Undo, ćwiczenie podnoszenia i opuszczania rąk dobrze przygotowuje osoby słabowite do ćwiczenia trzymania rąk w górze przez dłuższy okres czasu.

    Poziom Średni czyli Chuden winien dobrze wyćwiczyć techniki dźwigni, immobilizacji polegające na gruntownym skręcaniu ręki jak Kotemawashi (Nikkyo) oraz Kotehineri (Sankyo). Dźwignie te, jeśli są poprawnie wykonywane działają mocno na wszystkie trzy stawy całej ręki, a nie tylko na nadgarstek, jak czasem się współcześnie mówi, gdyż są to skręcenia całej ręki od nadgarstka poczynając. Z technik rzutu należy dobrze opanować obrotowy rzut Kaitennage oraz Kokyunage i jej prostszą wersję Zemponage, a także takie techniki jak Kiriotoshi i Sumiotoshi, gdzie rzucanie może być wyraźnie połączone z duszeniem lub lekkim podcięciem, zmieceniem. Rzucanie przez krzyżowanie rąk czyli Jujigarami także winno być opanowane. Nowe techniki ćwiczymy przede wszystkim z podstawowych ataków poziomu poprzedniego, a stare techniki poprzedniego poziomu aplikujemy przed nowymi atakami poziomu Chuden! Poziom średni ćwiczy techniki przede wszystkim w rytmie naturalnym czyli w tempie swojego naturalnego rytmu chodzenia. Nową technikę ćwiczymy wstępnie powoli i dokładnie, a jak już wychodzi w ten sposób, to aplikuje ją w swym naturalnym rytmie poruszania. Oczywiście ćwiczymy także dopasowywanie się (Wa) do naturalnego rytmu w którym atakuje Uke.

    Poziom średni powinien także opanować wstępnie kilka prostych technik obrony przy atakach w siedzącej pozycji Suwariwasa, gdzie zarówno Uke jak i Tori siedzą i całą technikę wykonuje się poruszając się w pozycji siedzącej. Kilka prostych technik przed podstawowymi atakami z tyłu jak Katate  czy Katadori oraz duszeń jak Kubishime także powinno się opanować. Adepci poziomu Chuden powinni także ćwiczyć oprócz metody Ippangeiko, ćwiczenia z jednym atakującym, metodę Kakarigeiko czyli obronę i kontratak przed kilkoma przeciwnikami atakującymi sznurowo czyli w rządku jeden po drugim. Uczy to dostosowywania technik do Uke o różnej budowie ciała co daje Wojownikowi większą wprawę w obronnych reakcjach. Zdarza się często, że ktoś wyćwiczy technikę na jednej osobie i jest ona całkiem skuteczna, a na zupełnie innej nowej osobie o innej budowie ciała i kończyn nie potrafi jej wykonać i jest kompletnie nieskuteczny, tak jakby nic nie umiał.

    Poziom Koden musi wstępnie opanować kilka podstawowych technik przed najprostszymi atakami w układzie Zagihandachi, gdy Uke atakuje stojąc, a Tori broni się wykonując wszystkie techniki w pozycji siedzącej. Potrzeba także głębiej i porządniej wyćwiczyć techniki przed atakami z tyłu (Ushirowasa), z kompletnego zaskoczenia, gdy Uke zaczaił się za naszymi plecami i sprytnie zaatakował od tyłu. Musimy w ćwiczeniu reakcji obrony i kontrataku uwzględnić też techniki przed chwytami opasującymi tułów jak Ushirodori. Tego rodzaju ataki są generalnie bardzo niebezpieczne i skuteczne i trzeba się nauczyć w miarę dobrze przed nimi bronić i to zarówno przed uchwytami czy duszeniami jak i uderzeniami (Uchi, Tsuki, Keri) przychodzącymi z tyłu. Trzeba wyćwiczyć poziom wrażliwości i reakcji, tak aby kontrolując przestrzeń wokół siebie przy pomocy spojrzenia zważać też kątem oka na to co dzieje się z tyłu, a także reagować na bodźce słuchowe jakie do nas docierają. Na wyższym poziomie może się uaktywnić także zmysł intuicyjnego wyczuwania ataku, a właśnie w kierunku jego uaktywnienia ćwiczenie obron przed atakiem z tyłu zmierza.

    Z ważniejszych technik wprowadzanych na tym poziomie możemy wspomnieć gruntowne opanowanie Tenkubiosae (Yonkyo) będącej połączeniem dźwigni skręcającej przedramię z technikami silnego ucisku punktowego Yubijutsu z którą to metodą na poziomie Koden także należy się zapoznać. Grupa technik współcześnie znana jako Gokyo, a tradycyjnie jako Udenobashi, a polegająca na chwyceniu jedną ręką nadgarstka, a drugą łokcia i aplikowania ściskających bądź skręcających immobilizacji pomiędzy nadgarstkiem a łokciem także musi zostać opanowana. Techniki wyraźnie biodrowe jak Koshinage oraz biodrowo-barkowe jak Kataguruma i Taiotoshi czyli zewnętrzne i wewnętrzne podcięcia, zmiecenia też należą do poziomu Koden i trzeba je z prostych ataków i kontrataków wyćwiczyć. W Suwariwasa powinniśmy zwrócić uwagę na wyćwiczenie obrony i kontrataku z ataków typu Kubishime czyli rozmaitych duszeń za szyję i krtań oraz z ataków typu Ashijime czyli duszeń lub ściśnięć założonych za pomocą nóg, co znacznie podnosi skuteczność walki w parterze. W sposobach uwalniania z tych skutecznych bardzo ataków pomaga wielce sztuka Yubijutsu, wbijanie palców lub zębów we wrażliwe miejsca.

    W opanowywaniu dość trudnej do zaaplikowania techniki Kokyunage powinniśmy przede wszystkim wyćwiczyć dobrze takie jej warianty, które są wyraźnie wsparte wejściem do technik podstawowej immobilizacji jak Udeosae, Kotemawashi, Kotehineri, Tenkubiosae czy Udenobashi i z nich wchodzić w rzuty Kokyu opierające się o silny i głęboki wydech. Immobilizacje dobrze się wykonuje włącznie z obezwładnieniem w parterze, gdy walczymy z jednym przeciwnikiem, ale gdy mamy walczyć z kilkoma przeciwnikami jednocześnie przestają być przydatne, a w to miejsce stają się bardzo użyteczne silne Kokyunage oparte na wejściach do tych dźwigni. Przed nowymi atakami takimi jak Maegeri czy Hizageri ćwiczymy najpierw podstawowe techniki jak Iriminage, Sumiotoshi czy Kokyuho. Istotną techniką poziomu Koden jest także Hakudo czy Hachimawashi obejmująca rozmaite proste i okrężne zahaczenia głowy i dźwignie na kręgosłup szyjny oraz wyrwania głowy, które są bardzo niebezpieczne, a przez to skuteczne. Technika Aikiotoshi także powinna być ćwiczona, ale należy pamiętać, że dobrze wychodzi jedynie z bardzo silnych i gwałtownych ataków. Techniki Aikinage także można spróbować poćwiczyć, chociaż rzucanie przeciwnika bez dotykania go należy do bardziej magicznej strony Aiki Jutsu i nie daje się opanować zwykłą metodą ćwiczenia i powtarzania. Trening typu Jiyuwasa polegający na wolnej i swobodnej aplikacji obrony czy kontrataku przed jakimś atakiem także jest zasadniczy i trzeba go dobrze rozwinąć. Z początku możemy wolną obronę wyćwiczyć gruntownie przed atakami Shomenuchi, Katate i Katadori oraz Munetsuki, a potem poszerzać rodzaje ataku o kolejne pozycje, aż w końcu na tym poziomie będziemy zdolni swobodnie bronić się i kontratakować przed wszystkimi rodzajami ataków jakie są wspomniane. Poziom Koden obejmuje też techniki przed prostymi atakami (długim) nożem (Tanto lub Wakizashi) jak Munetsuki, Shomen i Yokouchi.

    Jeśli chodzi o Futaridori, trening z bronią, to od poziomu początkowego zwykle wprowadza się jakieś podstawowe techniki cięcia i pchnięcia przy pomocy miecza (Bokken) oraz średniego kija (Jo), a na poziomie Koden ten elementarny trening z bronią się znacząco pogłębia i wyraźnie rozwija tak, aby Wojownik był już dobrze obeznany we władaniu bronią. Można też przećwiczyć podstawowe obrony przed atakami krótką pałką lub stołową nogą (Tambo), co znacznie zwiększa kwalifikacje Wojownika. Zamiast czy oprócz ćwiczenia kijem Jo można też wprowadzić techniki Yarijutsu czyli sposoby posługiwania się ostro zakończoną z jednej strony włócznią. Yari z jednego końca jest więc kijem Jo, a z drugiego końca jest ostrą piką. Umiejętność posługiwania się Yari to tradycyjna sztuka adeptów Daito Aiki Jutsu, w której perfekcyjnie biegła była żona Ueshiby, Hatsu. Poziom Shoden może mieć jeden trening z  bronią w miesiącu dla zapoznania się z podstawami użycia Bokken i Jo. Poziom Chuden dobrze jak będzie ćwiczył z bronią dwa razy w miesiącu, a na poziomie Koden przynajmniej jeden trening z bronią w tygodniu musi być wymagany.

    Trzy poziomy uczniowskie, Shoden, Chuden i Koden mają za zadanie przygotować adepta do osiągnięcia poziomu Wojownika Mistrza, a wyróżnia się pięć wyraźnych poziomów czy klas mistrzostwa pośród wykwalifikowanych Wojowników. Pierwsze dwa poziomy uczniowskie w zasadzie nie obejmują wolnej walki czyli Jiyuwasa, chociaż jej drobne elementy można czasem trochę wprowadzić, ażeby adeptów ukierunkować w Drogę Walki. Dopiero od poziomu Koden, kiedy wszystkie podstawowe techniki są dobrze i gruntownie opanowane wprowadza się elementy wolnej walki stopniowo, aż adept zacznie być wyraźnie biegły w swobodnej aplikacji rozmaitych technik z różnych ataków. Daje to dobre przygotowanie do uczestnictwa w bitwach, walkach i zmaganiach jakie na Wojownika czekają. Przejście z każdego poziomu na wyższy wymaga generalnie Embu czyli gruntownej demonstracji własnych umiejętności o charakterze egzaminu. Adept poziomu Koden musi ćwiczyć wszystkie techniki w wyraźnie przyspieszonym i możliwie jak najszybszym rytmie. Jak już tylko ugruntuje nową technikę w rytmie naturalnym, wtedy zaczyna ćwiczyć coraz szybciej, aż osiągnie szybkość maksymalną a nawet ją zwiększy. Kandydat do poziomu Koden musi wykazać się wytrzymałością do wytrwania dwugodzinnego treningu, gdzie ćwiczy techniki i walkę na maksymalnej szybkości, więc trochę takiego treningu wprowadzamy adeptom kończącym Chuden aby się przygotowywali do następnego poziomu. Poziom Koden powinien także ćwiczyć techniki w sytuacji, gdy Tori otoczony jest kręgiem kilku Uke, którzy atakują po kolei, także od tyłu. Trzeba wtedy dobrze kontrolować sytuację wzrokiem, słuchem i wyczuciem aby wiedzieć skąd nastąpi atak i zdążyć zareagować. Taki sposób ćwiczenia nazywamy Tanninzugeiko i bardzo wyrabia refleks oraz czujność, co przydaje się w sytuacjach realnego zagrożenia. W Tanninzugeiko bardzo przydatne są techniki wykonywane metodami Tenkanho.

    Wojownik, który ma uczestniczyć w bitwach musi być dobrze przygotowany wytrzymałościowo i kondycyjnie, gdyż bitwy trwają zwykle od kilkudziesięciu minut do kilku godzin i Wojownik, Bushi musi takie zmagania z coraz to nowymi pojawiającymi się przeciwnikami zdecydowanie przetrwać, ochronić się na tyle, żeby nie dać się ciężko uszkodzić, a przy tym w miarę skutecznie dokuczać i unieszkodliwiać swoich oponentów. Trening wytrzymałościowo-kondycyjny dobrze jest robić osobno od treningu technik i walki, gdyż osoby zmęczone ćwiczeniami kondycyjnymi na rozgrzewkę mają potem słabe i nieefektywne techniki Atemi czy Nage. Wojownik do walki staje wypoczęty, dobrze rozluźniony i w dobrym humorze. Jiyuwasa nie jest więc dobrze ćwiczyć na koniec treningu, który zaczął się ciężkimi ćwiczeniami kondycyjnymi. Możemy dwa lub trzy razy w tygodniu aplikować sobie trening ćwiczeń wzmacniających kondycję, siłę i wytrzymałość będących częścią treningu Wojownika i ze dwa lub trzy razy trening typowo techniczny, gdzie jedyną rozgrzewką jest przeciągnięcie się i chwila rozluźnienia oraz skupienia. Ważne też są ćwiczenia uelastyczniające rozciągające, które także można ćwiczyć w osobnych sesjach albo jako wstęp do ćwiczeń kondycyjnych. Trzeba pamiętać do treningu technicznego zasadę, że tygrys przed walką się nie rozgrzewa! Poziom początkowy może sobie robić ćwiczonka kondycyjne chociaż przez pół godziny czy czterdzieści pięć minut jednorazowo, poziom Chuden przez godzinkę do półtorej, a Koden przez dobre dwie godzinki.

    Opanowanie pierwszego poziomu mistrzowskiego, zwanego poziomem ziemi (Chi No Maki, dosłownie: Krąg Ziemi) lub terminem Kirikami (Boskie Cięcie) wymaga więc kondycji do zmagań bojowych przez kilkadziesiąt minut do kilku godzin, tak aby móc uczestniczyć w walkach na polu bitwy z coraz to nowymi pojawiającymi się przeciwnikami w sposób skuteczny czyli nawiązując walkę równorzędną, a nawet wygrywając. Musimy zatem Jijuwasa polegające na skutecznych obronach i kontratakach rozwinąć do perfekcji, tak aby przez godzinę, dwie a także dłużej móc walczyć z coraz to nowymi Uke, którzy pojawiają się na naszym polu bitewnym. Adept Kirikami musi sobie też poradzić, jeśli pojawi się dwóch lub trzech Uke lub nastąpi gwałtowny atak z tyłu, co zwiemy metodą Tachi i Ushirowasa. Kirikami musi sobie także poradzić w sytuacji, gdy zostanie wywrócony i jest atakowany przez stojącego Uke (Zagihandachi) oraz w sytuacji, gdy Uke sprowadził walkę do parteru czyli w Suwariwasa. Obrona i kontratak obejmuje metody walki wręcz, walki nożem (Tanto lub Wakizashi), metody walki mieczem, kijem, włócznią i inną bronią, a w szczególności obrona ręczna przed atakiem mieczem lub kijem (włócznią). Aby osiągnąć poziom Kirikami musimy więc długo i coraz dłużej ćwiczyć Jiyuwasa tak, że Uke jak się męczą i mają dosyć zostają wymieniani na nowych i wypoczętych. Kirikami zaś jest ciągle dość silny i zdolny do walki aby kontynuować równorzędne zmagania, a także skutecznie wygrywać potyczki. Kirikami musi umieć przede wszystkim przeżyć, przetrwać bitwę, a także w miarę możności jak najczęściej i jak najskuteczniej szkodzić wrogom.

    Z ważnych rzeczy kwalifikujących na poziom Kirikami jest tradycyjny test wolnej obrony Jiyuwasa przy zamkniętych, zawiązanych oczach, Jest to sprawdzian czy intuicja oraz słuch rozwinęły się do tego stopnia, że pozwalają na nawiązanie równorzędnej walki w ciemnościach. Umiejętność ta przydaje się także, gdy zostaniemy napadnięci w zupełnych ciemnościach. Ćwicząc na poziomie Koden można od czasu do czasu wstępnie wykonywać rozmaite techniki zamykając oczy, co pozwala rozwinąć głębiej intuicję i wyczucie. Podobno poziom Kirikami miał w nowym systemie Dan odpowiadać poziomom 1-2 Dan.

    Drugi poziom Wojownika Mistrza zwany jest poziomem wodnym (Mizu No Maki) lub terminem Mokuroku i oznacza doskonałą biegłość techniczną, która przejawia się poprzez wyraźną zdolność do nawiązania równorzędnej walki z grupą przeciwników, których jest kilku lub kilkunastu a nawet więcej. Wymaga to perfekcyjnych umiejętności technicznych oraz dopracowanej gruntownie strategii i taktyki. Książe Teijun wielokrotnie walczył z grupami napastników, które liczyły kilkadziesiąt uzbrojonych Rycerzy i wychodził z tych walk obronną ręką. Zaczynamy więc ćwiczyć Jiyuwasa najpierw z 2-3 Uke, jak już nam dobrze wychodzi to z 4-5 Uke, a stopniowo dochodzimy do liczby 10-15 Uke. Dalsze zwiększanie liczby Uke nie ma większego znaczenia, gdyż i tak nie będą w stanie zaatakować jednocześnie z powodu braku miejsca. Techniki Atemi, Nage i Osae muszą być na tyle szybkie i skuteczne żeby efektywnie rozbijały przeciwników stopniowo eliminując ich z walki. Sztuka poruszania i unikania jest na tym poziomie wyraźnie użyteczna. Mokuroku to tak zwany „Katalog Technik” czyli ekspert biegły w technikach swojej sztuki walki. Zdolność ich skutecznego stosowania w walce z wieloma przeciwnikami jednocześnie potwierdza osiągnięcie Mokuroku, który przeliczono na poziomy między 3 a 5 Dan.

    Trzeci poziom Mistrza Wojownika zwany poziomem ogniowym (Hi No Maki) lub terminem Menkyo wymaga umiejętności dwóch poziomów poprzednich tak pogłębionej, że technika obrony i ataku jest wyjątkowo precyzyjna, skuteczna i mocna tak, że każda obrona czy kontratak kończy się zdecydowanie trwałym czasowym lub na zawsze wyeliminowaniem przeciwnika z walki. Menkyo stając do walki z serią Uke atakujących pojedynczo lub grupą atakującą na raz, wszystkich po kolei zdecydowanie eliminuje z walki. Zdolność tak precyzyjnej i skutecznej walki potwierdza osiągnięcie ogniowego poziomu mistrzowkiego Menkyo. Przykładową historię operacji na poziomie Menkyo obrazuje historia japońsko koreańskiej potyczki w której armia 10 tysięcy Samurai, która najechała Korio (Koreę) została pokonana przez 100 mnichów Wojowników z buddyjskiego klasztoru. Wypadła więc walka jednego Mnicha Wojownika z grupką 100 Samurai, a część mnichów była uzbrojona jedynie w solidne kije. Wszyscy żołnierze japońskiej armii zostali zabici czyli trwale wyeliminowani z walki. Żaden mnich Wojownik nie zginął ani nie został ciężko ranny. Poziom Menkyo przelicza się współcześnie teoretycznie na obszar pomiędzy 6-8 Dan i jak widzimy mistrzunia tego poziomu o zdecydowanie słabszych technikach niż powinny na poziomie ogniowym być to lepiej poszukać innego mistrzunia.

    Istnieją jeszcze dwa poziomy mistrzostwa, które jednak stanowią kręgi bardziej psychicznej i duchowej mocy. I tak na czwartym poziomie, powietrznym (Kaze No Maki) zwanym też Kaiden używa się wyraźnie psychicznego wpływu i psychicznej mocy. Opanowuje się sztukę usypiania bądź hipnotyzowania przeciwnika tak, że staje się on obiektem łatwym do pokonania. Adept bywa często uprzedzony o zbliżającej się walce czy zagrożeniu, przykładowo w ten sposób, że śni mu się pojedynek dokładnie w noc poprzedzającą tak, że wyśni szczegóły walki włącznie z tym jak pokonać przeciwnika. Mistrz Shobu Aiki, niejaki Saburo Yoshimitsu zawsze przed jakąś nawet niespodziewaną walką miewał tego rodzaju ostrzegawcze sny, które dokładnie go informowały jaki będzie przebieg walki i jakimi sposobami ją wygrać. Zdarza się wyczucie intuicyjne, które daje wyraźną informację poprzez odczucie w ciele w które miejsce przeciwnik wykona zdecydowany atak. Morihei Ueshiba miał takie wyczucie obrazowe, że na froncie pod obstrzałem widział wyraźnie świetliste tory zbliżających się pocisków na chwilę przed ich wystrzeleniem i dzięki temu unikał zderzenia z pociskami. Mistrz Teijun miał takie intuicyjne wyczucie, że w szeregach wroga spontanicznie wybierał najsilniejszego i najpotężniejszego Wojownika o wielkiej sławie i natychmiast go zabijał, co powodowało strach i zamieszanie w szeregach atakujących tak, że robili  w tył zwrot i uciekali z pola walki. Niektórzy Wojownicy potrafili też wyćwiczyć takie nadzwyczajne umiejętności jak wspinanie się po praktycznie pionowej ścianie zamku lub długotrwałe płynięcie pod wodą bez oddechu. Zdolności takie jednak udaje się wyćwiczyć jedynie poprzez krańcowy rozwój mocy i wytrzymałości charakterystyczny dla poziomu ogniowego oraz intensywne ćwiczenia oddechowe i medytacyjne związane z wyczuwaniem i intuicją.

    Ostatni, piąty poziom, niebiański (Ku No Maki) zwany też terminem Meijin (Mistrz, dosłownie: Świetlisty Duch) związany jest z osiągnięciem duchowej realizacji, oświecenia (Satori lub Sanmai) i osiągalny jedynie przez bardzo wybitnych Wojowników, którzy oddają się głębiej ćwiczeniom oddychania, rozwijania Ki, medytacji (Mokuso) i studiowaniu zasad Drogi (Do, Dou). Idealną praktyką duchową w tym kierunku jest jakaś kontemplacja czy modlitwa w związku z Izume No Kami czyli Aniołem Oczyszczenia, który dokładnie odpowiada opisowi Abbadiona z biblijnej Apokalipsy czyli Anioła Zagłady, Anioła Niszczyciela oczyszczającego świat ze zła i z ludzi złych. Abbadion był obiektem adoracji w dawnych rycerskich zakonach chrześcijańskich. Podstawy Mokuso oczywiście uczymy się już na wstępnym poziomie Shoden, kiedy dłuższą chwilę czy kilka minut siedzimy w milczeniu wyciszając się wewnętrznie, odprężając i skupiając na jakiejś istotnej myśli czy idei. Moku znaczy stać się milczącym, wyciszyć się, a Soo oznacza ideę, myśl lub koncepcję, którą utrzymujemy w wyobraźni. Nazwa procesu Mokuso wyjaśnia nam już więc co na początek powinniśmy robić. Przykładowo jak ktoś jest słaby psychicznie powinien się wspomóc myśląc intensywnie w czasie wyciszenia słowo Siła, Moc, albo ideę typu 'Staję się silnym, mocnym’. Tego rodzaju samonastawienie wesprze istotnie nasze dążenia i nasz trening. Proces Mokuso można oddać w taki sposób: W milczeniu stawać się ideą! Popularną prostą koncentracją tego rodzaju wspomagającą psychicznie rozwój naszej silnej i mocnej postawy bojowej jest wyobrażanie sobie siebie jako wielkiej i ciężkiej, mocno osadzonej na ziemi i nieporuszalnej góry. I z takim psychicznym pozytywnym nastawieniem wyniesionym z początkowych paru minut koncentracji wyruszamy w trening ćwiczenia Fudo No Shisei będącej podstawową zasadą przewodnią poziomu Shoden oraz poziomu Kirikami (tyle że tutaj na głębszym poziomie realizacji). Mistrz Aiki Morihei Ueshiba miał zwyczaj wstawać o 2.30 rano i ćwiczyć intensywne medytacje aż do godziny 4 rano, a od 4.30 prowadził już regularne lekcje Aiki dla swoich zawansowanych studentów. Można brać przykład i naśladować Mistrza wysokiej klasy i umiejętności.

    Poziom Chuden winien wstępnie zapoznać się z koncepcją Mizu No Kokoro oraz z ćwiczeniami i koncentracjami dla tej zasady wykonywania technik Aiki. Głębiej koncepcję Mizu No Kokoro (Ducha Wody) musi rozwinąć poziom Mokuroku. Ruch Aiki w Duchu Wody przypomina wodę opływającą kamień, która płynąc nie zderza się z kamieniem, ale go opływa (otacza) i dzięki temu porywa z jego miejsca. Jeśli ktoś opanuje ruch Mizu No Kokoro, jego wejście w przeciwnika będzie powodowało silne wyrwanie go z pozycji, co jest podstawą skutecznej techniki. Poruszanie między wieloma przeciwnikami to także umiejętność typowo Wodna, żeby przepływać ale nie dać się złapać ani unieruchomić. Wody płynącej nie da się chwycić ani unieruchomić ani zatrzymać. Ueshiba czy Takeda z XVI w spędzali wiele godzin lub nawet całe dnie na intensywnej kontemplacji wody płynącej w strumieniu albo wody wodospadu, żeby głębiej zrozumieć zasadę działania Ducha Wody i móc ją praktycznie wcielić w życie. Woda płynie do przodu ale żeby płynąć do przodu musi opadać lekko w dół lub opadać w dół gwałtownie jak wodospad. Ruch ten jest w praktyce używany w technikach Aiki i na poziomie Chuden trzeba trochę rozwinąć tę zasadę, żeby stać się skutecznym w technikach Aiki. Poruszanie w technice też musi być zgodne z tą koncepcją działania jak Duch Wód.

    Poziom Koden oraz głębiej poziom Menkyo musi opanować koncepcję Tsuki No Kokoro czyli złapać Ducha Księżycowego, który ma naturę żywiołu ogniowego. Ruch ognia działa w górę ale nie odrywa się od podłoża na którym jest mocno oparty. Zasada Ducha Księżycowego odbija atakującą siłę zawracając ją z powrotem do atakującego w ten sposób, że ogień porywa siłę Uke w górę, podnosi go i wyrywa ze stabilnej pozycji. W praktyce doskonałe techniki Aiki robi się w ten sposób, że zasady Wody i Ognia (Księżyca) współpracują ze sobą wpływając na wykonywanie techniki w różnych jej fazach. Siła ogniowa jest też bardzo niszczycielska, gdyż ogień skondensowany obrazowany jest w przyrodzie siłą pioruna, błyskawicy czy gromu i Atemi poziomu Menkyo właśnie takimi mają się stać, jakby Uke został gwałtownie rażony piorunem. Mokuso siły pioruna i działania ognia oraz kontemplacja księżycowego światła jest więc bardzo pomocna do mentalnego nastawienia pozwalającego głębiej zrozumieć te zasady i wcielić je praktycznie w życie poprzez efektywne stosowanie. Zasada Ducha Księżycowego umożliwia także działanie w nocy i w ciemności, gdyż księżyc (światło księżycowe) pobudza wyczuwanie i intuicję. Wojownicy Mistrzowie zwykle praktykują Mokuso wraz z ćwiczeniami oddechowymi intensywnie każdego poranka przez godzinkę.

    Tradycyjnie poziom Kirikami nosi pas czarny, poziom Mokuroku pas biało-czerwony lub złoty, zaś Menkyo pas czerwony (różowy). Poziom Kaiden zakłada czasem szeroki pas biały z grubej plecionki, chociaż zwykle pozostaje się przy paseczku czerwonym. Kiedy szukamy głębszych odniesień do kontemplacji, możemy pamiętać, że techniki Udeosae mocno zasadzają się o element ziemi i zasadę Fudo No Shisei. Techniki Kotemawashi zasadzają się wybitnie na elemencie zasady wodnej czyli na Mizu No Kokoro. Kotehineri ażeby dobrze wyszło wymaga elementarnego zastosowania zasady ogniowej czyli księżycowej Tsuki No Kokoro. Tenkubiosae odnosi się do żywiołu wiatru i jego zygzakowatego ruchu, zaś Udenobashi jest w elemencie energii niebiańskiej ostatniego żywiołu. Poziom mistrzowski powinien ćwiczyć intensywnie takie metody jak Kotodama (Kiaijutsu) czyli sztuka oplątania głosem. Używa się pięciu zasadniczych dźwięków takich jak I w żywiole ziemi, U w żywiole wody, A w żywiole ognia, E w żywiole wiatru oraz O (OU) w żywiole nieba. Dobrym dźwiekiem do Kiai jest także wibracja głoski N, także przynależąca do natury ogniowej. Można nimi wspierać intensywnie zdolność wykonywania odpowiednich do żywiołu technik Osae (Immobilizacji, czyli paraliżujących natychmiast unieruchomień), które zostały wspomniane. Technikę Iriminage opisuje się jako 'wodę opływającą kamień’, technikę Kotegaeshi jako 'liść spadający na wietrze’, a Tenchinagę jako technikę 'połączenia nieba i ziemi’ więc można dobrać odpowiednie dźwięki jak U, E lub kombinację OI do tych wymienionych technik. Ruch typu Irimiho oraz ruch krótki często wspomagany jest dźwiękiem EI, a ruch typu Tenkanho lub ruch długi dźwiękiem IA. Ruch Irimitenkanho oraz Henkawasa pracuje dobrze z dźwiękiem EIA. Kiai dobrze działa gdy jest intensywnym i przenikliwym dźwiękiem, a szczególnie dobrze gdy jest rodzajem bojowego okrzyku, śmiechu lub śpiewu, który Wojownik dobywa z głębi brzucha, z Tanden. Dźwięk z brzucha wspomaga działanie Tanden i stąd techniki stają się skuteczniejsze. Mistrz Akayama, książe Teijun, Yoshimitsu, Takeda czy Ueshiba byli perfekcyjnymi mistrzami w stosowaniu Kiai podczas walki Jiyuwasa. Perfekcyjne Yubijutsu oraz Kiaijutsu to nieomal magiczne sztuczki stosowane przez Wojowników na poziomach mistrzowskich. Jedność i harmonia pięciu żywiołów oraz pięć symbolicznych Kręgów Mocy Mistrza Wojownika znajdujemy w starym japońskim symbolu białego kwiatu wiśni o pięciu płatkach umiejscawianym w zbiorniku środkowym energii na poziomie środka piersi czyli serca (Kokoro). Ten pięciopłatkowy kwiat serca jest starym symbolem mocy Ścieżki Wojownika i można go kontemplować w Mokuso. Jeśli nauczanie Aiki jest częścią programu wojskowego (rycerskiego) takiego jak Jujutsu, wtedy dołączamy cały kurs jako część ostatniego uczniowskiego poziomu technicznego. Zbiór technik Aiki stanowi kurs elitarnej Magii Wojennej (Bu-jutsu) o najwyższej przydatności, skuteczności i użyteczności.

    Autor tego opracowania jest adeptem Shobu Aiki oraz członkiem elitarnego stowarzyszenia czy raczej zakonu japońskich Wojowników Górskich (Yamabushi Gakkai), a wykładu o zasadach nauczania Aiki i ilustrującego go pokazu wysłuchał przy okazji dopytywania się jak zostać nauczycielem i jak uczyć Shobu Aiki tradycyjnie kultywowanego przez japońskich Yamabushi w 1988r. Nauk udzielił nieżyjący już dziś Yichihara Imoto Sensei, Kaiden, czlonek Yama Bushi Gakkai i Wojskowego Stowarzyszenia Aikido.

    Shihan Ryszard Zenon Matuszewski

  • Koncentracja

    Koncentracja

    Niniejsza praca jest tylko próbą zasygnalizowania zagadnień związanych z koncentracją (Shuchu Ryoku) i wynikających stąd praktycznych korzyści. Ma za zadanie przybliżyć metody praktyczne używane w różnych systemach filozoficznych Wschodu, szczególnie w Zen i Jodze oraz ich ewentualne zastosowanie, jako formy ćwiczeń umysłu w sztukach Budo, a szczególnie Aikido.


    I. CZYM JEST KONCENTRACJA?

    Niejednokrotnie w życiu codziennym używamy zwrotu typu „skoncentruj się”, „skup swoje uwagę”. Dotyczy to większości ludzi. Mówią i robią tak, wtedy, kiedy muszą zrobić coś ważnego, coś co wymaga tego skupienia naszej uwagi na Jednym przedmiocie lub czynności. Niewielu z nas jednak wie czym koncentracja jest naprawdę, w swej istocie, do czego może służyć i jak może wpływać na uporządkowanie naszego życia i naszych myśli. Mało kto też potrafi doskonalić się w tej sztuce; nie mówiąc już o tych, którym po prostu nie chciałoby się tego robić, lub tych co powątpiewają w słuszność metody zdyscyplinowania swego umysłu. Taki też jest przeciętny człowiek Zachodu w od-różnieniu od ludzi Wschodu  kolebki wychowania psychofizycznego w swych różnych od-mianach, czyli niewiele wiedzący o specyfice ćwiczeń koncentrujących.

    Jest bardzo wielu takich ludzi, którzy „nie usiedzą spokojnie na jednym miejscu” /np. w szkole/, którzy ciągle zmieniają kierunek swych zainteresowań. Nie wiedzą oni co „zrobić z rękami” kiedy np. z kimś rozmawiają. Ludzie ci zgniatają, lub obracają w rękach jakieś drobne przedmioty itp. Przykładów można by mnożyć wiele, a nawet bardzo wiele. Człowiek taki zupełnie nie potrafi nieraz skupić uwagi, jest ciągle roztargniony. Jeślibyśmy mogli choć na chwilę zobaczyć w głąb jego myśli do subtelnych poziomów, zobaczylibyśmy zupełny chaos i bezład. Przez ich mózgi przepływa ogromna ilość bitów tj. jednostek informacji. Prościej możemy to nazwać różnorodnością myśli. Traktują je ci ludzie oczywiście równorzędnie, tj. nie mogę wybrać jednej, tej potrzebnej aktualnie, a wyeliminować tych, które potrzebne nie są. Nie potrafią też oni uzyskać pełnej, świadomej kontroli nad wykonywane przez dłuższy czas czynnością, zniechęca je się do niej. Taki chaos i bezład w naszym mózgu możemy na-zwać stanem rozproszonej uwagi, dekoncentracją, lub inaczej nieumiejętnością jej skupienia.

    Rosnącemu rozproszeniu uwagi większości ludzi sprzyja rozwój naszej cywilizacji typu NT, spowodowany przez nią nieodpowiedni, nadmiernie szybki tryb naszego życia. Przy-łączają się do tego rozmaite odwieczne zakłócenia w naszym codziennym bytowaniu; prz-eciążenie pracą umysłową albo fizyczną bowiem nie sprzyja możliwości opanowania na-wału inormacji. Dochodzi jeszcze do tego niewiedza o możliwości poprawienia swego umysłu w lepszym pozytywnym kierunku. Czynnikami działającymi destabilizująco na umysł człowieka są też zachwianie równowagi ekologicznej w rejonie jego bytowania, zbyt szybka zmiana warunków zewnętrznych w jego otoczeniu, związana z rozwojem potężnego współczesnego przemysłu , szerzenie się niepoprawnych ideologii typu nie-humanitarnego, szerzących nienawiść i wrogość do drugiego człowieka, wszelkiego typu kryzysy militarne, gospodarce i społeczne, jak również zmuszanie człowieka do zapewnienia sobie i rodzinie warunków życia i związany z tym strach. Dołączyć też musimy wszelkie czynniki typu niepowodzenie życiowe a będziemy mieli w ogólnym zarysie obraz czynników stresowych, utrudniających koncentrację albo powodujące jej zanik lub brak.

    Możemy już zatem po tym krótkim wprowadzeniu spróbować zdefiniować w najbardziej ogólnej postaci czym właściwie jest koncentracja i co jest jej istotą. Ujmując więc zagadnienie w ścisłe ramy formułki rzec możemy iż koncentracja jest to zdolność naszego umysłu, naszej osobowości i woli do kierowania naszymi własnymi myślami, odczuciami i czynnościami, zarówno ilościowo jak i jakościowo, czyli zdolność do manipulowania całym bagażem umysłu. Można też twierdzić, co podają niektórzy zaawansowani praktycy iż koncentracja to zdolność skupienia uwagi/percepcji informacji z jednego źródła/ na jednej tylko rzeczy, przedmiocie, myśli lub odczuciu.

    Doskonaleniem tego stanu zajęli się prawdopodobnie około 34 tysięcy lat temu starożytni Ariowie, później Hindusi. Na bazie ćwiczeń koncentracji powstała indyjska Joga dynamiczna i statyczna. Później podzieliły one się na kilka szkół. Techniki ćwiczeń Jogi w tym i koncentrację posiedli w I tysiącleciu naszej ery /lub wcześniej/ Chińczycy, potem Koreańczycy i inne ludy Azji południowowschodniej. Dołączone  zostały do istniejących tam sposobów walki wręcz. Przeniknęły one tam wraz z rozszerzaniem się w Azji i zwycięskim „pochodem” Buddyzmu, jako religii, idei i sposobu życia. Stąd przez wiele lat współcześni ludzie Zachodu uważali, iż praktyki te wiążą się i są podstawą praktyk religijnych. Pogląd ten okazał się jednak błędny. W II tysiącleciu n.e. /lub wcześniej/ elementy jogi statycznej i dynamicznej dotarły do Japonii i przyczyniły się do powstania jej japońskiej odmiany zwanej Zen. Elementy ćwiczeń koncentrujących Zen zostały wykorzystane jako cenny element uzupełniający powstających i istniejących systemów i szkół walki. Tak samo, tylko wcześniej, było i w Chinach, jak również innych państwach, ówczesnych kulturach.

    Koncentracja ma i musi być dla nas również czynnikiem, który pomaga w pozytywnym i właściwym rozwoju jednostkowym rozwoju osobowości. Powinna być dla ćwiczących znaczącym elementem życia i struktury psychicznej umysłu. Jeśli te zasady zostaną spełnione to będzie to już pewna część sukcesu. Koncentracja w dalszym etapie ma być częścią nieodzowną naszego życia, cząstkę tego co robimy. Doprowadzenie nas do umiejętności władania całym bagażem naszego umysłu, jakże nieraz szarpanego myślami i ogólnym rozkojarzeniem, może wtedy zostać spełnione.

    Jeżeli praca ta przyczyni się do zwrócenia uwagi czytelnika na sprawy swej psychiki, umysłu, niejakiego spojrzenia do swego wnętrza, w głąb duszy, tak przecież bardzo zanie-dbanej przez człowieka Zachodu na rzecz czynników zewnętrznych/prezencji/ to autor pracy będzie szczęśliwy, człowiek ćwiczący również, a dzieło to spełni swój zamierzony cel.


    II.  ZASADY  KONCENTRACJI

    Dla wszystkich metod i systemów ćwiczeń koncentrujących wyróżnić możemy kilka wspólnych, następujących zasad:

    . Do ćwiczenia koncentracji musimy mieć spokojne, ciche otoczenie sprzyjające wyciszeniu i z czasem całkowitemu wyłączeniu bodźców zewnętrznych. Nie mogą docierać do nas zakłócenia typu przemysłowego, tzn. radio, telewizja muszą być wyłączone, wszelkie maszyny i urządzenia zakłócające ciszę także, nie można ćwiczyć w pobliżu miejsc gdzie ciągle przelatują samoloty lub przejeżdżają samochody. Ciszy nie powinno również zakłócać tykanie zegarów.

    . Musimy mieć jakiś przedmiot koncentracji. Nie może on przy tym być zmieniany z zasady w ciągu danego ćwiczenia. Może nim być dźwięk, który się powtarza, określone odczucie lub przedmiot, część ciała, centrum psychiczne, myśl, idea, zagadka czy za-topienie się w ciszę. Mogą być również subtelne odczuwane stany i procesy w przy-rodzie jak i w organizmie człowieka/zapach, krążenie krwi/ etc.

    3°. Podstawa naszego umysłu powinna być pasywna. W zasadzie myśli, obrazy, uczucia mogą swobodnie przepływać przez świadomość. Nie powinno się na nie zwracać uwagi, nie należy się też zajmować tym, czy ćwiczenie wykonujemy poprawnie.

    . Musimy przyjąć wygodną spionizowaną pozycję, pozwalającą pozostać w bezruchu przez dłuższy czas w stanie możliwie największego relaksu. Musi to trwać conajmniej 1020 minut. Pozycja musi przeciwdziałać zapadnięciu w sen. Najlepiej nadają się do tego: Hanka, Kekka, Suwari /lotos, półlotos, siad japoński/

    5°. Koncentracji nie należy ćwiczyć w pośpiechu, ani też jej gwałtownie przerywać. Nie wydłużamy też czasu ćwiczenia ponad nasze możliwości. To stopniowanie robimy długo i powoli, systematycznie wdrażając się do ćwiczeń.


    III. CELE ĆWICZEŃ KONCENTRACJI

    Cele uprawiania różnych form ćwiczeń koncentracyjnych można ująć w kilka następujących punktów:

    . Nauczenie umiejętności skupiania się na określonym przedmiocie i możliwości utrzymania niezmieniającego się stanu świadomości umysłu przez dłuższy czas.

    . Wyrobienie sobie kontroli nad swoimi myślami, co za tym idzie nad psychiką i możliwości kierowania umysłem.

    . Rozluźnienie całego ciała i psychiki oraz związany z tym efekt szybkiego odpoczynku umysłu i ciała.

    . Zbudowanie własnej, silnej i niezależnej osobowości, rozwinięcie poczucia własnej wartości.

    . Wyrobienie sobie zrównoważenia emocjonalnego a co za tym idzie uczynienie swego ducha spokojnym i wyrobienie sobie dystansu do wszelkich spraw.

    . Działanie lecznicze na organizm zarówno pod względem psychosomatycznym jak i każdym innym. Spowodowanie ułatwienia organizmowi koordynacji wszystkich Jego życiowych czynności.

    . Wyrobienie i spotęgowanie wiary we własne siły i możliwości. Inaczej mówiąc wyrobienie poglądu na siłę swoją i bogactwo siły /mocy/ Wszechświata.

    . Uzyskanie pełnej harmonii życia, wiążące się z odszukaniem drogi do znalezienia i wyzwolenia ukrytych mocy i sił psychicznych naszego organizmu. Jest to jednoczesne ze znalezieniem drogi do SATORI /wyzwolenia, olśnienia/.


    IV. EFEKTY KONCENTRACJI I ĆWICZEŃ PSYCHICZNYCH W OGÓLE WEDŁUG JOGI

    Specjaliści Wschodni wymieniają czasem, niektóre tylko zapewne, ze zdolności i możliwości oraz efektów jakie dają nam ćwiczenia psychiczne wyższe, a wstępem do których jest właśnie koncentracja. Należą do nich:

    . Możliwość wyzwolenia ukrytych sił psychicznych typu KI, KIME czy KUNDALINI i otworzenie drogi do osiągnięcia Satori /Nirwany/.

    . Zbudowanie sobie i uświadomienie własnej nadświadomości, zharmonizowanie się z Naturą i zjednoczenie ciała z umysłem /Yn z Yang/ przez utożsamienie siebie z Wszech-światem /Absolutem/.

    . Uzyskanie zdolności paranormalnych /nadpsychicznych/
    – jasnowidzenie, Jasnosłyszenie, lewitacja, telepatia, telegnezja /w Jodze/
    – nieograniczona władza nad zmysłami
    – uzyskanie fenomenalnej szybkości i mocy /Aikido, Karate, Kungfu/
    – zdolność leczenia/nawet na odległość/
    – zdolność czytania palcami
    – zdolność niszczenia przedmiotów i osób z odległości /negatywna/
    – możliwość trwania w hibernacji dłuższy czas/przez zatrzymanie akcji organizmu/, i znaczne przedłużenie życia
    – osiągnięcie pełni zdrowia i radości życia
    – uzyskanie fenomenalnego wyskoku /kungfu/
    – możliwość pokierowania własną jak i cudzą psychiką/Aikido/

    . Możliwość kontroli wszystkich czynności organizmu jak również swoich poczynań i myśli.

    . Znaczne przedłużenie życia, osiągnięcie pełni zdrowia, szczęścia i doskonałości psychofizycznej.


    V. EFEKTY ĆWICZEŃ KONCENTRACYJNYCH
    WEDŁUG WSPÓŁCZESNYCH BADAŃ NAUKOWYCH

    Współczesne badania medyczne, biologiczne i fizjologiczne doprowadziły do „odkrycia” dla świata współczesnej nauki, niektórych efektów biologicznych pojawiających się pod wpływem uprawiania ćwiczeń koncentracyjnych. A oto one:

    . Zmiany w aktywności elektrycznej mózgu i pojawienie się fal alfa, które są charakterystyczne dla umysłu spokojnego, opanowanego i wypoczywającego /relaksacja/.

    . Zmniejszenia zapotrzebowania na tlen /o 10-20% po 3 min. u osób zaawansowanych/.

    . Zmniejszenie ilości uderzeń serca na minutę.

    . Spadek ciśnienia krwi.

    . Wydłużenie czasu trwania oddechu.

    . Zmiany w elektrycznej oporności skóry wskazujące na głęboki odpoczynek.

    . Zmiany w chemicznym składzie krwi  spadek ciśnienia cortisolu powodującego stresy w krwi.

    . Zmniejszanie zawartości kwasu mlekowego w mięśniach i obniżanie napięcia mięśniowego.

    . Szybkie odświeżanie psychiki /oczyszczenie/

    10°. Fizjologiczne zmiany w centralnym systemie nerwowym.

    11°. Zwiększanie stabilności autonomicznego systemu nerwowego.

    12°. Zmniejszenie zapotrzebowania organizmu na alkohol i nikotynę oraz środki halucygenne typu haszysz lub marihuana i inne.

    13°. Normalizacja wagi ciała.

    14°. Zmniejszenie bezsenności u osób cierpiących na nią.

    15°. Zwiększenie wydolności fizycznej u chorych na serce.

    16°. Szerokie działania lecznicze na organizm:

    – likwidacja stanów lękowych, stresowych, nerwicowych itp.
    – pozytywne skutki w leczeniu astmy oskrzelowej,
    – zmniejszenie podatności na choroby infekcyjne,
    – likwidacja wszelkich kompleksów i przypadłości,
    – uspokojenie i zwolnienie czynności życiowych organizmu,
    – obserwuje się poprawienie efektywności pracy, nauki i zdolności do niej; polepszenie pamięci i stosunku do otoczenia i ludzi
    – likwidacja chorób psychosomatycznych
    – możliwości leczenia innych jak i otoczenia


    VI. ETAPY KONCENTRACJI W JODZE PSYCHICZNEJ

    . Pratjahara patrzenie ku sobie czyli introspekcja. Oznacza to całkowite władanie uwagą, uwolnienie umysłu spod władzy zmysłów, ćwiczenia wymagają wiele czasu i cierpliwości. Jest to wstępny etap ćwiczeń psychicznych Jogi. ćwiczący koncentruje się na tym, aby jego myśli swobodnie przepływały przez umysł, nie zakłóca ich a tylko je obserwuje, ćwiczymy tak przez wiele miesięcy a nawet lat, osiągając w końcu wyciszenie potoku różnych myśli.

    . Dharana  koncentracja to skupienie uwagi na Jednym przedmiocie lub myśli. Potrzebna jest potężna siła woli i wyjątkowa cierpliwość. Na szczeblu tym chodzi nie tylko o uzyskanie umiejętności dłuższej koncentracji na Jednym przedmiocie, wrażeniu, idei, określonym punkcie ciała. To skupienie daje również wiedzę wszechstronną o przedmiocie i pozwala na dotarcie do istoty tegoż.

    3°. Dhjana  medytacja zwana też inspiracją lub natchnieniem. Medytacja jest stanem umysłu wyćwiczonego w ten sposób, by zostać odpowiednio długo skupionym na określonym miejscu, w którym uzyskuje się zdolność „płynięcia” ku temu miejscu lub przedmiocie nieprzerwanym prądem. Medytujemy najpierw o przedmiotach materialnych, następnie o zjawiskach i stanach coraz subtelniejszych, aby dojść do medytacji bezprzedmiotowej, gdy umysł zatapia się w pustkę i ciszę. W medytacji należy rozróżniać 3 etapy percepcji:

    – postrzeganie zewnętrznych przyczyn wrażeń /shabdadźwięk/
    – postrzeganie wewnętrzne pobudzenia nerwu przekazującego wrażenia do mózgu /arthaznaczenie/
    – postrzeganie reakcji mózgu na wrażenia /jnanawiedza/

    . Samadhi  kontemplacja, nadświadomość, wyeliminowanie zewnętrznej strony percepcji, całkowite uspokojenie fal umysłu i wyzwolenie z odczucia zewnętrznego. Jest to zintensyfikowany stan medytacji, tak aby nastąpiło zupełne wyeliminowanie z centrum uwagi zewnętrznej strony percepcji na rzecz jej strony wewnętrznej. W tym stanie jogin dogłębnie poznaje samego siebie oraz istotę Kosmosu, który okazuje się wytworem własnych myśli. Jogin wykazuje w tym stanie ponadnormalne uzdolnienia /jasnowidzenie, lewitacja do dowolnej części Wszechświata, nieograniczona moc i potęga/. Te pokusy trzeba odrzucić, nie można ulec ich czarowi, a wtedy osiągniemy całkowite uspokojenie fal umysłu, wyzwolenie z odczucia zewnętrznego.


    VII. ETAPY KONCENTRACJI W ZEN

    Rozróżniamy 3 etapy w drodze medytacji Zen i są to etapy zasadnicze.

    1. Nauka wytworzenia pustki wewnętrznej
    Ćwiczenie w tym etapie polega na skupieniu uwagi, wpatrzeniu się w punkt odległości około 90 cm od ćwiczącego. Należy wolno oddychać przez nos. Oczy pozostają otwarte. Można wykonywać swobodne skłony w bok, przy wyprostowanym i spionizowanym kręgosłupie. Zwykle wykonujemy to ćwiczenie zwane wahadłem nx 360 razy. Siedzimy zwykle w Hanka /lotos/, Kekka /półlotos/ lub Suwari. Po wybraniu tematu do medytacji /nie wolno go zmieniać w czasie ćwiczenia, ćwiczenie powinno być wykonywane 20-40 minut. Zaczynamy od około 5 minut; stopniowo powiększając czas trwania medytacji. Pora wykonywania ćwiczeń psychicznych Zen to wczesny ranek lub wieczór, będąc jednocześnie twarzą zwrócony na wschód. Tematami do medytacji zwykle bywają:
    – susekukan /liczenie oddechów/ oraz
    – dzuisekukan /koncentracja na oddechach/; gdzie analizujemy niejako drogę strumienia powietrza do naszych płuc. Jak również jego drogę powrotną.

    2. Etap wyjścia z siebie i jego przeżycie.
    Gdy przez pewien, zwykle dość długi czas, wykonujemy medytację jak poprzednio, za-czynają pojawiać się i wytwarzać różne omany w postaci widocznych przed oczyma snopów iskier fioletowych plam, słyszenia czyichś głosów, widzenia ludzkich twarzy itp. Związane to jest z oczyszczaniem naszej psychiki. Niepotrzebne myśli wyrzucamy z na-szego umysłu, lecz one jeszcze krążą wokół nas i dają o sobie znać, chcąc powrócić na dawne miejsce w umyśle. Przez odrzucenie ich z naszej sfery psychicznej można uzyskać wewnętrzny spokój. Zjawiskom tym nie należy się podawać, a wtedy one same miną i pozbędziemy się brudów w naszej psychice. W etapie tym staramy się obserwować swój temat do medytacji czyli oddech. Wczuwać się w niego oraz nie dopuszczać żadnych innych myśli. Wtedy to bowiem nasz trud przyniesie pożytek, a praca nad sobą da rezultaty.

    3. Dochodzenie do satori i jego osiągniecie.
    Ostatnim etapem jest dosięgnięcie do pełnej integracji psychicznej z Wszechświatem czyli olśnienie, zwane po japońsku satori lub kenśio. Jest to także radość z pełni zdrowia. Droga do tego jest długa i żmudna lecz wartościowa. Polega ona na coraz dłuższym ćwiczeniu stanów pustki wewnętrznej poprzez ćwiczenie  śikantadza /trwanie w pozycji/ i wypieranie myślenia dyskursywnego myśleniem intuicyjnym. Wykonuje się to ostatnie techniką koanu. Koan znaczy zagadka czyli myśl filozoficzna oparta na wschodniej logice paradoksalnej. Należy je rozwiązać nie myśleć ale wczuwając się w nią intuicyjnie. Przykładem koanu może być pytanie: „Co to jest nic?”. Do stanu najwyższego w Zen doszły i dochodzą przez systematyczne ćwiczenie nieliczne jednostki, choć wielu jest bardzo zaawansowanych.


    VIII MEDYTACJA TRANSCENDENTALNA /TM/

    Ta forma ćwiczeń medytacyjnych powstała bardzo dawno temu w starożytnych Indiach. Opisana była w starych księgach hinduskich, choć zapomniana i niepraktykowana. W latach 40-tych naszego wieku odkrył je wybitny znawca ksiąg hinduskich Sri Brahmananda Sarasvati zwany Guru Dev. Misję upowszechnienia TM i przypomnienia jej światu powierzył on uczniowi swemu zwanemu obecnie Maharishi Madesh Yoga. Guru Dev zmarł w 1953 r. Maharishi opłakał mistrza i udał się na dwa lata w góry  Himalaje. Gdy w 1956 roku powrócił do cywilizacji miał już opracowany plan światowego ruchu na rzecz TM. Rozpoczął on wielką akcję trwające do dziś. Poprzez Indie, Singapur, Hawaje dotarł on do Kaliforni, będącej aktualnie najliczniejszym ośrodkiem medytacji na świecie. Uprawia tam TM ponad 130 tyś. ludzi. Inne silne ośrodki to Kanada  90 tyś. i RFN 55 tyś. Obecnie na całym świecie jest ponad 2 miliony ludzi praktykujących TM. Zawrotną, karierę zrobiła ona na Zachodzie. Ośrodki TM są w 89 krajach świata. Główna kwatera znajduje się w Los Angeles. Jest tam stacja telewizyjna ruchu TM nadająca programy członków i same dobre wiadomości. jest to telewizja uśmiechu i spokoju. Nadawane są również wykłady Maharishiego. Główne centra ruchu są w Lucernie w Szwajcarii i Fairfield w stanie Iowa w USA. Działają tam dwa międzynarodowe uniwersytety Maharishiego kształcące setki nauczycieli TM. Organizuje się również Kursy Twórczej Inteligencji /Nauka Twórczej Inteligencji Science Creative Inteligence SCJ/. Główna siedziba ruchu jest tam, gdzie znajduje się Maharishi. Prorok odmawia podania swego wieku, lecz przypuszcza się, że ma ponad pół wieku. Maharishi twierdzi, że jeżeli l procent danej społeczności będzie medytować, to pozostałe 99% pozytywnie odczuje te skutki, a przy 5% medytujących zaczną się dziać rzeczy naprawdę wielkie… Rzekł on „widzę poranek ery oświecenia”. Materiały TM podają listę miast, w których dzięki odpo-wiedniemu procentowi medytujących zmniejszyła się liczba przestępstw. Dane te pokrywają, się z oficjalne statystyką. Udało się udowodnić pozytywny wpływ tego rodzaju medytacji w takich sprawach jak:

    1°. Głęboki odpoczynek mierzony zmniejszonym zapotrzebowaniem na tlen

    2°. Spadek ciśnienia krwi, zmniejszona zawartość cortisolu, powodującego stresy krwi

    3°. Zmniejszona ilość uderzeń serca na minutę

    4°. Wydłużony okres zwolnionego oddechu

    5°. Wzrost elektrycznej aktywności mózgu, mierzonej falami alfa

    6°. Większy relaks  mierzony opornością skóry

    7°. Zmniejszenie zapotrzebowania na alkohol i nikotynę oraz na środki halucynogenne /haszysz i marihuana/

    8°. Mniejsza bezsenność i krótszy czas regeneracji po niej

    9°. Znormalizowana waga ciała, większa wydolność u chorych na serce

    10°. Pozytywne skutki w leczeniu astmy bronchitowej

    Dobrodziejstwa TM przejęli również sportowcy różnych dziedzin, stosując je jako trening odprężeniowy wśród zawodników rozmaitych dziedzin. Również między innymi piłkarze RFN stosują TM. Dzięki TM, która ma tyle zalet, gdyż jest prosta nie można jednak osiągnąć 4 stopnia ekstazy duchowej zwanego Turya. Można osiągnąć natomiast Nirwanę, co szczególnie dla ludzi Zachodu Jest i tak wielkim osiągnięciem.

    Medytacja Transcendentalna jest stosunkowo prostą i łatwą metodą. Wymaga poświęcenia około 30-40 minut dziennie, połowa rano i połowa po południu. Ważne jest systematyczne medytowanie. Mniej ważny jest nasz stosunek do idei TM. Medytacja Transcendentalna da pozytywne efekty nawet wtedy, gdy będzie wykonana jako czynność automatyczna, aczkolwiek wg obowiązującej techniki codziennie. Efekty są niemal stu procentowe, bez względu na stopień sceptycyzmu, medytującego. Technika samej medytacji polega na skierowaniu ku swemu wnętrzu, ku subtelnym poziomom myśli, aż umysł przekroczy je i zagłębi się w źródło myśli. Ciało jest całkowicie odprężone /jak w głębokim śnie/, lecz umysł jest czujny, rozbudzony, bystry. Medytujący siedzi z zamkniętymi oczami, koncentrując swą uwagę na wewnętrznym powtarzaniu/wyobrażonym sobie/ pojęciu dźwięku, tzw. mantrze.

    Mantr jest 17, znają je nauczyciele wykształceni przez Maharishiego. Od niego też je otrzymują. Mantrę jedną na całe życie otrzymuje się od nauczyciela; należy ją powtarzać i zapamiętać. Mantry tej nie wolno nigdy zapisywać lub powtarzać głośno. Gdy w czasie medytacji nachodzą umysł różne myśli wyprzeć je należy mantrą. Siedzimy zwykle w siadzie skrzyżnym. Wielu ćwiczących TM Już po kilku medytacjach odczuwa szczęście, czuje się lepiej, czuje lekkość i dobroć. Jest to wspaniały sposób na relaks, szczególnie dla nas europejczyków, którym potrzebna jest taka metoda regeneracji psychofizycznej.


    IX. CZ’AN CZYLI CHIŃSKI ZEN /czyt. Czchan/

    Sekta Cz’an powstała w V do VIII wieku naszej ery w Chinach. Jest to sekta oparta na religii buddyjskiej. Od niej, czyli od sekty Cz’an wywodzi się japońskie Zen. Nazwa wywodzi się od sanskryckiego słowa DHJANA, co znaczy skupienie, medytacja. Nauka ta powstała jako swoisty protest przeciw klasycznym indyjskim formom buddyzmu. Buddyzm cz’an wraz z taoizmem stanowi istotę kultury Dalekiego Wschodu. Założenia filozoficzne tej szkoły opierają się na filozofii buddyjskiej, choć w wielu momentach z nią zrywają.

    Kto nie widzi Buddy w sobie, nie znajdzie go nigdzie. Kto nie potrafi znaleźć prawdy dzisiaj nie znajdzie jej nigdy w przyszłości. Prawdę i Buddę trzeba znaleźć w sobie i w tym co otacza człowieka. Trzeba je znaleźć samemu. Analiza intelektualna daje możliwość oceny jedynie zewnętrznej strony zjawiska prześlizgnięcia się po jej powierzchni. Nie może to wyjaśnić istoty zjawiska. Nie należy zbytnio obciążać umysłu książkową mądrością. Nic nie jest święte, nie posiada wartości w obliczu wielkiego skupienia indywidualnego oświecenia. Trzeba umieć żyć, poznawać życie i rozumieć je, jak i przyjmować w całym jego bogactwie i pięknie. Rozmyślać należy w sposób swobodny i naturalny. Aby poznać prawdę nie trzeba żadnych kanonów ani autorytetów. Nie należy gardzić pracą. Praca robi człowieka szlachetnym. „Kto nie pracuje ten nie je”, albo jak mówi chińskie przysłowie „Dzień bez pracy  dzień bez jedzenia”. CZ’AN zakładało też: precz z wszelką własnością, z gromadzeniem dóbr. Ten kto pragnie coś posiadać, w rzeczywistości sam staje się obiektem posiadania, niewolnikiem swoich iluzorycznych wyobrażeń o życiu. Olśnienie jest nagłe, spływa nieoczekiwanie na człowieka w dowolnym momencie. Nie trzeba do tego siedzieć długo w bezruchu, ale trzeba być do tego przygotowanym. Jest to bowiem wstrząs intuicyjny.

    Później wprowadzono do praktyki próby sztucznego stymulowania nagłego olśnienia, drogą ostrych bodźców, okrzyków, a nawet uderzeń, które spadały nagle na nie oczekującego ich lub nawet pogrążonego w transie człowieka i zmuszały go do błyskawicznej, podświadomej, intuicyjnej reakcji. Rozpowszechniły się specyficzne za-gadki: np. „uderzenie dwóch dłoni to klaśnięcie, a czym jest klaśnięcie jednej dłoni?” Zgłębienie drogą intelektualną tych zagadek jest niemożliwe. Pod pozorami absurdu kryje się głęboki sens prowadzący do oświecenia na co szły lata rozmyślań.

    Na plan pierwszy wysunięto praktykę nieustającej medytacji, chociaż niekoniecznie w pozycji siedzącej, ćwiczyli siedząc lub przechadzając się przez długie godziny, albo dni w głębokim skupieniu, nie zwracając uwagi na nic, wyłączając się z wszelkich spraw wewnętrznych. Mnisi nieraz czuwali w specjalnych salach medytując co trwało często wiele godzin lub tygodni. Pili też mocną herbatę aby nie usnąć i dla pokrzepienia. Stąd dookoła chińskich klasztorów buddyjskich powstawały plantacje krzewów herbacianych. Dieta była ściśle wegetariańska oraz bardzo mocno przestrzegana. Przestrzegać też na-leży tam toalety, pilnować czystości i porządku. Prócz tego każdego dnia mnisi spędzali wiele godzin na medytacji.


    X PRZYKŁADY ĆWICZEŃ
    KONCENTRACYJNO – MEDYTACYJNYCH W JODZE

    l°. ćwiczenia wprowadzające do wyciszenia /Dharana/ a /Koncentracja/ na wrażeniach wzrokowych:
    – siadamy w pozycji najlepiej skrzyżnej /kręgosłup zawsze pionowy/
    – uspokoić oddech, zamknąć oczy
    – zacząć wpatrywać się w ciemność pod powiekami
    – po pewnym czasie pojawiają się wrażenia, świetlne, czasem kolorowe
    – obserwujemy je cierpliwie i uważnie
    – inne doznania/czuciowe, dźwiękowe /nie powinny do nas docierać prawie w ogóle
    – maksymalny czas ćwiczeń 10-15 minut
    Uwaga!  Aby pomóc sobie w odizolowaniu się od odbioru wrażeń zewnętrznych w celu skupienia się w sobie stosujemy YoniMudra/jonimudrę/
    Yoni Mudra ucisk uszu, oczu i ust palcami obu rąk jednocześnie. Stosujemy przez chwilę. Ręce mamy ułożone kontemplacyjnie w zamknięty krąg. b /Ćwiczenie wzroku:
    – na łagodnie oświetlonej ścianie wieszamy czarną kartkę papieru z białym kwadratem w środku o boku 5 cm
    – siadamy przed tym rysunkiem w odległości ok. 60 cm, tak aby linia oczy-kwadrat była pozioma
    – oddychamy spokojnie i wpatrujemy się w kwadrat nie poruszając oczami i nie mrugając
    – po około 2 minutach nie mrugając przenosimy spojrzenie na pustą ścianę obok rysunku i obserwujemy jak w miejscu, gdzie pada wzrok wyraźnie pojawia się czarny kwadrat później zaczyna on szarzeć i znika
    – po zniknięciu kwadratu znów przenosimy wzrok na biały kwadrat na 12 min. i ponawiamy opisaną czynność
    – ćwiczymy do czasu aż zaczną łzawić oczy
    – gdy po dłuższym treningu łzawienie ustąpi wpatrywanie przedłużamy do ok. 10 min.

    2°. ćwiczenie wibracyjno-dzwiękowe /Dharana/
    – siadamy skrzyżnie, zamykamy oczy, uspokajamy oddech
    – w trakcie wydechu z półprzymkniętymi wargami wydajemy wibrujący dźwięk „Oomm
    – wibracje po pewnym czasie odczuwamy wzdłuż całego kręgosłupa
    – uwagę skupiamy na tych właśnie wibracjach
    – po pewnym czasie stosujemy też wibrację „Oomm” w fazie wdechu wyobrażając to sobie tylko w myśli
    – po kilku minutach uwagę można przenieść na doznania wzrokowe, a wibrację „Oomm” traktować drugoplanowo /jako tło/

    3°. ćwiczenia wyciszające
    a/ etap I /Pratjahara/
    – siedzimy ze spionizowanym kręgosłupem, uspokajamy oddech, rozluźniamy mięśnie i zamykamy oczy
    – w otoczeniu musi być maksymalny spokój /absolutny/
    – zaczynamy obserwować swoje myśli
    – należy osiągnąć taką postawę, aby swoje „Ja” /siebie/
    – nie identyfikować z myślami, lecz wyraźnie odczuwać swoją jaźń jako odrębną od swych myśli, patrzeć trzeba na swoje myśli jak postronny obserwator
    – myślom nie wolno dać się zaangażować, ani ponieść się im,
    b/ etap 2 /Pratjahara/
     trzeba uczyć się tłumić obserwowane myśli dochodzimy do tego, aby czujnie wychwytywać moment
    powstania nowej myśli i natychmiast wysiłkiem woli zmuszać
    się do jej zaniechania i porzucenia
     etap ten prowadzi do dłuższych kilku minutowych okresów zupełnej ciszy
    c/ etap 3 /Dharana/
    – teraz do wyciszonej świadomości wprowadzamy poszczególne myśli, świadomie je rozważamy przez kilka chwil po czym wysiłkiem woli likwidujemy je i wyciszamy pole świadomości
    – po krótkim okresie ciszy postępujemy z nowowprowadzoną myślą podobnie
    – zaleca się stosować myśli przykre dla ułatwienia ćwiczenia
    Uwaga! Teraz w 3 etapie ćwiczenia proces myślenia powinien być obserwowany „z boku”, przez oddzieloną jakby jaźń.
    d/ etap 4 /Dharana/
    – okres ciąży w polu świadomości jest bardzo długi, wyłaniające się z podświadomości myśli są z łatwością likwidowane
    – ćwiczenie doprowadza do „samozapomnienia”
    – trudność polega na tym, aby w tym stanie nie usnąć, ale żeby trwało ono w stanie czuwania

    4°. ćwiczenia medytacji aktywnej /Dharama/
    – w trakcie zaawansowanej koncentracji, postanawiamy prześledzić w myśli cały ciąg wydarzeń i obserwacji, świadomych i podświadomych dokonanych np. w czasie drogi do pracy odbytej w poprzednim dniu
    – dbamy aby nie odejść od głównego nurtu tematu, nie – dopuszczamy żadnych innych myśli

    5°. ćwiczenia introspekcyjne /Pratjahara/
    a/ ćwiczenia w pozycji nieruchomej
    – usiąść nieruchomo, kręgosłup wyprostowany, głowa prosto, uregulować i pogłębić od-dech, odprężyć mięśnie całego ciała /przez wyobrażenie ciężaru/
    – oczy zamknąć lub zmrużyć, odwrócić uwagę od wszelkich wrażeń zmysłowych i bodźców, starać się nie dostrzegać niczego, nie przysłuchiwać się niczemu
    – obserwować jedynie własne wnętrze psychiczne /własne myśli „przepływające” niejako przez umysł/
    – nie odwracać od myśli uwagi, ani ich nie tłumić, bez względu na to jakie są /choćby były szokujące lub najbardziej dziwne/
    – nie wolno ingerować w myśli, tylko należy je obserwować
    Uwaga! ćwiczenie to jest istotą pratjahary. Ćwiczymy je codziennie przez wiele lat. Celem jest uzyskanie władzy i kontroli nad potokiem myśli, doprowadzenie do stanu ciszy i spokoju. Im dłużej i cierpliwiej ćwiczymy  pełniejszy spokój ogarnia nasz umysł, potok różnych myśli nieuporządkowanych ginie.
    b/ ćwiczenie w dowolnych dynamicznych pozycjach
    – obserwujemy potok swych myśli w warunkach życia codziennego

    6°. Koncentracja bezprzedmiotowa /odczuwanie siebie/
    – kierujemy myśl na jedną rzecz
    – próbujemy odczuwać samego siebie
    – należy zapomnieć o wszystkich aktualnych sprawach
    – koncentrujemy się na prawidłowym wykonywaniu oddechu, nie dopuszczając żadnych innych myśli
    – wczuwamy się w rytm i tętno oddechu
    – utrzymać należy prostą linię kręgosłupa
    W czasie cyklu oddechowego rozróżniamy jego fazy: wdech napływ świeżego powietrza jago zapach i jakość; gdy ćwiczymy na otwartej przestrzeni czujemy las, zieleń, kwiaty, liście gdy w pomieszczeniu to jego /powietrza/ rodzaj /wilgotność, rozgrzanie słońcem/, zatrzymanie wdechu odczuwamy pełnię i spostrzegamy ciszę, a po pewnym czasie słyszymy swoje tętno  rytm życia. Wydech  czujemy rozluźnienie mięśni i ciężar swojego ciała, czyli prawo grawitacji, później czujemy odpływ zmęczenia i ciepło. Bezdech spo-strzegamy ciszę inną niż przy wdechu zatrzymanym i inny rytm pulsu. Cel doprowadzenie do stanu, kiedy odczujemy, że napięcie i zdenerwowanie jest przeciwko nam, opanowanie natomiast darzy nas spokojem i siłą.

    7°. Przegląd wsteczny
    – odtwarzanie w pamięci zdarzeń całego dnia, w odwrotnym niż normalnie porządku /od końca do początku dnia/. Cofanie się od skutku do przyczyny. Oglądanie siebie jak w filmie puszczonym od końca do początku.
    – wykonujemy w pozycji do medytacji, z zamkniętymi oczami i rękami ułożonymi do koncentracji.
    Cel zdobycie umiejętności manipulowania całym bagażem umysłu /chitt/ uczy też to ćwiczenie patrzeć bezstronnie na swe czyny, uczucia i myśli, oraz widzieć siebie niejako z pewnego dystansu, oddalenia, jako inną osobę

    8°. Skupienie uwagi na różnych częściach ciała.
    – obieramy sobie dowolną część ciała, np. rękę, żołądek, głowę lub inny punkt,
    – staramy się odczuwać tę jedną część ciała w oderwaniu od innych
    – inne myśli eliminujemy

    9°. Koncentracja na czakramach
    Czakramy są to centra psychiczne w naszym organizmie i Jest ich siedem. Koncentracja na nich jest wyższą formą ćwiczenia  czyli skupienia się na różnych punktach ciała. Joga mówi, iż na nich najlepiej się skupić. Człowiek /każdy/ ma siedem czakramów:
    – na szczycie głowy /Sahasrara/       
    – u nasady kręgosłupa/ogień kundalini/ /Muladhara/
    – środek ciężkości /2 cm poniżej pępka w głąb ciała /Swadhisztana/
    – wewnątrz splotu słonecznego, w okolicach śledziony /Manipura/
    – na sercu /Annahata/ po stronie mostka
    – w sercu duchowym po prawej stronie /Wiszudda/, aż przy krtani
    Należy starać się przenieść jakby umysł do wybranego czakramu i poczuć, że właśnie stamtąd pochodzi źródło naszych myśli. Koncentracja na czakramach należy do bardziej intensywnych i powoduje rozwój sił psychicznych i odpowiednich zdolności związanych z każdym czakramem, a zaliczanych do ponadnaturalnych.

    10°. Przykłady innych ćwiczeń koncentrujących dla zaawansowanych.
    a/ skupienie uwagi na zjawiskach przyrody:
    – śpiewie ptaków, deszczu, śniegu
    – drzewach, krajobrazie
    – kwiatach, owocach
    – szumie liści, głosie zwierząt
    – zapachu zieleni, traw, wiosny
    – przedmiotach codziennego użytku etc.
    Należy starać się poznać je zmysłami i zrozumieć ich wewnętrzną naturę przez wczuwanie się w nie.
    b/ skupienie uwagi na objawach rozkwitu i dojrzewania, jak również więdnięcia i umierania w przyrodzie. Przedmioty /owoce, kwiaty/ oglądamy jak najdokładniej, a po-tem poddajemy się wywołanemu przez nie uczuciu.
    c/ koncentracja na czynnościach wewnętrznych organizmu:
    – analogicznie jak poprzednio skupiamy się na oddechu, krążeniu krwi /bąbelki powietrza we krwi/, pracy serca, pracy różnych narządów i organów wewnętrznych, czy na pracy naszych zmysłów
    – ćwiczymy wytrwale, aż nauczymy się mieć nad każdym organem i czynnością, organizmu pełną kontrolę.


    XI ćwiczenie medytacyjne zen

    l°. Susokukan /liczenie oddechów/
    a/ Wersja 1
    – siadamy ze spionizowanym kręgosłupem, broda lekko przyciśnięta do szyi /kręgosłup szyjny wyprostowany/
    Hara wypięta do przodu /biodra wypięte do przodu/ tak, że czubek nosa znajduje się za linią prostopadłą do podłogi, a przechodzące przez początek brzucha
    – siedzimy z otwartymi oczami i patrzymy w punkt na tle jednobarwnym, odległym o ok. 90 cm od nas /kropka, koralik, punkt/, lub analogiczny na linii poziomej na ścianie
    – oddychamy tylko przez nos, jest absolutna cisza
    – liczymy oddechy od 110/potem znów od 110 itd./ w myśli
    – gdy jest wdech nie myślimy o niczym, gdy wydech powtarzamy sobie liczebnik
    – jeden liczebnik wypełnia nasz umysł przez cały wydech
    b/ Wersja 2
    – liczebnik wypełnia nasz umysł przez wdech i wydech, przy czym jest on powtarzany w myśli dwukrotnie, raz przy wdechu i raz przy wydechu
    2°.Dzuisokukan /koncentracja przez wczuwanie się w oddech/
    – ćwiczymy najlepiej w pozycji Hanka/pełnego siadu skrzyżnego czyli lotosu/
    – oddech jest przede wszystkim przeponowy
    – przy wdechu czujemy jakbyśmy wciskali powietrze do balonika w środku ciężkości /brzuchu/ „balonik” ten rozszerza się we wszystkie strony, a najbardziej do przodu i w dół
    – musimy czuć wszystkie etapy drogi powietrza do płuc na przestrzeni wdechu, tj. wciąganie powietrza przez nos, uczucie zimna na szczycie jamy nosowej, przebieg powietrza przez krtań, oskrzela, a dalej wyobrażamy sobie jakby to powietrze schodziło w dół do środka ciężkości i po linii spiralnie kończącej się wnikało w ten punkt
    – nie należy wciągać powietrza do maksimum, tylko średnią, normalnie potrzebną jego ilość
    – trochę powietrza wciągamy też do reszty płuc
    – skupiamy powietrze w przeponie i robimy wydech: powolny, dokładny, czujemy ulgę w umyśle
    – wykonujemy wydech obserwując i czując powietrze w odwrotnej kolejności niż przy wdechu

    Obserwacja drogi powietrza ma tu zasadnicze znaczenie!

    3°. Impuls wyjścia z siebie /patrz VII2°/
    W czasie ćwiczeń medytacji, zwykle po pewnym czasie ćwiczący „widzą” przed oczyma jakieś gęste cienie, fioletowe plamy, snopy iskier, nieraz widzieć też można twarze, których w rzeczywistości nie ma, czasem słyszy się głosy i to tak wyraźnie że mimowolnie odwracamy się w tym kierunku, skąd wydają się one pochodzić, są to tzw. omamy. Nie wolno się tym zjawiskom poddawać, nie wolno się nimi zajmować. Znikną same, gdy utrzymamy pustkę wewnętrzną. Etap ten można nazwać pozbywaniem się omamów.

    4°. Medytacja na koan.
    Koan  myśl, zagadka filozoficzna.
    – obieramy sobie koan jako temat do medytacji
    – oddychając normalnie i siedząc w pozycji najlepiej lotosowej, skupiamy całą uwagę na wewnętrznym powtarzaniu tej myśli
    – staramy się rozwiązać ją nie myśląc dyskursywnie, a wczuwając się w nią intuicyjnie, czyli działając tymi wyższymi psychicznymi formami poznawania
    – medytujemy dowolnie długo, nie wolno zmieniać tematu medytacji
    Temat do medytacji czyli myśl zagadka musi być oparta na wschodniej logice paradoksalnej! Przykłady koanu:
    a/ co to jest nic?
    b/ uderzenie dwóch dłoni to klaśnięcie, a czym jest więc klaśnięcie jednej dłoni?
    – ćwiczenie z danym koanem wykonujemy codziennie przez wiele miesięcy.

    5°. Śikantadza  trwanie w pozycji.
    – siadamy w pozycji suari /suwari/ lub odmianie Hanka
    – poprzez siedzenie w pozycji /trwanie/ należy tutaj osiągnąć stan pustki wewnętrznej, kiedy medytujący przeżywa tylko własną jaźń, odczuwa istnienie realne swojej osobowości
    – do umysłu nie napływają żadne myśli, trwa on w stanie samozapomnienia. Jest to za-awansowany sposób medytacji, jest on już wyższym celem ćwiczeń psychicznych. Wdrażając się do tych ćwiczeń należy najpierw przez pewien czas zwykle kilka miesięcy stosować Susokukan, później analogicznie lub dłużej dzuisokukan, a dopiero po opanowaniu tamtych prostych ćwiczeń zająć się tym bardziej zaawansowanym.

    Po dłuższym czasie ćwiczenia swego umysłu w utrzymaniu stanu pustki wewnętrznej medytujący dochodzi do wyższych stanów psychicznych, ćwiczyć należy od kilku sekund na początku do kilkunastu minut /20-40/, jeśli chce się osiągnąć trwałe wyciszenie, lub dłużej do kilku godzin, dni, tygodni. Pewien medytujący osiągnął stan satori po 9 latach nieprzerwanego trwania w pozycji ćwiczenia śikantadza. Przypłacił ten zbytni pośpiech utratą nóg.

    Uwagi do ćwiczeń Zen.

    Medytujemy w formie minimalnej od 5 do 10 minut, jednak osiągniemy niewielkie wyciszenie umysłu po kilku latach. Gdy będziemy ćwiczyli od 20 do 40 minut to efekt wyciszenia będzie szybszy i trwalszy, ćwiczyć najlepiej dwa razy dziennie tj. rano i po południu. Nie wolno ćwiczyć zaraz po jedzeniu, tylko około 1,5 – 2 godz. po posiłku, lub 0,5 do 1 godz. po wypiciu płynu. Na początku każdego ćwiczenia należy wykonać kilka głębokich, pełnych oddechów uspokajających/przez nos/ takich, gdzie wydech jest dłuższy od wdechu. Oddechów tych powinno być około 10. Gdy nasze wyciszenie pogłębi się, to oddech zwolni się jeszcze bardziej. Przed przystąpieniem do medytacji można wykonać już w siadzie kilka skłonów w bok, później zaś oddechy.


    XII   KONCENTRACJA SKUPIONA W CENTRUM

    Ten typ koncentracji później zaś medytacji przebiega w początkowej fazie praktycznie tak samo jak ćwiczenia dzuisokukan. Jednocześnie z wyczuciem drogi powietrza staramy się czuć swój brzuch, później w węższym zakresie swój środek ciężkości, ćwiczymy w siadzie Japońskim /klęcznym/ suwari. Staramy się, aby do tego punktu środka ciężkości i Jednocześnie czakramu przenieść swój umysł, tak Jakby stamtąd płynęły nasze myśli. Jakby tam było źródło. Opanowanie tego choć na chwilę daje ćwiczącemu stabilną postawę i za-dziwiającą moc psychofizyczną związaną z możliwościami dowolnego wyzwalania KI bądź KIME. Taka medytacja na HARA po pewnym dość długim czasie daje zwykle możliwość osiągnięcia fenomenalnej szybkości ruchu /przemieszczenia ciała/ jak i możliwość intuicyjnego wyczucia zbliżającego się ataku, bądź niebezpieczeństwa i jego rodzaju. Ten typ koncentracji daje wysoki efekt szczególnie wtedy gdy jest systemem psychicznym dołączonym do jakiejś sztuki walki. Wielką więc wagę przywiązuje się do niego w aikido, kungfu /gdzie nazywa się Tan Tien/ i w innych sztukach walki, sztukach psychofizycznych. Wdrożenie do koncentracji skupionej na Hara:

    – ćwiczymy w pozycji suwari, susokukan przez około 6 tygodni po 5-10 minut dziennie /najlepiej rano po wstaniu/
    – wykonujemy ćwiczenie dzuisokukan przez około 12 miesięcy, również przez czas 5-15 minut dziennie
    – w czasie powyższych ćwiczeń wdrażamy się do medytacji w ogóle.
    Ćwiczymy najpierw 12 minut, później wydłużamy ten okres, aż dojdzie do kilku minut dziennie.
    – po tym okresie wstępnego przygotowania, możemy wykonać najpierw kilka zwalniających oddechów i przechodząc do dzuisokukan starać się zwrócić szczególne uwagę na swój brzuch w czasie tego ćwiczenia
    – staramy się szukać poprzez wczuwanie się Jednego punktu tzw. środka ciężkości, który znajduje się w Hara
    – staramy się przenosić w ten punkt źródło swoich myśli i czuć umysł umiejscowiony w tym punkcie
    – gdy umiemy się już skupić przez okres 5 do 10 min. możemy ten okres wydłużyć do 20-40 minut lub więcej, ćwiczymy codziennie.
    – po kilku miesiącach próbujemy skoncentrować się na Hara w dowolnym miejscu i czasie. Zaczynamy od treningu, gdzie w czasie technik pamiętamy o naszym Hara i przy jego pomocy staramy się poczuć jaki rodzaj ataku zostaje Uke. ćwiczyć też możemy siedząc na krześle, idąc ulicą; jednocześnie Jednak czujemy wszystko co się wokoło dzieje.
    UWAGA! Zacząć koncentrację na Hara możemy od pierwszego treningu z pominięciem susokukan i dzuisokukan. Ten sposób jest jednak trudniejszy i łatwo może zniechęcić. Ten sposób medytacji stosowany przez kilkanaście lat wraz z ćwiczeniami jakiejś drogi walki może doprowadzić do satori i pomoże w osiągnięciu perfekcji w swojej sztuce, ćwiczenia na treningach sztuki walki, wykonujemy na początku i na końcu zajęć po co najmniej 10 minut.


    XIII  CZAKRAMY A NADŚWIADOMOŚĆ

    Mistrzowie jogi podają istnienie siedmiu centrów psychicznej energii w naszym organizmie. Są to:
    1. Muladhara  ćakram u nasady kręgosłupa
    2. Swadhisztana w pobliżu środka ciężkości /Hara/
    3. Manipura w pobliżu splotu słonecznego
    4. Annahata ćakram w okolicach serca /mostka/
    5. Wiśuddha w dolnej części szyi po prawej stronie koło krtani
    6. Adźna (TENTEI) splot w głowie między brwiami
    7. Sahasrara na szczycie głowy, największy ćakram

    Opanowanie każdego z tych centrów daje inne możliwości i tak opanowanie czakramu /tak nazywają się centra w jodze /Muladhara/ daje nam pełnię zdrowia psychicznego i fizycznego; Swadhisztana pozwala zaś na osiągnięcie fenomenalnej szybkości prze-mieszczania środka ciężkości, elegancję ruchów i możliwość pokierowania oraz wyczucia cudzego umysłu; Adźna daje umiejętność oddziaływania na przedmioty żywe i martwe z odległości, tworząc coś w rodzaju trzeciego oka /gięcie łyżeczek, siła wzroku, rozbijanie większych przedmiotów, paraliżowanie/; czakram Sahasrara pozwala na widzenie i porozumiewanie telepatyczne, pozwala kierować funkcją całego organizmu, umożliwia telekinezję, przenoszenie się na dowolne miejsce Wszechświata. Z punktu widzenia sztuk walki najważniejszym Jest czakram Swadhisztana. Jego opanowanie umożliwia koncentracja na Hara /środku ciężkości – brzuchu, jak to się po japońsku na-zywa/, oraz stosowanie specjalnych oddechów przeponowych lub przeponowo-śródpiersiowych. W KungFu takie oddychanie nazywa się TanTien. Jak twierdzą Jogowie /chińscy tybetańscy i hinduscy/ specjaliści KungFu, TaiCh’iCzuan oraz innych sztuk Wschodnich  „oddychanie jest panem siły”. W jodze bardzo ważnym jest opanowanie tych centrów psychicznych przez specjalne praktyki. Zaczyna się zwykle od czakramu Muladhara  najniższego na ciele, a kończy na Sahasrara. Dokonuje się tego przez prze-noszenie w te miejsca punktu koncentracji swojego umysłu, co umożliwia kierowanie danym centrum. Wysiłek aktu woli /medytacji/ powoduje iż dany czakram skutecznie za-czyna nawiązywać łączność z Wszechświatem i z Natury czerpać jego energię. Ta energia rozprowadzana jest poprzez połączenia między Czakramami, tzw. linie życia, do wszystkich zakątków /komórek/ naszego organizmu, ożywia je i pobudza. Czerpiąc energię Wszechświata możemy je również skupić w dowolnym punkcie /części ciała/ lub wysłać na zewnątrz przez np. końce palców i ramię, lub przez kończyny dolne. Ciało efektywnie napełnione praną lub KI /a jest to ta sama energia/ jest zdrowe. Mówimy, że jest ono napełnione duchem. W czasie medytacji uczymy się kontrolować wszystkie procesy naszego organizmu, w tym oddechy i myśli. Myśl pozostaje jedna, lub trwamy w pustce wewnętrznej. Tak ćwiczony umysł powoduje, że kontrolować zaczynamy wszystkie akty świadome, wszystkie procesy, które są zależne od nas samych. Mówimy, że nasza świadomość jest pod naszą kontrolą. Późniejszy etap to nałożenie kontroli na procesy podświadome działanie układu nerwowego, oddech, krążenie krwi, praca mięśni, procesy trawienne itp. Nasza osobowość jest już tak silna, że kontroluje wszystko co dzieje się w naszym organizmie, jak również wszystko co człowiek zrobi. Wtedy w naszej osobowości zaczyna się wykształcać coś więcej, coś co jest bardziej znaczne niż podświadomość i świadomość. Ten stan to stan nadświadomości. Nasza osobowość kieruje nami, czyli my w postaci subtelnego pierwiastka sił psychicznych kierujemy sobą. Źródło myśli nie pochodzi wtedy od umysłu, lecz jest najwyższym centrum psychicznym. Ten stan jest już najwyższy gdzie nasza osobowość jest kontrolowana i z niej pochodzi źródło wszystkiego co czynimy. Daje nam to umiejętność myślenia intuicyjnego /czyli niedyskursywnego/ poprzez wczuwanie się w istotę podmiotu podlegającemu badaniom naszych zmysłów. Pozwala to na przeniesienie ciała w dowolne miejsce, wykonywania wielu rzeczy. Lecz jest jeszcze stopień wyższy, który pozwala uzyskać całkowite wyniszczenie wszelkich fal umysłu, na absolutną kontrolę, nieustanną medytację, na oddzielne osobowości od ciała i wysublimowanie najwyższego pierwiastka duchowego, oraz do całkowitego zjednoczenia z Naturą, z siłami Wszechświata w postaci najwyższego dobra i najwyższej miłości. Ten stan umysłu nazywa się nirwana /w jodze/ lub satori /w Zen/.

    W sztukach walki chodzi o uzyskanie dość jednostronnego efektu w porównaniu z Jogą, jednak ćwiczenia psychiczne są tu również podstawą ćwiczeń typowych dla walk. Bez umiejętności koncentracji na Hara, bez oddychania skupionego w Hara, nasza sztuka walki będzie niczym więcej niż zwykłym fizycznym ćwiczeniem jak np. boks czy samoobrona nowoczesna. Wskazane jest i zalecane uprawianie i innych ćwiczeń psychicznych. Wypełni to nasze ciało duchem  KI i umysł nasz koniecznie przeniesiony do środka ciężkości będzie mógł skutecznie i efektywnie reagować. Pozwoli to na osiągnięcie wyższych form walki: GONOSEN, co oznacza wyprzedzenie, oraz najwyższy ze znanych form walki czyli SENNOSEN co oznacza umiejętność wyczucia ataku przed jego wykonaniem. Jest to forma znana tylko w Aikido.


    XIV  JAK PRAKTYKOWAĆ?

    Ćwiczenia koncentracyjne wykonujemy zawsze przed treningiem. Mają one za zadanie skupić umysł na tym, co będziemy ćwiczyć przygotowywać nas do tego co daje uprawiana sztuka. Minimalna koncentracja powinna wynosić 10 min., później zwiększamy ją do dowolnie długiego czasu. Po zajęciach wykonujemy ćwiczenia oddechowe zwalniające oddech, dające pełny relaks i wykonujemy koncentrację jak na początku. Powinna ona trwać analogicznie długo. W czasie tej koncentracji na początku rozluźniamy wszystkie mięśnie, przez wyobrażenie wielkiego ich ciężaru i luzu. To samo możemy wykonać przed każde koncentracją. Na początku zajęć, zaraz po Mokuso, wykonujemy oddechy skupione w Hara /Tan TIEN/ np. Nogare, Misogi itp. Mają one na-pełnić nasze ciało duchem napełnić KI, wewnętrzne mentalną siłą psychiczne. Gdy tej siły w naszym ciele zabraknie, nasz trening będzie zły; również nie będziemy mogli wyzwalać też KIME. Musimy gdy poczujemy, że w ciele nie ma ducha, przerwać ćwiczenia, rozluźnić się, możemy też usiąść w pozycji do medytacji /Hanka lub Kekka czy Suwari /Zazen// następnie wykonujemy oddychanie przeponowe lub przeponowopiersiowe z pełnym czuciem powietrza i skupieniem w Hara. Ćwiczenia te praktykujemy na stojąco. Podaję opis oddechu skupionego w Hara na przykładzie jednej z form Misogi. Formy wykonania mogą być zarówno w pozycji siedzącej jak i stojącej. W tej ostatniej również z odpowiednimi ruchami rąk. Misogi.

    – Siadamy wygodnie w pozycji Suwari. Ręce kładziemy na udach przed kolanami. Sylwetka kręgosłupa jest wyprostowana. Ćwicząc przy kręgosłupie zgiętym niweczymy efekt oddechu.

    – Wyobrażamy sobie, że oddychamy nie płucami, a brzuchem /Hara/. Czujemy jakbyśmy w okolicach środka ciężkości mieli coś w rodzaju balonika, który przy wciąganiu powietrza rozszerza się/nadyma/, a przy wydechu kurczy się.

    – Powietrze wciągamy nosem, podobnie jak w dzoisokukan… Czujemy jak powietrze na-ciska w dół, wybijając się /uciskając/ nasz środek ciężkości coraz niżej.

    – Wyobrażamy sobie, jakby powietrze wchodziło w postaci strumienia, wnikało do środka ciężkości /Seika Tanden  Jeden punkt/. To KI /prana/ wnika do faktycznie istniejącego tam czakramu, przychodząc wraz z powietrzem z Kosmosu.

    – Wydech robimy przez usta, czując jakby środek ciężkości pozostawał w jednym punkcie poprzednio /przy wdechu/ obniżonym. Wydech jest dłuższy od wdechu, całość wykonujemy spokojnie, płynnie i powoli.

    – Powietrze wciągamy unosząc mięśnie brzucha w przód i w dół, zaraz potem robimy wdech do śródpiersia. Jest to oddech przeponowo-śródpiersiowy. Przy wydechu postępujemy w analogicznej kolejności tj. zaczynamy od brzucha.

    – W całości oddechu musimy mieć luźne wszystkie mięśnie i musimy starać się być skoncentrowanymi na Hara.

    – Można ćwiczyć na siedząco, robić przy wydechu lekkie pochylenie tułowia /przy idealnie prostym kręgosłupie/ w przód a przy wdechu powrót do spionizowanej.

    – Ćwiczymy tak, żeby oddech był najważniejszy, ale absolutnie nie męczący.

    – Ćwiczenie napełnia ciało duchem /KI, prana/, może być praktycznie dowolnie długo przez minutę, 5 minut, godzinę.

    – Wydechu nie musimy akcentować, lecz musimy z wydechem wysłać nasze kokyu z na-szego centrum.

    Uwaga! Oddychanie skupione w Hara /Tan Tien/ należy stosować w ciągu wszystkich ćwiczeń Budo. Jest to podstawowy sposób oddychania wszystkich mentalnych sztuk walki, choć różne są do niego pozycje i różne istnieją odmiany. Np. cykle kilku ćwiczeń z ruchami rąk i zmianami pozycji jak również Nogare czy Ibuki.

    Praktyki koncentracji najlepiej ćwiczyć w bezpośrednim kontakcie z przyrodą na łonie natury. To samo dotyczy oddechów /jest ich wiele, lecz nie są one celami tej pracy/. Można np. wziąć koc i rozłożywszy go ćwiczyć skupienie w lesie, w parku z dala od za-kładów cywilizacyjnych. Ciało i Ducha należy rozwijać po równo. Dla obu form trzeba poświęcić tyle samo czasu. W końcu dojdziemy do momentu, kiedy każde nasze ćwiczenie będzie wynikiem pracy umysłu i ciała w Wielkiej Harmonii z prawami Wszechświata. Metoda rozwijania ciała i umysłu/ducha/ jednocześnie jest drogą środkową, naj­bardziej optymalną. Szkoły uczące tego to aikido, joga, iaido, shim gum do, tai ch’i czuan. Są to drogi umysłu i techniki, drogi duszy i ciała wśród sztuk Wschodnich. Shim gum do to droga miecza, umysłu podobnie jak iaido. Praktykując koncentrację w siadzie lub innej pozycji trzeba pamiętać iż wykonując inne ćwiczenia i formy ruchu musimy prze-nieść na nie ten stan umysłu. W aikido jest pokaźna grupa ćwiczeń, które szczególnie uczą koncentracji dynamicznej. Zwią się one undo. W dalszej praktyce ruch aikido służy zjednoczenie ciała i duszy, urzeczywistnieniu swojej prawdziwej natury. Praktykując ćwiczenia umysłu musimy wiedzieć iż w początkowej fazie wystarczy poświęcić kilka minut dziennie, tak aby później praktyka była naszym życiem a codzienne życie praktyką. Tylko wtedy osiągniemy cel.

    GLOSARIUSZ

    adźna – ośrodek energii psychicznej, między oczyma, otwór Brahmy, zwany też trzecim okiem

    aikido – droga miłości ducha, sposób życia prowadzący do zjednoczenia z Ki, wiecznym praświatłem
    aiki taiso – zespół ćwiczeń kalistenicznych, masaż ciała, praktykowany w aikido, służy rozwojowi Ki, rozwija w naturalny sposób nasze ciało

    annahata – ośrodek energii w okolicach serca, umiejscowiony na wysokości mostka

    Budo – określenie używane jako nazwa dla wszystkich sztuk walki wywodzących się z Japonii i bazujących na metodzie Zen jako podbudowie filozoficznej

    Budda – osoba, która całkowicie uwolniła się ze wszystkich przywiązań, osiągnęła doskonałe mądrość i ostateczne oświecenie. Budda nie jest Bogiem, lecz jest uważany za wielkiego nauczyciela wiecznych prawd

    Buddyzm – religia i filozofia powstała ok. 2500 lat temu z nauk wiecznych praw głoszonych wówczas przez Siddartha Gautama z rodu Siakjamuni. Po śmierci mistrza idee jego rozpowszechniane przez różnych ludzi przybrały nieco odmienne postacie. Obecnie wyróżniamy kierunki główne w postaci Małego Wozu, Wielkiego Wozu oraz Diamentowego Wozu. Jest to obecnie religia mająca najwięcej praktykujących

    ch’an /czyt. czan/ – praktyczna odmiana Buddyzmu, chiński Zen, nauka oparta na przekazach patriarchów Buddyzmu, którzy głosili wieczne prawdy w Chinach

    ćakram – ośrodek, centrum energii psychicznej czyli prany

    dhjana – medytacja, inspiracja, natchnienie, trzeci wg kolejności etap psychicznego doskonalenia w Jodze

    dharana – koncentracja, drugi etap doskonalenia psychiki w Jodze

    dzuisokukan – jedna z podstawowych metod praktycznych ćwiczeń umysłu w Zen

    hanka – Japońska nazwa pozycji tzw. kwiatu lotosu, czyli siadu skrzyżnego pełnego

    hara – brzuch, ośrodek centralny ciała, okolice fizycznego

    środka ciężkości człowieka. Wewnątrz brzucha w okolicach pępka znajduje się jedno z centrów energii mentalnej zwanej w Jodze praną, w kungfu ch’i a w aikido Ki. Centrum to umieszczone jest w fizycznym środku ciężkości ciała. W Japonii nazywane Seika Noitten lub Seika Tanden, w Chinach tai tien a w sanskrycie znane jako czakram sumdiszdana

    ibuku – jedna z form oddychania opracowana na bazie misogi dla potrzeb specjalnych w nauce karate
    karate – technika walki z użyciem rąk i nóg wywodząca się z Japonii. Obecnie jest wiele szkół nie-raz zwalczających się nawzajem, które są wynikiem stosowania różnych sposobów nauczania lansowanych przez różnych mistrzów. Część szkół oparta jest na nadbudowie filozoficznej Zen
    kekka – półlotos, siad skrzyżny półpełny, nazwa japońska

    ki – energia mentalna, duchowa, zwana też wewnętrzną, może być skupiana i wyzwalana przez ludzi podczas specjalnych praktyk. Jej użycie możliwe zwykle po dość długim treningu zjednoczenia ciała i umysłu. Jest ona również znana jako Chi, lub prana. Występuje w dwóch uzupełniających się postaciach dodatniej i ujemnej. Swoiste użycie dodatniej ki jest podstawą aikido

    kime – skupienie w jednym punkcie, w jednym czasie siły fizycznej i psychicznej oraz jej wyładowanie w celach niszczących

    koan – zagadki filozoficzne do rozwiązywania intuicyjnego, często nie rozwiązalne w sposób dyskursywny Są stosowane w praktyce Zen, specjalizuje się w nich szkoła Rinzai

    kundalini – energia uśpiona, drzemiąca w ćakramie Muladhary jej rozbudzenie praktykowane jest przez Jogów Jest to energia mentalna skupiona i czerpana poprzez ten właśnie jej ośrodek

    Kung fu – nauczanie umiejętności, zwrot określający w zasadzie osiągnięcie mistrzostwa w jakiejś sztuce. Przez ludzi Zachodu przyjęty na określenie chińskich sposobów walki wręcz, pierwowzoru karate. Właściwe chińskie sztuki walki zwie się uszu. Jest ich również wiele odmian.

    manipura – ćakram w okolicy splotu słonecznego

    mantra – specjalny dźwięk lub formuła używana w ćwiczeniach koncentracji lub medytacji. Zwany też mantram.

    misogi – metoda dolnobrzusznego oddychania połączona ze skupieniem się w ośrodku energii znajdującym się w środku ciężkości ciała

    mokuso – japoński termin określający początek medytacji siedząc

    muladhara – ćakram u nasady kręgosłupa

    nirwana – osiągnięcie całkowitego wyzwolenia z kręgu narodzin i śmierci, jak również pełnej mądrości Wszechrzeczy. Centralna idea wielu filozofii praktycznych Wschodu

    nogare – specjalna metoda oddechowa wypracowana na bazie misogi przez niektóre szkoły karate

    om – fonetyczny zapis jednej z mantr stosowanych przez Jogów

    prana – sanskrycka nazwa Ki, praenergii pochodzącej od Natury

    pratjahara – wstępny etap wyższych ćwiczeń psychicznych w Jodze

    sahasrara – największy z ćakramów, znajduje się na szczycie głowy

    samadhi – pełne zjednoczenie, osiągnięcie prastarej wiedzy jest najwyższym etapem ćwiczeń psychicznych w Jodze

    sangha – gmina religijna, bądź klasztor w Buddyźmie. Nazwa używana przez koreański Zen chogie mistrza Sohny Sahna Soen Sa Nima

    satori – japoński termin oznaczający oświecenie, pełne zjednoczenie z Ki oczyszczenie umysłu. Praktyka Zen, aikido i wielu innych dróg prowadzi do satori

    seika tanden – środek ciężkości, nazwa używana w aikido na określenie ośrodka energii wewnętrznej

    seiza – znaczy usiąść, używany też dla określenia siadu japońskiego

    swadhisztana – ćakram w okolicy pępka, w środku ciężkości (Hara)

    susokukan – metoda praktyczna ćwiczeń Zen, jest to najbardziej” podstawowy element praktyki oczyszczania umysłu

    suwari – siad klęczny, japoński znany też jako zazen

    śikantadza – medytacja przez trwanie w pozycji, zwykle siedzącej. Zwykle jest praktykowana jednocześnie jako metoda pustki umysłu, praktykowana przez zaawansowanych adeptów Zen

    tai chi czuan – chińska sztuka walki zaliczana do uszu, oparta na filozofii taoizmu oraz praktyce ch’an
    tan tien – jeden punkt, centrum, ośrodek energii w brzuchu w okolicy pępka /patrz hara, swadhisztana/

    TM – skrót używany na określenie medytacji transcendentalnej

    uke – osoba atakująca w szkołach walki podczas ćwiczeń walki lub pojedynczych technik

    yang /Jang/ – forma Ki lub prany, dodatnia, aktywna, męska

    yoga /joga/ – zespół ćwiczeń psychicznych i fizycznych oparty na bardzo mocnej podstawie filozoficznej, jest metodą zjednoczenia ciała i umysłu, drogą do jedności z Naturą, pierwowzorem Zen

    yoni mudra – prosta metoda wyciszania umysłu i zmysłów stosowana w yodze przed praktyką ćwiczeń psychicznych

    yn /in/ – druga forma Ki /prany/, pasywna, negatywna, żeńska

    wiśuddha – ćakram na końcu serca duchowego leży w pobliżu krtani, ośrodek szyi

    zen – japońska odmiana praktycznego Buddyzmu, w istocie swej Jest formę yogi psychicznej, obecnie nazwa używana jest w odniesieniu do szkół medytacji koreańskich i chińskich. Różne są metody Zen. stąd i różne szkoły jak w Japonii Soto czy Rinzai w Korei Chogie. Zen pochodzi od chińskiego ch’an. Jest to sposób oczyszczenia umysłu i zjednoczenia z Naturę, metoda praktyczna odkrycia w sobie wiecznych prawd poprzez praktykę medytacji w siadzie, mantry, koany.

    CzarneSzczecinek – lato 1980 rok – Praca na Kurs Instruktorów Sztuk Walki

    Ryszard Zenon Matuszewski

  • Moja Droga do Boga – Konfesje

    Moja Droga do Boga – Konfesje

    Słodkie Dzieciństwo

    Najdalej jak sięgam pamięcią, rozpocząłem moją duchową podróż w nieznane, około trzeciego roku życia. Tak, w pełni świadomie, urzeczywistniłem pierwszą pamiętną wycieczkę, którą jak później zrozumiałem zwie się podróżą duchową lub ścieżką. Podróż w nieznane, spod skrzydeł Matki, ziemi, do Ojca Niebieskiego. Trochę szczegółów z pierwszej podróży może uzmysłowić czym ścieżka jest w swej istocie i jak się ją odbywa. Była prorocza i rewolucyjna zarazem.

    Otóż, pewnego słonecznego dnia, będąc w swym rodzinnym domu, w leśniczówce, okolice gminy Czarne woj. słupskie, zatęskniłem nagle za moim ziemskim ojcem, który pracował gdzieś w nieprzebytej leśnej gęstwinie. Zapomniałem nagle o matce, która opiekowała się mną i gotowała jak zwykle obiad krzątając się przy kuchni. Niepomny przestróg oddalania się od domu rodzinnego i zasięgu wzroku i głosu matki, wiedziony jakimś pilnym wewnętrznym impulsem, pognałem prosto przed siebie, w las, do ojca, ówcześnie leśniczego. Miałem wtedy niecałe trzy lata.

    Impuls wewnętrznego nakazu odejścia gdzieś daleko, pognania w dziewiczy las okazał się tym, który później ułatwiał zrywanie wszelkich więzów i podążanie w jedynie wybranym kierunku. Wszystko może minęłoby bez większego echa, gdyby nie fakt, że po drodze była kilkumetrowej szerokości rzeczka z wąską kładką. I szczęście tak dopisywało, że po obu stronach owego mostka leżał piasek, na którym wyraźnie odbiły się ślady mojego wchodzenia na wąską kładkę. A z drugiej strony, jakoś szczęśliwie udało mi się zeskoczyć na jakąś kępkę trawy tak, że nie został żaden ślad. Prawdopodobnie na mostku dostałem tego natchnienia skakania po ledwie dosięgalnych kępkach trawy. Możesz sobie wyobrazić, „radość” matki, która zobaczyła iż synek jej na most wchodził i są wyraźne ślady, jednakże na moście go nie ma, a po drugiej stronie ani śladu schodzenia. No i podniosło się wielkie larum.

    To był pierwszy, jaki pamiętam, komunikat, który jako zaszyfrowana depesza został przeze mnie posłany rodzinnemu domowi. Brzmiał on tak: „Nie przywiązujcie się do mnie, gdyż mogę odejść w każdej chwili, pozostawiając za sobą ból i rozpacz.” Dużo później zrozumiałem, że właśnie to odchodzenie w nieznane, jest dobrym początkiem i przygotowaniem Pielgrzyma do trudów Ścieżki. Mnie oczywiście cieszyła i radowała wielce owa pierwsza poważna peregrynacja.

    Tajemniczy las po drugiej stronie rzeki pociągał i urzekał. Był zarówno tajemniczy jak i niesamowity. Trochę przerażał, ale jak się ma trzy latka, to nawet niewielki krzak jest dosyć duży. Zobaczyłem po drodze stadko sarenek. Później zrozumiałem, iż przedstawiały sobą właśnie zwiewne, duchowe potrzeby i tęsknoty serca. Pielgrzymka doprowadziła dokładnie do leśnej szkółki, gdzie tajemnica powstawania lasu okazała się prozaicznie objawić w postaci hodowli sadzonek, akurat głównie sosny. Ochoczo przyjęli mnie leśni pracownicy, a uspokoiłem ich dodatkowo prozaicznym stwierdzeniem, że przyszedłem do taty. Niestety, ojciec już był udał się w innych nieco sprawach, więc choć odczułem lekki niepokój, to jednak pozostałem by odkrywać tajemnice stwarzania życia leśnego. Moi szacowni zaś rodzice, szczęśliwie już w tym czasie odkryli ślady i mostek, wobec czego po drugiej stronie leśnej rzeczki zapanowała podobno, jak mi później opowiadano, zbiorowa histeria. Zdaje się, że rodzice przeszukali rzeczkę na odcinku pięć kilometrów. Ojciec ściągnął nawet trochę ludzi do pomocy. Niestety nie tych ze szkółki. Ci to wieczorem po pracy, gdy rodzic pogodzony już z utratą syna przypomniał sobie o pracownikach szkółki i przybył tam, uraczyli go historią, że sobie zastępstwo znalazł dobre co by ich pracowników dopilnować, a sam gdzieś znika na cały dzień zamiast pracować. I tak się zgadali, a ja byłem gdzieś na uboczu, że nic się o mnie nie wydało i spędziłem jeszcze kilka godzin. Ojciec zapomniał się też tej części pracowników pochwalić, kto mu z domu zginął i jakoś nie zapytał kogo jako zastępstwo mieli na myśli. Tak to właśnie bywa.

    Obawa, to zapewne problem większości rodziców. Musi jednakże zostać przyzwoicie nakarmiona. Strach o dziecko pojawił się w całej okazałości. Kiedy mnie wieczorem przekazywano rodzinnemu domowi, jeszcze na jakiś czas, ojciec nie okazał ani entuzjazmu ani złości. Po prostu przejął mnie i krzyknął matce: patrz kto się znalazł. On już wiedział do kogo to w odwiedziny do lasu poszedłem. Matka zaś chciała mi przylać solidnie za ten wybryk, na co rozkosznie odkrzyknąłem „bo sobie w ogóle pójdę do lasu” i tak się ganialiśmy wokół stołu z zupełnie odmiennymi intencjami. Wszak do dzisiaj uwielbiam samotne wśród lasów spacery.

    Pierwsza przejażdżka rowerem i nauka religii w szkole

    Pamiętam też dobrze pierwszą samotną jazdę na rowerze. Ojciec robił wtedy za Nauczyciela uczącego nieco szybciej poruszać się po ścieżce, a było to właśnie na leśnej ścieżce. Miałem wtedy skończone siedem lat, było lato, a na jesień miałem udać się do szkoły odległej o cztery kilometry. Ojciec trzymał za siodełko, a ja dzielnie kręciłem pedałami. Kiedy już mi dobrze szło, zapomniałem o ojcu trzymającym siodełko i rozpędziłem się wielce. Gdy zorientowałem się, że ojciec wcale już nie trzyma mnie z tyłu, pojawiła się panika i oczywiście drobna pierwsza wywrotka. Ufność w opiekę ojca i jego podtrzymanie sprawiła, że mogłem jeździć, jak się okazało prawie pół kilometra. Gdy pojawiło się w umyśle, że ojca nie ma blisko, natychmiast kraksa. Do dzisiaj dobrze pamiętam tę praktyczną lekcję wiary.

    I tak już wsiadałem na rower, pamiętając najważniejszą instrukcję, że “ojciec trzyma za siodełko”. I tak też jeżdżę bezpiecznie aż po dzień dzisiejszy. Ojciec dał mi tę lekcję samodzielności i wiary. Nie zrobił tego żaden ksiądz. Kapłan tradycjonalistycznej religii katolickiej zresztą jedynie zniechęcił mnie do lekcji religii. W drugiej klasie szkoły podstawowej sporo chorowałem i tylko do księdza uczącego religii nie docierało to, że dziecko było chore i może mieć jakieś zaległości. Mało tego, raz ksiądz wykładał wielce uczenie o miłości chrystusowej, a tym co niezbyt uważali ochoczo przykładał drewnianą laską po tyłku, a zdarzało się że i po plecach. Coś mnie wtedy natchnęło, a miałem ledwie osiem lat skończone, aby go zapytać czy ta jego miłość chrystusowa polega na okładaniu kijem słabszych od siebie. Powiedział wtedy groźnie: chodź no tu do mnie, ale wiedząc jak srodze bije porwałem manele i pobiegłem w stronę drzwi. Splunąłem jeszcze za siebie jakby odganiając zły urok złego czarownika. I tak właściwie zakończyłem edukację religijną. Żadna siła nie mogła mnie doprowadzić na tak zwaną katechezę do Parafii, na którą pod przymusem chodzili wszyscy moi koledzy i koleżanki z klasy. Potem jeszcze otarłem się o religię w klasie czwartej, jednak siostra katechetka nie wzbudziła we mnie zaufania, pomimo najszczerszych starań mojej mamy. Kiedy dowiedziałem się, że używa czasem linijki dla celów dydaktycznych, to było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Pomimo tego, że parafia się zmieniła, szkoła też i całe środowisko. Dojeżdżałem teraz do szkoły autobusem, całe sześć kilometrów i to do stolicy gminy zwanej Czarne.

    Razu jednego część silnych chłopaków z klasy chciała mnie doprowadzić siłą na lekcję religii. Wywiązała się z tego niezła szarpanina i bójka. Niestety, takie przekleństwa miotałem na kościół, kler i katechetów, że chociaż byłem już obezwładniony i niesiony w wiadomym kierunku, to ze wstydu przed owymi soczystymi epitetami, zostałem puszczony wolno. Obawiam się, że mamie nawet popsuły się kontakty z parafią przez owo nieprzyjemne zdarzenie. Ot skutki głupiego pomysłu stosowania przymusu w sprawach wiary. Zapewne dzięki temu jestem do dzisiaj gorącym zwolennikiem swobody wyboru religii już od najmłodszych lat życia i do bezwzględnego egzekwowania tego prawa w każdym wieku.

    Dziwny prezent dostałem od kościoła w szkole średniej, kiedy uczyłem się w liceum w Szczecinku. Z okazji wyboru na papieża polskiego kardynała, wszyscy otrzymali świadectwo ukończenia klasy religijnej do której akurat rocznikiem uczęszczali. Śmieszny to prezent i zabawny, ot przypływ dobrego humoru katechetów, taki małostkowy, pod okazję!. Zupełnie jak wypicie pół litra. Też potrzeba okazji. Śmieszyła mnie wtedy koleżanka, która przyniosła świadectwo do szkoły jako upoważniona do wręczenia. Taki właśnie jest ten katolicyzm, trochę śmieszny, trochę zabawny.

    Trochę dziwnie byłem odbierany w szkole średniej. Była druga połowa lat siedemdziesiątych, późny Gierek. Nie chodziłem na religię, ale do HSPS (socjalistycznego harcerstwa) też nie należałem, jako jeden z nielicznych zresztą. Zwykle klasy chodziły w całości na religię i do organizacji socjalistycznej. A ja ani tu ani tu. Z początkiem drugiej klasy, za namową kolegi ze stancji, zapisałem się za to na aikido, japońską sztukę walki, akurat wchodzącą do naszego kraju jako wschodnia dyscyplina rekreacyjna. Fizyczny trening i mistyczna filozofia samodoskonalenia się. To chyba początek drogi samowyzwolenia, w najbardziej już świadomy sposób.

    Wspomnę, że ciekawiła mnie postać koleżanki, która wręczała mi świadectwo religijne. Aktywistka religijna, socjalistyczna i towarzyska. Chyba wszystko wykorzystywała dla celów towarzyskich. Tak jednak wzrastali wszyscy nasi obywatele, jako szczególne przypadki katolickich komunistów. Mnie Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej (HSPS) pod przymusem i uczęszczanie do Kościoła Katolickiego, także pod presją, jakoś zawsze kłóciło się ze sobą. Odpadłem zarówno od jednego jak i od drugiego, będąc zjawiskiem czasem nieco kłopotliwym dla otoczenia. Dodatkowo jeszcze wprawiałem w panikę cytując co ciekawsze kawałki z niektórych dzieł Lenina, które zadawały kłam istnieniu u nas socjalizmu czy komunizmu.

    Już w szkole podstawowej odkryłem dla własnych potrzeb poznawczych, że słowo “katolickość” brzmi po polsku jako “powszedniość”. Sugeruje raczej “bylejakość” niż powszechność. Później dopiero, poznając potęgę słowa i jego znaczenia, oraz rozliczne wpływy jakie z tego wynikają, sugerowałbym oficjelom tej religii zmianę nazwy, ot chociażby na „Kościół Chrześcijański”.

    Bajka o szklanej górze i pierwsza miłość

    Pamiętam piękną bajkę o rycerzu, który zdobywał szklaną górę, na której brzydki smok więził piękną księżniczkę. Matka opowiadała mi ją bardzo często. Ważną częścią bajki było wykuwanie przez owego rycerza schodów na stoku tej szklanej góry, po których dzielny rycerz wspiął się ostatecznie na szczyt, aby pokonać smoka i uwolnić księżniczkę. Ciągle dopytywałem o rozmaite szczegóły tego wykuwania schodów. Pamiętam, że było ich dokładnie sto, i że smok wcale nie zauważył tej podstępnej pracy. Skojarzyłem później wszystko ze stoma stopniami do świętego imienia i liczbą koralików w obiegu różańca. Tak własna matka pomogła wpoić pewne zasady, które pomagały na ścieżce. Smok ego tworzący więzienie dla duszy w charakterze pięknej księżniczki też zajął swoje poczesne miejsce w scenerii wewnętrznej walki.

    Pierwsze oznaki zdolności do zakochania się w jakiś sposób zdradzałem już w klasie trzeciej szkoły podstawowej. Obiekt zauroczenia pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy, ale to nie przeszkadzało aby poznawać piękno nowego uczucia. Opis księżniczki z mamusinej bajki wspaniale pasował do wyglądu koleżanki z klasy, a księżniczka była już wiele razy zdobywana. Złościłem ją tylko powtarzając jej imię w taki sposób, że przedłużałem literkę „l” w jej imieniu, i zamiast „Ala”, mówiłem ciągle „Alla”. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że jest to prawidłowa wymowa imienia Boga w zapisie aramejskim czy arabskim (Allah). Nawet prawidłowo przeciągałem drugie „a”, więc obiekt mego uczucia ścigał mnie nieco po szkolnym boisku.

    Miłość do gwiazd i wilkołaki

    Zainteresowania od drugiej klasy szkoły podstawowej ukierunkowały się zaiste w stronę wszechogarniającego ducha, chociaż ledwie tego byłem świadomy. Właściwie, to mój duch sam powędrował we właściwą stronę. Oprócz lasu i baśniowych wojen z leśnymi skrzatami i rozlicznymi wilkołakami, zauważyłem obecność nieba z rozlicznymi gwiazdami. Niebo usiane gwiazdami porwało moją duszę na wiele długich i pasjonujących lat. Kiedy w czwartej klasie podstawówki powędrowałem do swej nowej szkoły, na pytanie czym się interesujesz odpowiedziałem fachowo iż astronomią, a ściślej wybranymi zagadnieniami kosmologicznymi i egzobiologią. Wywołało to niezłą fobię, nawet wśród nauczycieli. Tak już potem wołano mnie per astronom. A że z lasu, to także czasem zając. Zdaje się, że była jakaś bajka o zającu, co chciał w kosmos polecieć i tak się to powiązało. Pamiętam do dzisiaj książkę „Wszechświat i jego zagadki”. To pierwsza astronomiczna pozycja jaka została przeze mnie pochłonięta w szkole podstawowej. Ściślej mówiąc w drugiej klasie, gdy sporo leżałem chorując na reumatyzm.

    Pierwszą wojnę z wilkołakami wygrałem przez walkower ze strony wilkołaków. Otóż będąc chyba jeszcze w wieku przedszkolnym, matka zabroniła mi wychodzić wieczorem, po zmierzchu poza podwórko, strasząc przy tym groźnie iż straszny wilkołak czy wilkołaki porwą mnie i pożrą. Cóż trzeba było więcej dla poznającego ducha, jak polecieć do szopy, chwycić największą siekierę jaką tylko dało się udźwignąć i zrobić małe polowanko na okoliczne wilkołaki. Po jakiejś godzinie czy dwóch, kiedy już czarna noc zapadła, wpadłem do kuchni z siekierą i bojową miną, wywołując popłoch, i zameldowałem, że żadnego wilkołaka w okolicy podwórka, a wszędzie ciemny nocą las wokół, nie zarejestrowano, a jeśli były to raczej uciekły. Przeszukałem cały okoliczny las, zadając kłam mamusinym bajaniom. Wilkołaki zostały pokonane walkowerem, nie stawiły się na pojedynek.

    Miłość do gwiazd pogłębiała się przez całą szkołę podstawową, potem średnią, a skończyła się na studiach, które zresztą były studiami astronomii dokładnie. Trudno było zdzierżyć studia na których usiłowano mnie nauczyć tego, co poznawałem dla własnych celów w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Chęć powtarzania tego co już duch poznał była minimalna. Szukałem nowego i czułem się tak, jakby chciano mnie cofnąć w rozwoju. Docenci nie dostosowali się z programem, byli spóźnieni o ładnych kilka lat. System egzaminacyjny dodatkowo obrzydzał zainteresowania i uniemożliwiał zajmowanie się tymi zagadnieniami, które akurat interesowały. A podobno dobry nauczyciel, dba o potrzeby ucznia. Tak w owym czasie czułem i rozumiałem. W końcu miłość do gwiazd z powodu rozczarowania systemem edukacyjnym, który okazał się wart tyle co odchody, skierowała mnie do miłości ku niebu. Niby ten sam kierunek, ale zupełnie odmienna jakość. Inne nieco znaczenie słowa niebo.

    Piękno zmierzchu

    Najdalej jak sięgam pamięcią, odkąd tylko pojawiła się swoboda poruszania wokół leśnej chaty zwanej leśniczówką, w której miałem zaszczyt mieszkać, uwielbiałem przesiadywać na skarpie pod dwiema sosnami, z której był widok na rzekę, łąkę, las w oddali i nade wszystko na zachodnią stronę horyzontu, gdzie popołudniem pojawiały się piękne widoki zachodzącego słońca i wspaniałe, kolorowe zjawiska związane ze zmierzchem. Prawie każdy słoneczny dzień, jeśli tylko nie było żadnych ważnych zajęć, wędrowałem te pięćset około metrów od domu, by zatopić się w podziwianiu zjawiska zachodzącego słońca i kąpać oczy w jego kolorowych promieniach. Czasem, z powodu kilku dni przerwy i chmur, zaczynałem po prostu tęsknić za blaskiem i promieniami mojego słoneczka. I tak od wiosny do jesieni, a czasem nawet i zimą, co może nie jest typową porą dla kąpieli słonecznych.

    Później, gdy byłem już nieco starszy, pod koniec podstawówki, odkryłem, że wschodzące słońce także ma swój nieodparty urok. Wstawałem czasem wcześniej, około czwartej lub piątej wychodziłem na łąki, gdzie wschodzące słońce mogło być zobaczone i wygrzewałem się we wzrastającym cieple, bądź zapatrywałem się aż do zapomnienia o czasie i sobie w świetlistych promieniach. Potrafiłem nawet odsypiać te poranki i kładłem się spać z powrotem o ósmej czy dziewiątej rano, by drzemać aż do południa. Tak schodziły mi wakacje w szkole podstawowej, chociaż pierwsze zabawy w świetle zachodzącego słońca zaczęły się jeszcze przed pójściem do szkoły. Lubiłem też jak ojciec zabierał mnie rano ze sobą na pole, gdy jechał siać, kosić albo naprawiać ogrodzenie. Często też towarzyszyłem mu w spacerach po lesie i łąkach w związku z wypasem owiec. Gdy tylko była odpowiednia przestrzeń, zaraz zwracałem się na chwilę twarzą do słońca. Ojciec mój zresztą też to lubił i uważał za przyjemne. Unikałem za to palących promieni słońca w ciągu dnia i około południa. Można mnie było wtedy znaleźć raczej w cieniu, jak czytam książkę. Brat ciągle dziwił się, że przesiaduję w cieniu zamiast się opalać tak jak inni normalni ludzie. Samotność, słońce o zmierzchu i o poranku, to wszystko wywarło na mnie niezatarte i nieprzemijające wrażenia. Później, w szkole średniej, dowiedziałem się, że takie przesiadywanie na słońcu i zabawa z wpatrywaniem się w grę jego promieni oraz we wszystkie barwy nieboskłonu stanowi rodzaj praktyki kontemplacyjnej, która bardzo polecana jest wszystkim medytującym. Kontynuowałem więc chętnie wychodząc gdzieś nad brzeg jeziora nad którym leży Szczecinek, o ile tylko było to czasowo możliwe.

    Czar gwieździstego nieba

    Zainteresowanie nieboskłonem i gwiazdami w nocy także miało swe uroki, acz pierwsze świadome poszukiwania na nieboskłonie rozpocząłem dopiero w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Potrafiłem przez długie godziny wpatrywać się w wybrane obiekty nieboskłonu. Pamiętam jak czekałem na zimę aby móc dłużej obserwować migotliwe światło naszej najjaśniejszej gwiazdy, Syriusza. Przy okazji dowiadywałem się wszystkiego co się tylko dało wyczytać o Psiej Gwieździe. Lubiłem także Wegę i Procjona, a na wiosennym niebie Arktura. Wpatrywałem się chętnie w Koronę Północy, Oriona, Lutnię, a nade wszystko miałem skłonność do oglądania Plejad (także przez własne lunetki) i Warkocza Bereniki.

    Zapoznałem planety, spośród których światło Jowisza dawało mi przyjemne wrażenie wpływania do wnętrza mojej głowy i wypełniania jej wiedzą o wszechświecie. Doświadczenie to przyszło po raz pierwszy w zimę, gdy kończyłem swój dwunasty rok życia. Zaczynałem kojarzyć i wiązać rozmaite fakty i szczegóły związane z wyglądem kosmosu jako całości. Wzbudziło się też przeczucie, że takich wszechświatów jak nasz musi być dużo więcej. Ogromny kosmos wydawał mi się jakiś mały i ciasny, gdy zdawałem sobie sprawę z zamkniętego i ograniczonego kontinuum. Z jaką radością odkryłem później, że nauki ryszich i sufich wspominają o 18 tysiącach wszechświatów takich jak ten. Jakiż też byłem szczęśliwy, gdy udało mi się zobaczyć Merkurego, którego zaobserwować nie jest tak łatwo. Lubiłem też wpatrywać się w blask Wenus, zarówno jako Wespery jak i Jutrzni. Uran także został dostrzeżony, chociaż już przez lunetkę. Przez długie godziny przesiadywałem też spoglądając na księżyc w pełni i obserwując rozmaite zjawiska świetlne, które się wtedy dzieją. Urok księżycowego światła był bardzo delikatny i subtelny. Tak mijała szkoła podstawowa i samotność w domu pośród lasu, gdzie do sąsiada było prawie cztery kilometry i dystans pewnej obcości, gdyż rodzice raczej utrzymywali tylko oficjalne kontakty niż towarzyskie.

    O zapowiedzianej śmierci ojca

    Gdzieś około połowy lat osiemdziesiątych, jeszcze niby studiowałem, podczas sierpniowych wakacji zobaczyłem wiele zmian na twarzy i w sylwetce mego ojca. Tato zresztą zaczął się kurczyć jakby już od wiosny. Chyba nikt nie chciał świadomie przyjąć do wiadomości tych oznak, a szczególnie tego, co one w istocie oznaczały. Cóż mogły oznaczać, gdy ojciec miał ponad siedemdziesiąt lat. Pewnego razu pod koniec sierpnia 1984r., podczas tradycyjnego wypasu owiec (które ojciec namiętnie hodował, jakby jakiś starożytny prorok), zaczęliśmy rozmawiać o śmierci i odejściu. Tak zupełnie na poważnie. Ojciec, wiedząc że wyjeżdżałem na obóz aikido na prawie trzy tygodnie, zechciał się ze mną pożegnać. Mówił też o tym iż z resztą rodziny nie może, gdyż uznałaby go za niespełna rozumu. Powiedział, że czas jego już nadszedł i pora odejść, zupełnie tak jakby chodziło o wyjazd na dłuższy czas. Zresztą powiedzieliśmy sobie do zobaczenia w lepszych czasach.

    Ojciec przekazał mi istotne kontakty odnośnie swego owczarstwa i jak najkorzystniej zlikwidować jego hodowlę owiec. Swojemu kumplowi też hodowcy powiedział, że umówił go z synem (czyli mną) po swej śmierci. Tamten pokpiwał, tylko miał nietęgą minę jak mnie później zobaczył w tej sprawie. Jeszcze mu powiedziałem, że to ojciec mi kazał. Trochę się wystraszył chłopina tej sytuacji, choć już niejedno w życiu widział.

    Stało się tak jak ojciec przewidział. Kiedy powróciłem po obozie do domu rodzinnego, do swej leśniczówki, okazało się że ojciec właśnie jest w szpitalu, zachorował dwa dni wcześniej. Nie było już sposobu aby go jeszcze odwiedzić, ze względu na rzadką komunikację – z owej leśnej dziury nie było łatwo wyjechać. Zresztą za parę godzin przyszedł telegram, który odebrałem osobiście, zawiadamiający o śmierci ojca. W zasadzie wszystko było w porządku, pożegnaliśmy się trzy tygodnie wcześniej, już na wieki wieków, powiedzieliśmy sobie do zobaczenia w lepszych czasach, uzgodniliśmy co mam zrobić z jego hodowlą po jego śmierci, czyli zaraz jak wrócę. Nie potrzeba było łez, uroniliśmy je żegnając się ku wieczności. Dusza porzuciła ciało w stosownym czasie, tylko reszta rodziny nie mogła zrozumieć, dlaczego nie jestem zaskoczony ani rozbity, roztrzęsiony. Chociaż smutno mi było, gdy wracałem do domu, to nawet wiadomość, że ojciec ciężko chory umiera w szpitalu, nie zrobiła na mnie wrażenia. Coś tylko w duchu szepnęło, że niedługo przyjdzie wiadomość, o śmierci oczywiście. Umowa się dopełniła. Poczułem, jakby ojciec miał w sobie coś z natury starożytnych mędrców, którzy zawsze zapowiadali rodzinie kiedy odejdą w wieczną podróż.

    Przyjaciel Kroszczak

    Pamiętam też inną historię z mego dzieciństwa, gdy oswajałem koguta. Miał na imię Kroszczak i towarzyszył mi często w leśnych wędrówkach. Gdzieś około trzeciej klasy podstawówki upatrzyłem sobie tę istotę w stadzie małych piskląt i rozpocząłem regularne osobne karmienie, zabieranie ze sobą, wołanie po imieniu. To niesłychane, ale kogut był o wiele bardziej inteligentny niż wszelkie kundle jakie widziałem dotychczas. Niestety wspólna przyjaźń skończyła się po trzech latach, gdy w ramach niespodzianki podano mi mojego ulubionego przyjaciela w formie rosołu i pieczonego mięska na sobotni obiad. Skończyła się obiata szybko, gdy skonstatowałem co to za kogut. Rodzinka miała go wszędzie, szczególnie na ścianach kuchni i na własnych ubraniach, pomimo że rosół był gorący. Niestety, prawdopodobnie do dzisiaj nikt z nich nie rozumie, o co mi wtedy chodziło. A chodziło o to, że zarąbano mojego przyjaciela. Epitetów nie pamiętam, ale były tylko epitety, wszystkie jakie znałem w piątej już wtedy klasie szkoły podstawowej. Chyba pierwszy raz poczułem wtedy rodzinę jako obcych, co przełomowo zaważyło na całym moim późniejszym stosunku do tak zwanych bliskich, rodziców i rodzeństwa. Oni mieli ubaw, a ja przeżywałem śmierć swego przyjaciela, z którym się dobrze rozumieliśmy. Tak straciłem pierwszego poważnego kumpla w leśnej samotni.

    Dzisiaj, jeśli ktoś mówi, że zwierzęta są mniej inteligentne od ludzi, albo że nie mogą mieć praw, natychmiast pojawia się jakaś chęć likwidacji najbliższej rzeźni, tego miejsca barbarzyństwa, porównywalnego tylko do Oświęcimia. Dopiero później dowiedziałem się o tym, że ludzinka i świninka są bardzo do siebie w smaku podobne. Tak twierdzą kanibale. I taki też pogląd się we mnie utwierdził. Zwłaszcza, kiedy w ramach jakiegoś obowiązku pracy społecznej z epoki późny Gierek, popracowałem trochę przy sprzątaniu w jednej z ubojni (rzeźni). Zwierzęta płaczą i cierpią, a ludzie są tacy obojętni, tacy bestialscy.

    Pierwsze spotkanie z jogą i aikido

    Asany, ćwiczenia postaw ciała hatha jogi, zobaczyłem pierwszy raz w ósmej klasie podstawówki, w „Płomyczku”. Pamiętam jak długo i wielokrotnie czytałem o nich i próbowałem ich zaraz, chociaż było tego niewiele, coś z pół strony. Później wróciłem do ćwiczeń tego rodzaju, chociaż była to tak zwana joga japońska, nauczana w ramach aikido, jako rozgrzewka. Jednakże, japoński nurt budo pochłonął mnie na początku drugiej klasy Liceum. Była jesień 1978 roku, kiedy to za namową kolegi ze stancji rozpocząłem systematyczny trening aikido.

    Pragnienie ćwiczenia jogi też sobie gdzieś dojrzewało, pielęgnowane w sercu jako chęć poddania się takiemu treningowi, która od czasu do czasu wracała w ramach marzeń, przeplatając się z tymi „naukowymi” marzeniami o zostaniu astronomem, czy raczej ściślej o poznaniu jak zbudowany jest kosmos, co też w pełni zaspokoiłem. Tymczasem popołudnia wolne od lekcji spędzałem w dodźio, w sali ćwiczeń sztuk walki. I tak było aż do matury, kiedy to kułem do egzaminów i tych szkolnych i tych z aikido, teraz już celując w zostaniu instruktorem.

    Kiedy w czerwcu 1981 udawałem się na kurs instruktorów aikido, był to czas, kiedy inni kuli do egzaminów wstępnych. Szczęśliwie zdałem jedne i drugie. Rodzina do dzisiaj nie w pełni zdaje sobie sprawę jak pilnie ćwiczyłem aikido dokładnie przed egzaminami wstępnymi na astronomię. Dwie pasje szły ramię w ramię i łeb w łeb. W ogólniaku jeździłem na obozy kółka naukowego młodych astronomów, acz zawsze zabierając ze sobą strój do ćwiczeń japońskiej drogi aikido. Miałem w czasie studiów do wyboru: albo zapomnieć o aikido, albo zostać instruktorem i założyć sekcję w akademickim ośrodku, w którym takowej dotychczas nie było.

    Pamiętam wszystkie noce spędzone na wpatrywaniu się w niebo i zliczaniu meteorów. Oczywiście, w czasie nocnych niebieskich obserwacji, zdarzyło się i coś co przypomniało, że raczej nie jesteśmy sami w tym wszechświecie, i można powiedzieć, że była to jedna z najbardziej pasjonujących obserwacji, jaka zdołała mi się trafić. Nigdy więcej nie mogłem już potem rozmawiać o występowaniu życia w kosmosie bez poczucia śmieszności wszystkich tych tak zwanych naukowców, którzy poddają rzecz w wątpliwość, bądź odkładają w sferę wiary. Naoczne doświadczenie, kiedy oczy zobaczą wielką i dziwnie poruszającą się kulę, a nawet stado takich obiektów, wyzwala duszę ze sceptycyzmu.

    Podróż ku Niebiosom

    Podróż ku niebiosom żyła cały czas swoim rytmem, sobie tylko właściwym tempem. Prawdopodobnie więcej o wszechświecie dowiedziałem się z rozważań filozoficzno – duchowych jednego z moich pierwszych duchowych nauczycieli aikido i ze studiowania mistycznej kosmogonii Omotokyo, niż ze wszystkich razem wziętych wykładów w czasie moich studiów. Zajmując się aikido w szkole średniej, otarłem się także o istnienie zen, jednakże dopiero w czasie studiów udało mi się nawiązać jakiś kontakt z grupami praktykującymi sztukę siedzenia w zazen (zazen), oraz posiedzieć trochę w różnych ośrodkach. Było to bardzo pomocne, jakby w parze do ćwiczenia aikido.

    Głębokie metamorfozy spojrzenia na życie i świat otaczający dosięgnęły mnie na większą skalę już w szkole podstawowej. Pierwej, kiedy leżałem długo zmożony dolegliwościami reumatycznymi, w trzeciej klasie, otworzył się przede mną kosmos, z całym bogactwem planet i planetoid, gwiazd i rozmaitych niebieskich obłoków. Następny raz, to około szóstej klasy, kiedy to przyniosłem najgorsze ze wszystkich świadectwo. W owym czasie, część rodzeństwa zaangażowała się we własne rodziny i tak gęsto było mieszkańców w rodzinnym domu, iż z braku miejsca wyniosłem się na strych, na poddasze, gdzie był nieustanny przewiew pod samą dachówką. O dziwo, nikt z domowników nawet nie zauważył, że nie mieszkam w żadnym pokoju razem z nimi, że wyprowadziłem się na poddasze.

    Po trzech miesiącach ojciec pierwszy zdał sobie sprawę, że w układaniu kto gdzie będzie mieszkał, zostałem po prostu pominięty. Suma sumarum, reszta więzi pokrewieństwa z rodzeństwem i rodzicami jakoś się wtedy rozwiała definitywnie i zaczęli być wszyscy tacy sami jak wszyscy obcy ludzie. Przyniosło to właściwą perspektywę widzenia, bez przywiązań do przeszłości. Taki kolejny krok na drodze do wyzwolenia, który przyszedł samoistnie, bez żadnej tam szczególnej praktyki duchowej.

    Kolejne doświadczenie poszerzające świadomość boskiej obojętności przyszło, też na gruncie rodzinnym, na przełomie podstawówki i ogólniaka. Będąc na granicy depresji i samounicestwienia, wszystko na tle rodzinnych konfliktów, znalazłem się po raz pierwszy w doświadczeniu na krawędzi śmierci, czy jak to mówią czasem specjaliści, przeżyłem wstrząsowe doznanie z pogranicza śmierci. Coś jakby pobyt po drugiej stronie życia. Śmierć, dzięki temu pouczającemu doświadczeniu, przestała być czymś, czego należałoby się bać, stała się czymś obojętnym. Zdałem sobie jasno sprawę z faktu, że umrzeć to wcale nie znaczy to samo, co przestać istnieć. Zapewne dlatego tak dobrze potem zrozumieliśmy się z moim ojcem, gdy wybrał się w daleką podróż na drugą stronę życia. Tak to, jako młody licealista, miałem już konkretną refleksję popartą własnym życiowym doświadczeniem, w sferze, która wprawiała wszystkich znajomych raczej w panikę i popłoch, a podobno byli wierzącymi i religijnymi ludźmi.

    Pamiętam, kiedy przywieziono mnie wtedy do szpitala w stanie półprzytomnym, (zatrułem się bowiem lekami, zjadłszy nie te co trzeba, do tego przeterminowane i zbyt dużo, myśląc, że w ten sposób szybciej przejdą mi jakieś bóle) pierwsze co usłyszałem od współpacjenta, że na tym łóżku już trzech po kolei umarło i że jestem kolejnym kandydatem do pogrzebania. Zresztą pozostali pacjenci o niczym ze sobą nie rozmawiali, jak o tym, kto zdaniem kogo i kiedy powinien w tej sali kopnąć w kalendarz. Ciągle wychodziło na mnie, ale jednak jakoś przeżyłem. Oglądałem tylko wszystkich jakby z góry i jakby w półśnie. Pamiętam jak nawet lekarz zastanawiał się czy już podpisać akt zgonu czy też jeszcze nie. Jak oprzytomniałem trochę, to pacjenci oczywiście przypomnieli, że papiery (do pochówku) doktor już przygotował. Tylko podpisać i wyjazd (do kostnicy rzecz jasna). Inne zmarłe dusze też ciągnęły w swoją stronę, ale jakoś wola życia była tym razem o wiele silniejsza. A ja miałem dziką satysfakcję, jak do pochówku wywozili z tej pechowej sali (ciężkie przypadki) tych jednak, co najwięcej krakali nade mną. Tak im widać było pisane.

    Najbardziej mistyczne doświadczenia związane jakoś z aikido przyszły gdy kończyłem ogólniak, a potem we wakacje, gdy już byłem przyjęty na studia. Czwarta klasa ogólniaka to owoc wielu ćwiczeń oddechowych i kontemplacji jakie robiłem na bazie aikido i całej tej japońskiej jogi. Może też trochę kontynuacja uprzedniego doświadczenia z umieraniem, albowiem pogłębiło się wielce i nabrało wymiaru systematycznej, prawie codziennej przygody ze świadomością na krawędzi śmierci, trochę po drugiej stronie i z powrotem. Zaczęło się tak, przy końcu drugiej klasy ogólniaka, że leżąc jak należy, na wznak, oddychając głęboko i skupiając się na wiszącym na ścianie portrecie Mistrza Uyeshiba, założyciela aikido, zapadałem jakby w krótki sen. W czasie tegoż niby snu, zacząłem doznawać warkotu przenikliwego dźwięku, jakby zapalania motocykla lub dodawania gazu. Potem ciało stawało się bezwładne, jakby z ograniczonym czuciem czy lekkim paraliżem, taka niemoc. W końcu usiłowałem się rozejrzeć, lecz w pół śnie zobaczyłem iż obraz Mistrza wiszący na ścianie jest jakby podwójny. Zdumienie, podniosłem się lekko i płynnie, rozejrzałem po pokoju i obróciłem się z powrotem do łóżka na swojej stancji, by ze zdumieniem ujrzeć iż leżę jednak na łóżku, to znaczy ciało leżało nieporuszone, a ja spacerowałem sobie spokojnie po własnym pokoju. Doświadczenia tego rodzaju powtarzały się potem często, praktycznie każdego dnia, gdy tylko położyłem się aby odpocząć, i gdy leżąc starałem się bardziej odprężyć. Szczęśliwie, głównie tylko wtedy, gdy byłem sam, chociaż później, już w czasie studiów miałem takowe i w towarzystwie współlokatorów z akademika, którzy zastanawiali się czasem nawet czy aby nie wyzionąłem ducha. Mawiali mi, że wyglądam jakbym umarł, gdy drzemię.

    Pamiętam, iż pierwsze kilkaset zdarzeń ekscytowało mnie bardzo, gdy mogłem na przykład przeczytać książkę, zapamiętać z niej wszystko i potem okazywało się iż w prawdziwej książce pisze dokładnie to, co czytałem uprzednio, niejako w stanie ni to pół jawy, ni to pół snu, albo, gdy odwiedziłem kolegę w sąsiednim pokoju i potem dokładnie opowiedziałem mu o tym co robił. Doświadczenia te, chociaż inspirowane po części oddychaniem i odprężaniem, przypominały stany doznawane, gdy byłem w szpitalu bliski zejścia z tego świata. Trudność sprawiało wracanie z tych przeżyć z powrotem. Zawsze był to nagły skok, podobny do obudzenia się w czasie gdy coś się śni. Główną różnicą była ewidentna realność i sprawdzalność rejestrowanych doznań.

    Później dowiedziałem się coś więcej o zjawiskach z pogranicza umierania, a doświadczenia tego rodzaju przestały być czymś nadzwyczajnym. Końcowy okres ogólniaka spędziłem więc jedną nogą tutaj, a drugą tam, jak można by to podsumować. Okres maturalny był poświęcony nauce i treningowi do maksimum. Kiedy inni nie mogli godzić aikido z nauką i maturą, traktowałem ćwiczenia aikido jako codzienny relaks od nauki. Szczęśliwie mieszkałem na stancji, samotnie, gdyż właścicielka lokalu często wyjeżdżała. Rodziców odwiedzałem nawet i tylko raz w miesiącu, więc nikt nie przeszkadzał mi w tym co postanawiałem robić. Mogę tylko być wdzięczny losowi za wszelkie okazje i możliwości, które się wtedy pojawiły.

    Kiedy zostałem w końcu przyjęty na studia i zostałem jakoś instruktorem aikido, prawie w jednym czasie (przełom czerwiec – lipiec 1981), podczas wakacji poświęcałem maksimum czasu na trening z mieczem i kijem, oraz na medytacje w seiza czy zazen, jak zwie się po prostu siedzenie i uważne oddychanie w japońskim treningu mistycznym. Pamiętam z tych wakacji jedno uwznioślające doświadczenie, które zaważyło wiele na moim późniejszym wyborze drogi ku niebiosom.

    Przypływ Złotego Blasku

    Siedząc kolejnego sierpniowego wieczoru z twarzą jak zwykle ku wschodowi, zasiedziałem się w japońskiej klęcznej pozycji przez ponad ćwierć doby, cały wieczór aż do późnej nocy. Rozmyślając o tym czego poszukiwali starożytni mędrcy uprawiający kontemplacje i siedzący przez wiele dni, miesięcy, a nawet lat, stopniowo doświadczałem, jak całe otoczenie, drzewa i trawa, piękny leśny krajobraz, cały promieniował bardzo przenikliwym i delikatnym, złotawym światłem. Blask ten stopniowo narastał i nasilał się, ledwie zdałem sobie sprawę, że cała otaczająca przestrzeń po prostu zanikała i w końcu znikła, wypełniając się tym złotawym blaskiem. Myślałem z początku, że to słońce zachodząc, daje morze tak wspaniałego światła. Jednak było coraz trudniej myśleć i w końcu doświadczyłem po raz pierwszy co to znaczy ten absolutny spokój umysłu, w którym nie ma żadnego myślenia, o którym coś słyszałem od moich dotychczasowych nauczycieli aikido.

    Nie było żadnego krajobrazu, tylko złocisty blask, który jakby nie miał żadnego źródła. Poczułem, jakbym spotkał się z kimś naprawdę bardzo serdecznym i bliskim. Morze złotego jaśnienia w którym znalazłem się jakimś dziwnym trafem było jak wspaniała i dobrze znana acz dawno nie widziana przestrzeń, kiedy oglądasz miejsca, które kochasz, a w których dawno cię nie było. Ogromne świetliste jaśnienie było bardzo serdeczne i przyjacielskie, nie miałem żadnej chęci aby kończyć jego trwanie, a jedynie wrażenie, że tak jest od zawsze i na zawsze. Wszędzie było to złotawe, skojarzone na początku z blaskiem jaśniejącego słońca o zachodzie – morze jaśnienia i światłości.

    Nawet rodzina mi w tym nie przeszkadzała, choć zwykle byłem zaczepiany w trakcie tych swoich ćwiczeń. Kiedy się ocknąłem, zjawisko bowiem nagle się rozpłynęło, zauważyłem, że jest najczarniejsza noc, świeciły ukochane gwiazdy, była pierwsza w nocy. Ojciec mój opowiadał mi później iż miał wrażenie jakby wydarzyło się coś wielkiego i przeczucie, że nie należy mi dziś przeszkadzać. Zabronił nawet matce zakłócać i przerywać moją medytację. Siedziałem cały czas na tej samej zielonej trawie, w japońskiej postawie medytacyjnej, w seiza. Nogi były sprawne, nie było żadnego, o dziwo, problemu ze wstaniem. Wszyscy już spali, gdyż pora była późna. Pozostała tęsknota za ponownym spotkaniem z tym złocistym blaskiem, w którym znika cała dotychczasowa rzeczywistość, a nawet poczucie czasu.

    Zauważyłem po tym jakościowy skok we wszystkich technikach i ćwiczeniach aikido. Dziwne, ale bez treningu nawet szły mi o wiele lepiej i potem często z nagła pokazywałem coś, co inni bardzo chcieli się nauczyć, a dla mnie było to niewytłumaczalnie proste. Tak potem rozpocząłem aktywność polegającą na przekazywaniu praktyki aikido w otoczeniu treningu Ki i mistycznych ćwiczeń oddechowo – kontemplacyjnych.

    Rozmawiałem później o tym doświadczeniu z nauczycielem Zen, niejakim Soen Sahn Nimem, ale sugerował mi tylko abym tak długo kontemplował, rozmyślał na ten temat, aż zrozumiem czym to naprawdę było i co dla mnie znaczy. Tak też postąpiłem za tą radą.

    Z początkiem jesieni 1981 rozpocząłem studiowanie astronomii w Toruniu. Ledwie dostawszy się na studia i ledwie co zostawszy instruktorem aikido, rozpocząłem prowadzenie zajęć w założonej przez siebie sekcji akademickiej przy Uniwersytecie. Warunki były skromne, ale trening pochłaniał mnie coraz bardziej, a dodatkowe spotkania z ludźmi o podobnych zainteresowaniach i poszerzanie pola swoich doznań i doświadczeń sprawiło, iż niezbyt ciekawie aranżowany tok studiów uniwersyteckich stracił swoją atrakcyjność. Znalazłem tam wiele głupich i niepotrzebnych nikomu rzeczy, najmniej zaś było wiedzy o wszechświecie i astronomii jako takiej. W dodatku, to wszystko co mnie interesowało już poznałem w szkole podstawowej i średniej.

    Podczas stanu wojennego byłem dodatkowo pochłonięty nawiązywaniem ciekawych kontaktów, treningiem i kolportowaniem literatury mistyczno-religijnej. Tak mijał czas, aż do 1986 roku, kiedy zdecydowałem się gwałtownie na rozstanie z Uniwersytetem, ponieważ nie wnosił nic twórczego do mojego życia. Dusza nie chciała uczyć się rzeczy zbędnych ani błędnych teorii.

    W czasie tym zapoznałem się intensywnie z teozofią, okultyzmem, charyzmatycznymi doktrynami zielonoświątkowymi, radiestezją i psychotroniką, z rebirthingiem, medytacjami trójkątów i grupami transmisyjnymi, z naukami Krisznamurtiego, Św. Jana od Krzyża i z wieloma innymi mistycznymi programami duchowymi. Szczególnie pamiętam i cenię sobie suficki trening Din-i-Illai wraz ze spotkaniami z Khalif Akbar Suachani-al-Hadźidź, wielkim nauczycielem starożytnej szkoły Subudh, spotkania i treningi z moim najgłówniejszym nauczycielem aikido, z Shihan Yichihara Imoto oraz z nauczycielem laja jogi, spotkania z którym dopełniły całkowicie mojej duchowej edukacji – z Baba Śiwanandą.

    Jedność Buddy i Chrystusa

    Przestudiowywałem jednocześnie chrześcijańską Biblię i nauki wzniosłego Buddy. I nie znalazłem pomiędzy nimi żadnych sprzeczności, a wręcz przeciwnie, ukazało się jasnym, że obaj wieszczowie głosili dokładnie takie same doktryny współczucia i miłosierdzia Bożego, obaj byli reformatorami na gruncie swoich skostniałych fundamentalistycznych doktryn religijnych. Zarówno Chrystus jak i Buddha byli z pochodzenia synami królewskich rodów, obaj ukochali biednych i prostych ludzi, obaj nieśli takie samo wsparcie w postaci nauk wolności duchowej i miłości wzajemnej pomiędzy ludźmi. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jakimi niegodziwcami są wszyscy kapłani i księża, którzy usiłują zaprzeczać tym oczywistym faktom. Zawsze, kiedy pojawiały się wątpliwości i trochę nad nimi medytowałem i modliłem się w Duchu Świętym, pojawiał się złocisto-świetlisty blask, który rozjaśniał wątpliwości i pokazywał, że Droga jest tak naprawdę Jedna i ta sama, a ci, którzy uczą o różnicach robią tragiczne w skutkach błędy.

    Podobne doznania i przebłyski pojawiały się także już na gruncie treningu mistycznego aikido i omotokyo. Ciągle przychodzi do mnie takie piękne wrażenie, jakby wizja, Buddy i Chrystusa, siedzących razem, na jednym tronie i wykładających swe nauki, każdy w swoim języku, jednakże tak, jakby jeden wyjaśniał lub tłumaczył ze swojego punktu widzenia, co drugi miał na myśli, gdy wypowiadał się w pewnych kwestiach.

    Zajmując się głębiej mistyką chrześcijańską i chadzając też często do różnej maści wspólnot i pastorów chrześcijańskich, otrzymawszy Ducha Świętego w kilku wspólnotach charyzmatycznych modliłem się często o głębsze zrozumienie jednej owczarni i jednego pasterza, aż Duch Boży zaczął wskazywać czym to naprawdę jest, podsuwając odpowiednie nauki i instrukcje, które dziś mogę nazwać Światłem Ekumenii i Jogą czyli odsłonięciem prawdy o tym, że wszystkie religie prowadzą do tego samego celu i zostały założone przez posłańców przybyłych z tego samego źródła.

    Aikido i cała japońska mistyka Shinto stały się dla mnie pewną podstawą, dzięki której mogłem wiele doświadczyć i zrozumieć. Dlatego najważniejsze instrukcje, które pomogły mi wielce na mojej ścieżce do Boga zaczerpnięte są właśnie z treningu harmonii z Duszą Wszechświata, która okazała się być tym samym co chrześcijański Duch Święty i hinduski Brahman, Duch Najwyższy. Mam nadzieję, że wszyscy zainteresowani cokolwiek drogą jaką wędrowałem, spożytkują na własny użytek wszystkie te instrukcje, które mnie doskonale służyły i które mnie prowadziły po ścieżce, a nawet czynią to w dalszym ciągu, wiodąc ku Wielkiemu Nieznanemu.

    Mohan Ryszard Matuszewski